Posted on: 7 maja 2013 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 0

W ostatnich dyskusjach o patriotyzmie i kondycji społecznej powiedział ktoś bardzo mądre zdanie (niestety, nie pamiętam autora): ludziom potrzebne są zbiorowe przeżycia, bo to one pobudzają wzrost albo nawet i dopiero pojawienie się dobrych uczuć, dobrych myśli, dobrej woli i twórczego działania. I że jednym z takich przeżyć jest wspólne śpiewanie.

Wiemy to od bardzo dawna i każda epoka miała i ma swój repertuar. Kościół wiedział to od zawsze i do dziś jednym z najpiękniejszych przeżyć są, np. kolędy na Rynku Głównym w Krakowie, na które co roku zbiegają tłumy. Każdy chyba (wyjąwszy ludzi do gruntu niemuzykalnych) ma albo miał taki krąg czy takie środowisko, w którym czasem śpiewa się i jest wspaniale. Aż dziw, że tak zwane wychowanie muzyczne w szkole nigdy chyba nie zaspokajało tej właśnie potrzeby (ja w każdym razie tak to właśnie pamiętam: nasza nauczycielka zawsze była rozżalona na nas i zawsze zawiedziona; za to na zbiórkach harcerskich śpiewanie wychodziło nam na medal). Teraz jednak coraz częściej potykam się o te właśnie słowa i melodie, które kiedyś dla mnie (a do dziś dnia na pewno dla wielu) niosły przeżycia i wzruszenia naprawdę potrzebne i pocieszające. Tak się dzieje np. z „Rotą” Marii Konopnickiej. Pytam sama siebie: czy dalej powinno się śpiewać antyniemieckie deklaracje tak słuszne w czasach Wrześni? Co one mają znaczyć dla nas? Co pod nie podłożyć? Nie potrafię bez oporu włączyć się do legionowej piosenki „Hej, strzelcy wraz”, bo przecież radosny i skoczny refren o kłuciu, rąbaniu i strzelaniu w „łeb lub serce” jest tak naprawdę albo kłamstwem, albo strasznym zgrzytem. Ostatnio spotkałam kilkakrotnie wykonanie pieśni bardzo patetycznej i pięknej, o której również przeczytałam w katolickim tygodniku z okazji specjalnego koncertu. Ta pieśń zaczyna się od słów, nad którymi widzę dziś olbrzymi znak zapytania: „Zaszum nam Polsko jak husarskie skrzydła, zaszum nam Polsko nad Wilnem i Lwowem…”. Co właściwie autor słów (ale i bardzo uwodzicielskiej melodii) chciał przez to powiedzieć? W jaki sposób usprawiedliwia jednoznaczność tego obrazu? Przecież, gdyby dawni mieszkańcy przedwojennych miast i ziem zachodnich lansowali dzisiaj podobną pieśń o Wrocławiu, Gorzowie czy Szczecinie, podnieślibyśmy bardzo gwałtowny protest odczytując w tym intencje wręcz niebezpieczne, a nadto niesprawiedliwe. Co robić z takimi pieśniami? I dlaczego je się lansuje? Wydaje mi się, że jest nad czym myśleć, kiedy się układa repertuar śpiewającego spotkania.
Myślę wreszcie, że muzycy potrafiliby nas skłonić do refleksji nad siłą sprawczą samej melodii i jej tajemnic dźwiękowych, bo tutaj właśnie kryje się inspiracja dla podświadomości, źródło nastrojów, stymulator emocji. Tutaj tkwi tajemnica ewentualnych zafałszowań, które tak wstrząsająco pokazuje jedna scena ze słynnego filmu „Kabaret”. Chciałoby się właśnie z tej racji, abyśmy częściej wybierali świadomie to, co śpiewamy, nie poddając się dyktatowi tradycji. Jedna z najpiękniejszych pieśni – ale właśnie chyba rzadko śpiewana – to Krasickiego „Święta miłości kochanej ojczyzny”, jak na złość trudna melodycznie.

comments

Leave a Comment