Posted on: 14 lipca 2013 Posted by: Łukasz Małecki-Tepicht Comments: 0

lemanski_w„Ojcze, który znasz tajemnice serca, udziel Twemu słudze, wybranemu przez Ciebie do godności episkopatu, łaski, aby pasł Twoją świętą owczarnię bez zarzutu”

Słowa „Pontyfikału Rzymskiego” wypowiadane w trakcie święceń biskupich

Kluczem do zrozumienia sytuacji ks. Wojciecha Lemańskiego jest moim zdaniem zrozumienie dwóch obszarów jego działalności: upamiętnienie ofiar Holokaustu i zaangażowanie się w dialog chrześcijańsko-żydowski. Dla obu tych zagadnień klamrą jest odrzucenie antysemityzmu w każdym wymierzę, jako koncepcji niepołączalnej z chrześcijaństwem.

Antysemityzm w każdym odcieniu i wymiarze jest ze swojej definicji grzechem przeciwko Duchowi Świętemu, a przez to zagrażający zbawieniu. W swoim wymiarze ludowym, czy stereotypowym grzech ten odnosi się do punktu 4 katechizmowej definicji mówiący o „zazdrości” lub „nie życzeniu bliźniemu łaski Bożej”. W skrajnym wymiarze – nienawiści i pogardy, jak każde inne uprzedzenie skutkujące nienawiścią lub pogardą w sposób oczywisty „sprzeciwia się uznanej prawdzie chrześcijańskiej” tj. ewangelicznemu przykazaniu miłości bliźniego. Patrząc na wieloletnie zaangażowanie ks. Wojciecha, widzę, że właśnie odrzucenie antysemityzmu na gruncie Ewangelii i Magisterium wiąże się właśnie z taką oceną moralną i teologiczną. A przez to w sposób naturalny dla kapłańskiej misji wiąże się w pomaganiu wiernym w zbliżeniu się do Boga.

Dorobek ks. Wojciecha Lemańskiego doceniam od początku znajomości, to jest od ponad 7 lat. Doceniam go przede wszystkim za głęboką refleksję z perspektywy katolickiej na dwa zagadnienia: pierwsze to uznanie, że doświadczenie Holokaustu nie jest tylko problemem pamięci samych Żydów, ale chrześcijan również. Drugie to prowadzenie szczerego dialogu z Żydami z pozycji katolickiego duchownego. W mojej ocenie, ma to o tyle znaczenie, że nie jest trudno prowadzić dialog samemu ze sobą. Można to zagadnienie zobrazować następującym porównaniem: jeśli katolik w Polsce, mający korzenie żydowskie zacząłby prowadzić dialog z współczesnymi Żydami w Polsce, to dość łatwo można by uznać, że w gruncie rzeczy z powodów tożsamościowych prowadzi dialog sam ze sobą, a więc raczej możnaby mówić o monologu wewnętrznym.

Z księdzem Wojciechem, jak i z kilkoma innymi osobami  z Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów jest inaczej. Prowadzą dialog, ponieważ z różnych względów uważają, że jest on potrzebny, a w znacznym stopniu prowadzenie tego dialogu jest pochodną chrystusowego przykazania miłości bliźniego. Nie wiem, czy ks. Wojciech się ze mną zgodzi, co do mojej interpretacji jego działań. Ale odnoszę wrażenie, że jego pracy duszpasterskiej, ale również pracy w obszarze dialogu towarzyszy głęboka refleksja chrystocentryczna dialogu. Punktem wyjścia tej refleksji jest myśl Jana Pawła II „Kto spotyka Jezusa Chrystusa, spotyka judaizm” wypowiedziane 17 listopada 1980r. do wspólnoty żydowskiej w Moguncji. W obszarze pracy duszpasterskiej ks.Wojciecha ta refleksja jest obarczona dodatkowo historią miejsc w których dane mu jest pełnić posługę: Otwock, z terenami dawnego getta, czy Jasienicy, leżącej po drodze do Treblinki. Można by opisać troskę o pamięć ofiar Shoah, która towarzyszy ks. Wojciechowi sparafrazowaną refleksją, kto spotyka Jezusa w Polsce, nie może pominąć judaizmu, który był, a którego już tu nie ma. Ofiary Shoah domagają się naszej modlitwy. Tak samo jak zwiedzanie Muzeum Powstania Warszawskiego, tak samo jak spacer pomiędzy krzyżami na Powązkach, czy obecność na Kwaterze „Ł” tak i modlitwa na terenie obozu w Treblince jest związana z emocjami – tam „kamienie wołają”.

