Posted on: 21 marca 2013 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 1

Nie potrafię podzielić optymizmu żadnej z wypowiedzi medialnych albo eksperckich upatrujących w sobotniej (16 marca) inicjatywie o nazwie „Platforma Oburzonych” wartości i nadziei. Może winni sami dziennikarze, którzy cytowali z zapałem najdrastyczniejsze wymyślania, inwektywy i narzekania, zamiast przekonującego promowania rozwiązań skuteczniejszych?

Moda na narzekanie staje się zadziwiająco popularna. Chciałabym przypomnieć, że cały czas okupacyjny między innymi odznaczał się tym, że nie narzekano, tylko robiono to, co się dało. Teraz narzeka się (oczywiście wskazując winnych) nawet na złą pogodę, śnieg, który trzeba odgarniać, przedłużającą się zimę. Poważny eurodeputowany, kiedyś w dodatku członek PSL, wołał ostatnio z oburzeniem, że dopłaty dla plantatorów tytoniu, przecież rolników, są za niskie i dodawał, iż czym innym jest ochrona rolników, a czym innym słuszne przestrzeganie przed paleniem tytoniu. Ale to są tylko smutne dowcipy, natomiast głosy z sali Stoczni Gdańskiej grożące rewolucją uliczną, to już coś smutnego zupełnie na serio. I wcale nie musi skończyć się na niczym. Przewodniczący Solidarności z zapałem powoływał się na tradycję stoczniową z 1980 roku. Czy trzeba przypominać, że wtedy strajk skończył się uroczystym podpisaniem porozumień? Czy trzeba przypominać, że kiedy przyszedł gwałt stanu wojennego, mieliśmy ks. Jerzego Popiełuszkę, który tak nas nauczył się modlić, przestrzegając przed uleganiem nienawiści, że kiedy w kościele na Żoliborzu, gdzie duszpasterzował, ogłoszono wiadomość o jego śmierci zebrani byli w stanie odmówić wspólnie „Ojcze Nasz” w całości? Teraz wydaje się, jakby nikogo na jego miejsce nie było i dlatego nie potrafię słuchać o tej sobocie bez niepokoju.

comments

1 people reacted on this

Leave a Comment