Posted on: 5 października 2015 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 3

tu-i-teraz600

Oświadczenie z 2 października i wyjaśnienie z 5 października, wydane przez redakcję „Tygodnika Powszechnego” w związku ze sprawą ks. Krzysztofa Charamsy, nie uspokajają. W ciągu trzech dni od momentu wydania numeru pisma z tekstem „Teologia i przemoc” („TP” nr 40/2015) perspektywy redakcyjnej pomyłki albo beztroski okazały się tak dalekosiężne, że muszą budzić zasadniczy niepokój. Niepokój o dobro Kościoła kierowanego przez papieża Franciszka, a nie o żadne doraźne zamierzenia redakcyjne, wśród których jest, aż nadto widoczna, chęć sukcesu medialnego. Sama okładka na to przede wszystkim była obliczona. Dla rzetelnej krytyki przemocy jako metody duszpasterskiej wystarczyłby wywiad z mądrym teologiem.

„Tygodnik Powszechny” Jerzego Turowicza – mój „Tygodnik” – był wierny zasadzie odpowiedzialności za Kościół. Instrumentalny do gruntu coming out księdza Charamsy powinien był zostać albo w porę przewidziany, albo, jeśli naprawdę było to do momentu ukazania się jego tekstu nie do sprawdzenia, jednoznacznie później osądzony jako zła wola. Czekam na to i ciągle wierzę, że się doczekam. Przecież coraz bardziej widać, że trzęsienie ziemi sięga bardzo głęboko i nie wiadomo, jakie Kościołowi przyniesie jeszcze straty.

comments

3 People reacted on this

  1. Do pani Anny Matei:
    Naiwność, którą Pani chce zarzucić „Tygodnikowi”, podzieliły redakcje innych pism, gdzie też pracują profesjonalni dziennikarze. Ta naiwność to nic innego jak zaufanie. Skoro ks. Charamsa był pracownikiem Kongregacji, nie zasłynął wcześniej z kontrowersji, nie było żadnych „sygnałów”, które wskazywałyby na to, że ten ksiądz okaże się manipulatorem. Mimo braku tych „sygnałów”, przed publikacją tekstu z ks. Charamsą spotkał się ks. Boniecki, który nie tylko jest doświadczonym dziennikarzem, ale też zna realia Watykanu i był odpowiednią osobą do oceny wiarygodności ks. Charamsy. Zaufanie to cecha pozytywna, roztropność także – jedno i drugie zostało zastosowane w tym przypadku. Jest takie powiedzenie: „Fool me once, shame on you; fool me twice, shame on me”. „Tygodnik” oszukano raz, czy sądzenie oszukanych zamiast oszustów jest sprawiedliwością?
    Kolejna rzecz powinna być podstawowa: tekst. Tygodniki publikują artykuły i za nie odpowiadają. Opublikowany przez „Tygodnik” tekst wciąż jest ważny i prawdziwy.
    Pisze też Pani, że brakiem szacunku jest porównanie metody zastosowanej przez p. Józefę Hennelową do metod braci Karnowskich czy Tomasza Terlikowskiego – nie potrafię wciąż inaczej ocenić złej woli. Jeśli dla p. Hennelowej oczywiste jest, że redakcją kierowała także chęć sukcesu medialnego, w domyśle: mimo wszystko, to jest to postawa, jaką wobec „Tygodnika” stosuje Tomasz Terlikowski czy bracia Karnowscy.
    Rzecz ostatnia to sama praca dla „Tygodnika Powszechnego”: kiedy pisałem swój komentarz, 6 października, od niemal 4 miesięcy nie pracowałem już w „Tygodniku”, gdzie przepracowałem poprzednich 8 lat i były to dla mnie tak pouczające lata, że nie potrafię dobrze tego opisać. Dla redakcji mam wyłącznie wdzięczność za ten czas, po takim czasie mogę też z przekonaniem napisać, że „chęć sukcesu medialnego” ma każde medium w Polsce (bo co mają mieć, chęć porażki medialnej?), ale a pewno ta chęć nie przysłania redakcji „Tygodnika” rzeczy dla dziennikarstwa fundamentalnych.

