Posted on: 11 grudnia 2015 Posted by: ks. Bartek Rajewski Comments: 0

Rajewski Bartosz - PortretPociąg relacji Szczecin – Koszalin odjeżdża ze stacji Szczecin Główny o godzinie 20.34. Jak zwykle spóźniony, wbiegam w ostatniej chwili i zajmuję miejsce obok dwóch rosłych mężczyzn. Wiek – ok. 25 lat. „Mamy problem z tymi uchodźcami” – zagaduje jeden z nich. „Tak, podobno u nas ma zamieszkać trzydziestu” – odpowiada towarzysz podróży. „Niech tylko się pojawią, to ich…” (tutaj pada słowo, którego nie wypada cytować). „Hahaha! Nie ma opcji! U nas trzydziestu brudasów? Katolickie mohery nigdy na to nie pozwolą! Hahaha!”. To tylko fragment rozmowy. Obaj panowie wysiadają w pięciotysięcznej miejscowości pod Stargardem Szczecińskim.

Dyskusja na temat uchodźców trwa od kilku dobrych miesięcy. Staram się w nią wsłuchiwać, bywa, że sam zabieram głos, ale przede wszystkim próbuję rozumieć argumenty zarówno tych, którzy opowiadają się za przyjęciem napływającej z Afryki i Azji ludności, jak i przeciwników takiej otwartości. Nie ukrywam, że osobiście odnajduję się w tej pierwszej grupie. Nie znaczy to jednak, że nie podzielam motywów wysuwanych przez zwolenników zamykania granic. Rozumiem, że nie wszyscy jesteśmy identycznie empatyczni, że nie każdego w takim samym stopniu wzrusza niedola drugiego człowieka, że sytuacja wymaga głębokiej analizy. Wiem, że jest to także problem natury politycznej i gospodarczej. Nie dziwię się, że wielu z nas paraliżuje lęk przed inną kulturą, religią czy odmiennością w ogóle. To niemal nasza narodowa cecha, że jesteśmy nieufni wobec tych, którzy się wyróżniają, niezależnie od tego, czy owo wyróżnianie się ma pozytywne czy negatywne skutki. Zgadzam się, że potrzebna jest skrupulatna kontrola, ocena motywacji i rzeczywistej sytuacji, aby odpowiedzieć sobie na pytanie kogo przyjmujemy. Rozumiem także, że nie dla wszystkich możliwe jest do przyjęcia i pełnego zaakceptowania nauczanie Chrystusa zawarte w Ewangelii. Staram się nie potępiać ludzi rozmiłowanych w rytualnej czystości i wąsko rozumianej pobożności, których nauka Jezusa przyprawia o palpitacje serca. Nie rozumiem jednak tych, którzy – uważając się za super wierzących – promują nacjonalizm, wypaczają naukę Chrystusa, bez mrugnięcia okiem stwierdzają, że „papież się myli”, występują w roli znawców Koranu, potępiają w czambuł wszystkich muzułmanów, czy też nie potrafią dostrzec, że uchodźcy to nie tylko muzułmanie, ale także uciekający przed prześladowaniami chrześcijanie.

Zachodzę w głowę i zaczynam się bać, kiedy czytam felieton młodego, solidnie wykształconego człowieka, którego kilka razy w tygodniu widzę w Kościele, a który w każdym muzułmaninie i uchodźcy widzi bandytę, podważa słuszność nauki Ewangelii i wyśmiewa nadstawianie drugiego policzka. Zaczynam się obawiać, gdy ten sam człowiek, powołując się na historię Polski i Europy, udowadnia wyższość walki zbrojnej nad orężem Ewangelii. Nie twierdzę, że obrona Jasnej Góry czy Bitwa pod Wiedniem były zbędne. Nie uważam też, że miast walczyć z najeźdźcą, należało wziąć do ręki różaniec (choć to właśnie odmawianie przez wiernych różańca miało się przyczynić do zwycięstwa Świętej Ligi w bitwie pod Lepanto w 1571 r.). Porównywanie jednak wydarzeń z historii Polski i Europy z obecnym kryzysem migracyjnym jest kolosalnym nieporozumieniem. Nie zgadzam się na nazywanie „księżmi przebierańcami” moich braci w kapłaństwie, głoszących Ewangelię z jej radykalnym wymogiem miłości. Nie uważam, aby wierzący mężczyzna potrzebował wyszukanych form duchowości polegających na bieganiu po lesie z maczetą, karabinem i różańcem. Obawiam się tych quasi-katolickich wzorców mężów i ojców, których dewizą jest hasło „Jeśli chcesz pokoju – szykuj się do wojny”, dla których wojna – zwłaszcza religijna – oznacza chwałę i bohaterstwo. Czym się różnią ci quasi-katoliccy bojówkarze od swoich muzułmańskich odpowiedników? Zapominają, że prawdziwą chwałą jest zapobieganie wojnie, zaś bohaterami są ludzie potrafiący tego dokonać. To jest prawdziwe zadanie mężczyzny. Radykalizm ewangelijny nie polega na tym, że weźmiemy karabiny i będziemy odpierać napływ uchodźców. Radykalizm ewangelijny polega na ufności wobec Boga, przeciwstawianiu się nadziei i rozpaczy, unikaniu konfrontacji i walki.