***

Możemy sobie zadać pytanie, co takiego strasznego się stało, że Biskup zapytał Księdza, „czy jest obrzezany, czy jest z tego narodu”. Nie mam powodu sądzić, że to pytanie nie padło. W sytuacjach trudnych, w pracy codziennej, w szczególności w sytuacjach konfliktowych pomiędzy przełożonym a podwładnym mogą padać słowa będące pochodną emocji. Ich treść jest jednak produktem wcześniejszej refleksji i poglądów. Nie mam żadnego powodu, aby sądzić, że przez te kilka lat ks.Wojciech coś przeinaczył. To są te nieliczne sytuacje, w których zeznania poszkodowanego są wiarygodne z uwagi na ich osobliwą treść. Przecież trudno, żeby proboszcz do biskupa chodził z dyktafonem, albo „swoim” świadkiem. Zresztą zachowanie polegające na skontaktowaniu się z osobą nieobecną na spotkaniu, aby przekazać oburzającą treść jest chyba całkowicie naturalne. Doprawdy nie wyobrażam sobie, żeby zadzwonić do przyjaciela z wymyśloną informacją, aby się na nią powołać za cztery lata. Dlatego nie obdarzam zaufaniem, suchego komunikatu Kurii negującego przebieg rozmowy, w którym jak można sądzić kilka spotkań zostało ze sobą pomieszanych.

Poza oczywistym naruszeniem intymności i prywatności rozmówcy – dla obserwatorów tego konfliktu nie do zaakceptowania jest to, że nigdy nie padły słowa – „jeśli księdza uraziłem, to przepraszam”. To zdanie w rozwiązywaniu konfliktów, ma moim zdaniem szczególną moc. Odnosi się do uczuć osoby, która czuje się dotknięta. A więc jest wyrazem szacunku i troski, która powinna przyjść po chwilowej słabości myśli i języka. Autor wypowiedzi, która kogoś obraziła może nie przywiązywać do niej takiej wagi. Wypowiedź może być zamieniona w mało udany żart, ale nie zmieni to postaci rzeczy, że jeżeli dla drugiej strony była obraźliwa, to pozostawia ranę. Jeżeli ktoś mówi, że rana doskwiera, to znaczy że problem pozostaje. Takie zdanie „jeśli czuje się ksiądz urażony, to przepraszam” miałoby szczególny wydźwięk, ponieważ oznaczyłoby szacunek dla uczuć drugiej strony. Tylko tyle i aż tyle. Czy od takiego zdania pierścień biskupi by stracił blask? Czy zmalałby majestat Ordynariusza? Pewne jest jedno – wzrósłby autorytet pasterza – w takim, wymiarze, w jakim Biskup jest dla księży ojcem duchowym. Znaczące milczenie Biskupa Ordynariusza i komunikowanie się ze światem bądź to za pomocą gazetki „Idziemy” bądź to suchych komunikatów na stronie internetowej poddaje wątpliwość, czy Biskupowi zależy, żeby znaleźć wspólny język z Proboszczem z Jasienicy, albo żeby dać odczuć że godność podwładnego jest czymś w Kościele ważnym.

Część komentatorów mówi, że nie ma za co przepraszać, bo przecież takie pytanie obraźliwe nie jest. I tu wracamy do sedna zaangażowania ks. Wojciecha w dialog chrześcijańsko-żydowski. Bo właśnie w tej perspektywie takie stawianie pytań niesie za sobą cały szereg wątpliwości, które w swojej wymowie są zaprzeczeniem dialogu, zaangażowania i pracy. Dlaczego? Ano dlatego, że odnoszą się do tego co w politologii nazywamy delegitymizacją działania. Wielu pewnie by chciało widzieć w ks. Wojciechu osobę pochodzenia żydowskiego. Wtedy „wszystko by się układało w jedną całość”, byłoby „proste” i „oczywiste” np. to że w takiej perspektywie upamiętnienie ofiar Holokaustu byłoby de facto upamiętnieniem jakieś tam odległej rodziny. Można by go poklepać po ramieniu i powiedzieć – „aha to tak naprawdę jest Twój problem”. Ponieważ tak nie jest, to sprawa staje się skomplikowana. Umyka prostym podziałom i stereotypom. Przekracza wyobraźnię – nie tylko historyczną i moralną, ale również teologiczną wielu osób, których napotykają na swojej drodze promotorzy dialogu w Polsce.

