Posted on: 8 kwietnia 2020 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

Może to jeszcze przyjdzie, może wciąż jesteśmy zbyt zszokowani wszystkim co się wokół nas dokonuje? Oczywiście nie jesteśmy dziś w stanie przewidzieć skali przemian inicjowanych przez obecny kryzys, nie wiemy, czy będzie chwilowy, czy wzbudzi głębokie, tektoniczne ruchy. Musielibyśmy pożyczyć od Herberta George Wellsa jego machinę czasu i zobaczyć, czy przyszłość należy do Morloków, czy do Elojów, a może do kogoś zupełnie innego?

Przed kilkoma dniami spotkaliśmy się w Klubach „TP” z Zuzanną Radzik i Arturem Sporniakiem, aby rozmawiać na temat obecności wątków religijnych i kościelnych na łamach „Tygodnika”. Próbowałem nakłonić oboje do podjęcia wątku „Kościół po koronawirusie”, nie było łatwo. Odniosłem wrażenie, iż to dla nich za szybko, że w zamęcie doraźnych spraw, wyzwań, problemów, nie mieli czasu aby się nad tym zastanowić. Dyskusja, która się później wywiązała miała niepokojąco materialny wymiar. Poniekąd to rozumiem, dzisiejsza sytuacja wyostrza kwestię nieprzejrzystej polityki finansowej Kościoła, tym bardziej ukazuje się potrzeba zasadniczych zmian w tej sferze. Jednak bardziej interesują mnie konsekwencje w wymiarze duchowym i religijnym, które pozostały na marginesie naszej wymiany poglądów.

Niełatwo dziś odpowiedzialnie bawić się w futurologię. Nie wiemy jak długo potrwa kryzys, na ile zburzy nasze dzisiejsze hierarchie i przyzwyczajenia? Jednak kilka zagrożeń zdaje się być już dziś oczywistymi. Pozwólcie, że tutaj wspomnę tylko o jednym – inwazji antyracjonalizmu w przestrzeni naszej religijności. „TP” pisał o tym niejednokrotnie, był chyba jedynym pismem katolickim tak wyraźnie zwracającym uwagę na inwazję wątków magicznych, atakujących wiarę polskiego katolika. Opętania, egzorcyzmy, grzech pokoleniowy, spowiedź furtkowa, msze o uzdrowienie, rozmaite objawienia, te i wiele innych przejawów magicznej religijności, sprzecznej z duchem „fides querens intellectum” (wiary poszukującej zrozumienia), dokonały inwazji na krainę polskiej wiary. Obawiam się, że obecne doświadczenia jedynie wzmocnią ten antyracjonalny, magiczny wymiar polskiej religijności.

Wejdźmy na strony najważniejszych środowisk tradycjonalistycznych: Frondy i Polonia Christiana. Wszędzie dominuje oburzenie wobec decyzji Episkopatu ograniczających dostęp do osobistego uczestnictwa w liturgii Mszy św. i przyjmowania Komunii św. Czymże jest narażenie życia ziemskiego wobec zagrożenia życia nadprzyrodzonego, zbawienia, pytają autorzy piszący na tych stronach. Brak możliwości korzystania z sakramentów jest dla nich zagrożeniem o eschatologicznym wymiarze. Sakrament jest czymś ważniejszym aniżeli zdrowie, Komunia św. nie może być zagrożeniem, nie można się zatem poddać dyktatowi świeckich regulacji, one pozostają w innej zupełnie logice – doraźnej, światowej, całkowicie niekompatybilnej z nadprzyrodzoną. Pogłębia się w ten sposób rozbrat pomiędzy naukową, racjonalną analizą rzeczywistości i wnioskami z niej wynikającymi, a wiarą w magiczną moc sakramentu, która wpływa nie tylko na duchową sferę naszego życia, ale kształtuje również jego doczesny, materialny wymiar.

Przeczytałem ostatnio arcyciekawą książkę Davida I. Kertzera: „Porwanie Edgarda Mortary”. Jest to historia zapomnianego dziś skandalu, który rozegrał się w połowie XIX stulecia u schyłku istnienia Państwa Kościelnego. Zgodnie z archaicznym prawem odebrano żydowskiej rodzinie Mortarów z Bolonii ich dziecko – kilkuletniego Edgarda tylko dlatego, że zostało ono w tajemnicy ochrzczone przez chrześcijańska służącą. Sam akt chrztu, tajemny, nieświadomy dla rodziców, wystarczał aby uznać małego Edgarda za chrześcijanina, a chrześcijańskie dziecko nie mogło się według wywodzonych ze średniowiecza zasad wychowywać w żydowskiej rodzinie.

Sakrament Chrztu św. był wedle takiej logiki czymś na kształt czarodziejskiego zaklęcia, które bez udziału jakiejkolwiek świadomości i racjonalnej decyzji zmieniało naturę człowieka. Chrześcijaninem zostawało się nie dzięki świadomej decyzji rodziców, ale poprzez magiczny akt, determinujący przyszłość dziecka bez jakiegokolwiek udziału woli jego samego i najbliższych. To jest chrześcijaństwo magiczne, wyzbyte tego, co jest przecież istotą naszej wiary – wolności wyboru, nawet jeśli miałby to być wybór sprzeczny z wolą Stwórcy. Ta wolność decyduje o wyjątkowości chrześcijaństwa wśród innych religii. Chrześcijaństwo magiczne ten wybór unieważnia, czyni nas niewolnikami, zdeterminowanymi aktami, o których świadomie nie zdecydowaliśmy.

Obawiam się, że jedną z konsekwencji współczesnego kryzysu może być inwazja myślenia magicznego, budującego dystans pomiędzy wiarą i nauką, oddalającą chrześcijaństwo od świata współczesnego, niszczącego dzieło Vaticanum II. Wracają, przebrzmiałe zdawałoby się, wizje kary Bożej dotykającej grzeszną ludzkość, wraca obraz Boga – sędziego, preferującego sprawiedliwość ponad miłosierdzie.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wielu katolików, przywiązanych do tradycjonalistycznej wizji Kościoła, z nieukrywaną satysfakcją interpretuje to wszystko co przeżywamy, jako potwierdzenie swych przekonań. Oni nie płaczą nad nieszczęściem, które nas dotknęło, ale dowodzą, że oto Opatrzność wreszcie opowiedziała się po ich, właściwej stronie.

Nie chciałbym, ale obawiam się, że wiara magiczna, oparta na resentymencie wobec współczesnego świata, otrzymuje dziś istotny bodziec rozwoju. Tym bardziej, że być może, stoimy wobec kolejnych odsłon kryzysu, których nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć. Kształt świata i Kościoła po epidemii – ten problem powinien otworzyć przestrzeń dyskusji o bardzo szerokim wymiarze. Dobrze abyśmy ją już dziś podjęli. Nie ma na co czekać!

comments

Leave a Comment