  2. Do pana Patryka Stanika:
    Niech się Pan nie smuci – pani Józefa Hennelowa nie zarzuciła złej woli „Tygodnikowi”, lecz ks. Krzysztofowi Charamsie (zostało to wyraźnie napisane w drugim akapicie jej krótkiego przecież komentarza). Jeżeli „Tygodnikowi” można coś zarzucić – to już piszę od siebie – to naiwność. Redakcja nierozważnie skorzystała z możliwości opublikowania tekstu na ważny i kontrowersyjny temat nieznanego autora. Tekstu, który – co napisała sama redakcja – trzeba było skracać i redagować (czyli, jak domniemywam, ktoś ostro pracował nad tym, by w ogóle można to było opublikować). Esej na temat: teologia i przemoc (na przykładzie wypowiedzi ks. Daiusza Oko) mógł napisać teolog, językoznawca, socjolog, a nawet dziennikarz, po prostu. Wystarczyło zamówić tekst i dać wystarczająco dużo czasu autorowi. Gdyby tak się stało, mógł powstać materiał na miarę tych, które napisał o. Ludwik Wiśniewski OP.
    Ks. Charamsa miał jednak jedną cechę dla „Tygodnika” ważną – był pracownikiem Kongregacji Nauki Wiary. Nie wypowiadał się w jej imieniu, tekst był wyłącznie jego prywatną opinią, ale na okładce znalazł się portret autora i zapowiedź tekstu „ks. Charamsy z Kongregacji Nauki Wiary”. Na skutki tej subtelnej manipulacji czekać nie trzeba było: Adam Szostkiewicz z „Polityki” grzmiał, że „episkopat Polski milczy, więc odezwał się Rzym!”. Pani Katarzyna Wiśniewska z „Gazety Wyborczej” dzwoniła do ks. Roberta Nęcka z pytaniem, co „na Charamsę Dziwisz”… A jak mleko się rozlało i rzecznik prasowy Episkopatu ogłosił, że tak wystąpienia ks. Oko, jak tekst ks. Charamsy to prywatne opinie obu księży, „Tygodnik” (wyjaśnienie z 5 października) uznał tę wypowiedź za „dobre owoce” swojej działalności. Wydaje mi się, że było to wiadome od początku, więc coś malusie te „dobre owoce”…
    I jeszcze mój „coming out” na użytek tego komentarza: w latach 1996-2008 byłam dziennikarzem i redaktorem „Tygodnika Powszechnego”; siedem lat temu odeszłam z redakcji. Polityka redakcji (personalna, a i czysto dziennikarska), rozpoczęta mniej więcej w 2007 roku, była dla mnie nie do przyjęcia, a nie widziałam powodu, by trwać w jednym miejscu z ludźmi, z którymi się nie zgadzam (jak i oni ze mną). Wspominam o tym, bo za chwilę pan Patryk Stanik, pracownik „TP”, wyjmie zza „Tygodnikowego” biurka młot i przylutuje mi zarzutem resentymentu, jak to spotkało panią Józefę.
    Panie Patryku, ks. Charamsa słusznie nam przypomniał, że „chrześcijaństwo sprzeciwia się wszelkiej przemocy”, więc po co to porównywanie pani Hennelowej do braci Karnowskich czy pana Terlikowskiego? Czy zdaje Pan sobie sprawę, jak to jest niesprawiedliwe i po ludzku przykre? A samo porównanie, po prostu nieprawdziwe? Zamiast pisać, jak to pani Hennelowa jest rzekomo „nietygodnikowa” (jeżeli w ogóle wiemy, co to dzisiaj znaczy), może trzeba uszanować adwersarza i napisać rzeczową z nim polemikę? Wydaje mi się, że pani Józefa Hennelowa na to zasługuje.
    Anna Mateja

  3. Szanowna Pani, dziękuję za głębokie słowa, i dobrze się stało iż ta ocena (podzielana przez wielu) dokonana została przez osobą związaną ze „starym” Tygodnikiem Powszechnym.
    Z wyrazami szacunku,
    k.

Leave a Comment