***

Mamy prawo sądzić, że wykształcenie i doświadczenie Jego Ekscelencji Henryka Hosera – zarówno lekarskie jak również misyjne w tak trudnym terenie jakim jest Rwanda powinno dać szerszą i zarazem głębszą perspektywę na problemy współczesności jakimi są prześladowania czy zbrodnie przeciw ludzkości. Przyjmując z zaciekawieniem i nadzieją nominację Ojca Świętego Benedykta dla Arcybiskupa Henryka Hosera na Ordynariusza Diecezji Warszawsko-Praskiej, rozwój wydarzeń – w szczególności z ostatnich czterech lat przyjmuję z głębokim smutkiem i poczuciem zawiedzenia. W całej tej sprawy brakuje mi nie tylko szacunku do drugiej osoby, ale i wrażliwości na problemy wynikające z faktu, że część zbrodni Holokaustu miała miejsce na ziemiach polskich – w tym na terenie Diecezji Warszawsko-Praskiej. W moim odczuciu – w kulturze europejskiej, której filarem jest tradycja judeochrześcijańska, w której obecny jest szacunek do zmarłych, to w szczególności pamięć ofiar zbrodni przeciwko ludzkości powinna być podtrzymywana. Troska ta stanowi zarówno pamięć o ofiarach jak i refleksję moralną, która ma nie dopuścić do powtórki takiego zła.

***

O walorach pracy duszpasterskiej ks.Wojciecha wypowiadały się liczne media – również te przychylne Kościołowi. Fakt wstawienia się za nim ponad 1300 parafian również potwierdza ogrom dobra, jaki towarzyszy jego pracy. Obserwując działania jakie mają miejsce wokół jego osoby przez ostatnie kilka lat muszę powiedzieć, że nie mogę wyjść z zaskoczenia, z jaką determinacją otoczenie lub też – częściowo sam Ksiądz Biskup uznaje, że te dobre dzieła nie liczą się w kontekście aktywności medialnej Proboszcza z Jasienicy. Nie rozumiem dlaczego prowadzenie bloga czy wypowiedzi  w mediach, które nie przeczą istocie Magisterium są tak strasznymi aktywnościami, że sypią się kolejne dekrety i upomnienia.

W ramach okazania akt sprawy na podstawie której został wydany ostatni dekret obwiniony mógł przeczytać liczne artykuły na swój temat – zarówno przychylne jak i nieprzychylne, jak również liczne komentarze internautów  – również przychylne jak i nieprzychylne. Te nieprzychylne miałby świadczyć niby to o zgorszeniu. Brakuje dowodów obiektywnych. Nie ma opinii podpisanych przez teologów, w której konkretne teksty autorstwa obwinionego kolidowałby z Magisterium. Nie ma świadectw dyskwalifikujących kapłana. Są tylko wycinki bez komentarza. W tym kontekście nie wiadomo, czy kserokopia artykułu Zuzanny Radzik z „Tygodnika Powszechnego” zamieszczona w aktach jest dowodem winy, czy okolicznością łagodzącą. Tak przygotowany materiał stawia całą sprawę pod znakiem zapytania z punktu widzenia nie tylko prawa kanonicznego, ale i ludzkiej przyzwoitości.

Jednak w moim odczuciu gdybyśmy patrzyli na komentarze internautów, również tych uważających się za katolików jako „zgorszenio-mierz” wobec innych kapłanów, to obawiam się że liczba suspens i ekskomunik w Polsce przerosłaby zdolności operacyjne wszystkich kurii w Polsce i samej kurii rzymskiej i to nie tylko w stosunku do szeregowych księży. Kluczowe dla sprawy jest ocenienie czy w sposób obiektywny doszło do przestępstw w rozumieniu prawa kanonicznego. Na razie nic na to nie wskazuje. Część mediów i komentatorów chętnie podchwyciło fałszywą tezę, jakoby ks. Wojciech Lemański nie zgadzał się z nauką Kościoła w stosunku do problematyki in vitro. Kłopot jego adwersarzy polega jednak na tym, że nie chcą przyjąć do wiadomości, że ks. Wojciech nigdy nie powiedział, że in vitro popiera. Powiedział za to jasno, że nie popiera tej metody. Powiedział również, że nie zgadza się formą z jaką episkopat komunikuje się z ludźmi którzy bądź skorzystali z tej metody, bądź trwają w dylemacie związaną z tą metodą. Nie są mi znane jego wypowiedzi, które przeczyłyby ocenie moralnej, w świetle Magisterium. Czy jest winą w świetle prawa kanonicznego i Magisterium, że w opinii ks. Wojciecha o osobach którym przypisujemy grzechy należy mówić z szacunkiem, z uwagi na ich przyrodzoną godność, wynikającą z dziecięctwa Bożego?

 

Adwersarze ks. Wojciecha podnoszą argument „zmiękczania” oceny moralnej, czy nie „nazywania rzeczy po imieniu” powyższej problematyki. Ostatnio – jak rozumiem na kanwie tego konfliktu wpuszczono w wirtualny obieg zdjęcie Św. Piusa X, z jego cytatem (ufam, że to rzeczywiście cytat): „Otwieracie szeroko drzwi, aby wprowadzić tych, co są na zewnątrz, a jednocześnie wypuszczacie tych, co są w środku”. Jest oczywiste, że w empatii do drugiego człowieka i otwartości na problemy zarówno wierzących jak i niewierzących ks.Wojciech „otwiera szeroko drzwi, aby wprowadzić tych, co są na zewnątrz”. Jednak czy rzeczywiście, wypuszcza tych, co są w środku? W tym kontekście przypominają mi się słowa, które (przytaczam z pamięci – więc być może niedosłownie) podobno mawiał ks. Józef Tischner: „nie znam nikogo kto odszedłby z Kościoła z powodu lektury „Kapitału” Marksa, ale znam wielu, którzy odeszli z Kościoła z powodu rozmowy z proboszczem.”

Ja z kolei nie znam nikogo kto dokonałby apostazji po rozmowie z ks. Wojciechem. Wszak Pan Jezus przychodził przede wszystkim do tych, którzy się „źle mają”. Niektórzy jednak widzą chyba Kościół jako ekskluzywny klub tylko tych, którzy się „dobrze mają”. Za to wszyscy jesteśmy świadkami kolejnych aktów apostazji, których przyczyny leżą daleko od otwartości ks. Wojciecha. Chyba najtrudniej wytłumaczyć „sukces duszpasterski” listu episkopatu, jeśli to jego lektura skłania kogoś do odejścia z Kościoła. Czy o to chodzi „w nazywaniu rzeczy po imieniu”? Czy krytykanci postawy dialogu i otwartości na drugiego człowieka odkorkowują każdorazowo szampana po kolejnej apostazji? Jak to się ma do koncepcji apostolstwa powszechnego?

***

Bardzo smutne jest to, o czym się dowiedzieliśmy z kolejnych oświadczeń i wypowiedzi, że na obszarach dotychczasowej pracy duszpasterskiej – włącznie z terenem pracy misyjnej na Białorusi doszło do indagowania wiernych czy aby o czymś nie wiedzą i czy coś nie zwróciło ich uwagi. Każdy kto zna osobiście ks. Wojciecha wie jedno – jest to osoba, której niczego poważnego zarzucić nie można. Ile trzeba mieć gniewu w sobie, aby szukać świadków grzechów, których nie było i nie ma. Ogromnym dramatem tego konfliktu jest właśnie ten obszar – sytuacji, w której ktoś traci czas na szukanie dowodów win których nie ma.

***

W tym kontekście lektura adhortacji „Pastores Gregis” jest tylko wołaniem na pustyni: „W obecnym kontekście społecznym biskup powinien być szczególnie blisko swej owczarni, a nade wszystko swoich kapłanów, po ojcowsku uważnym na ich trudności ascetyczne i duchowe, zapewniając im właściwe wsparcie, by sprzyjać wierności powołaniu i wymogom wzorowej świętości życia w spełnianej posłudze.”

 

Koronnymi zarzutami wobec ks. Wojciecha obecnie – poza dość mgliście definiowaną kolizją z nauką Kościoła jest nieposłuszeństwo. Szkoda jednak, że nie przekazuje się opinii publicznej podstawowych zasad prawa kanonicznego, jak np. prawo do wysłuchania drugiej strony, prawo do złożenie rekursu wstrzymującego realizację dekretu nieprawomocnego itd. itp. Zarzut nieposłuszeństwa w tym zakresie wydaje się być mocno niespójny z klasyczną dla praw obojga (zarówno kanonicznego jak i cywilnego) zasadą domniemania niewinności.

Sposób rozwiązania tego konfliktu tak kontrastuje, z wartościami Adhortacji „Pastores Gregis”, w akapicie poświęconym cnocie posłuszeństwa czytamy:

„Stanowiąc wzór posłuszeństwa, biskup będzie również uważny, aby na modlitwie i rozeznaniu rozpoznawać wolę Bożą przez to, co Duch Święty mówi Kościołowi. Spełniając w sposób ewangeliczny swą władzę, będzie utrzymywał dialog ze współpracownikami oraz wiernymi, by skutecznie pogłębiać wzajemne zrozumienie.”

Nie mnie oceniać, na ile to co na swoim blogu Zbigniew Nosowski w swoim czasie nazwał słusznie wprost mobbingiem w kościele jest wynikiem rozpoznania w modlitwie woli Bożej, ale obiektywnie patrząc nie można tu mówić ani o dialogu ze współpracownikami, do których należą również podwładni, ani o dialogu z wiernymi.

Wielka szkoda że woli dialogu zabrakło. Otwarcie na dialog i wolę porozumienia przez obie strony konfliktu powinno być intencją wielu naszych modlitw.

 

Ł u k a s z   M a ł e c k i  –  T e p i c h t

comments

Leave a Comment