Za każdym razem z niezmiennym wzruszeniem czytam spisany tuż przed tragiczną śmiercią testament ojca Christiana de Chergé. Był on jednym z siedmiu trapistów zamordowanych w 1996 r. w Tibhirine w Algierii przez grupę terrorystów nazywanych „Zbrojną Grupą Islamską”. Historię tych tragicznych wydarzeń pokazał film „Ludzie Boga”. W swoim testamencie o. Christian pisze: „Myślę tu również o tej konkretnej osobie, która odbierze moje życie, zwłaszcza jeśli uczyni to w imię wierności islamowi (…). Wiem również, jak nieprawdziwy i karykaturalny obraz islamu starają się głosić niektórzy islamiści. Jest ogromnym uproszczeniem patrzeć na islam przez pryzmat fundamentalistycznej ideologii ekstremistów (…). Odkryłem również, że wierność Ewangelii, którą poznałem na kolanach matki, będących dla mnie pierwszym kościołem, wyraża się właśnie w szacunku do wiary muzułmanów”.

Próżno takiego wypływającego z Ewangelii szacunku do islamu szukać u niektórych moich braci kapłanów. Zachodzę w głowę i ogarnia mnie wstyd, kiedy widzę, jak ksiądz, który dopiero co opuścił mury seminarium, chce wraz ruchem narodowym budować Wielką Polskę Katolicką. Pytam, co się stało, że po wielu latach formacji, studiów, modlitwy i medytacji ów ksiądz uważa spalenie kukły Żyda za „mało znaczący błąd”, a nacjonalizm myli z patriotyzmem? Przecież każdy, w miarę rozgarnięty gimnazjalista wie, że nacjonalizm jest przeciwieństwem patriotyzmu. Patriotyzm to uczucie, w którym kochamy bliskich, nie nienawidząc innych – mówił ostatnio abp Stanisław Gądecki podczas uroczystości z okazji 50. rocznicy ogłoszenia deklaracji „Nostra Aetate”. Warto, aby ks. Jacek Międlar z Wrocławia, który mianował się duszpasterzem narodowców, zdobył się na lekturę książki „Pamięć i tożsamość” autorstwa Jana Pawła II. Natknie się tam na znamienne zdanie mówiące o tym, że „polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie”.

Nie mogę się nadziwić, gdy słyszę, jak ksiądz, którego znam, a który zawsze był umiarkowany w swoich poglądach, sam mieszkający od lat w Wielkiej Brytanii, nagle staje się nacjonalistycznym rewolucjonistą, w swoich kazaniach wydającym sądy ostre jak brzytwa i głoszącym naukę o miłości bliźniego, która jest ograniczona do siebie samego, ewentualnie do najbliższej rodziny i tzw. „swoich”. Co zatem z Chrystusem, który pokochał nas bardziej niż siebie samego? Co z Maksymilianem Kolbe? Co z tysiącami innych świętych, którzy oddali swoje życie z miłości do Boga i człowieka? Co z rodziną Ulmów, której członkowie zapłacili życiem za ratowanie Żydów? Nie zrozumieli, że istnieją różne „stopnie miłości”? Może pomylili się, naiwni, zbyt dosłownie biorąc naukę Ewangelii, ryzykując tym samym życie swoje i szóstki swych dzieci? Ich proces beatyfikacyjny dobiega końca.

Przybywa księży nacjonalistów, rewolucjonistów i w ogóle zajmujących się publicznie polityką w jej najgorszym wydaniu. Dlaczego? Pewnie dlatego, że wykorzystywanie ksenofobii, mieszanie religii z polityką oraz utożsamianie katolicyzmu z polskością przysparza tłumu zwolenników i hordy gorliwych fanów, gwarantując popularność, a nawet – o dziwo – duszpasterski sukces bez zbędnego wysiłku. Dziś to, co propaganda nazistowska mówiła o Żydach, bez zająknięcia powtarzają o muzułmanach chrześcijanie, a nawet niektórzy księża. To już nie jest często niechęć do drugiego człowieka – przybysza, czy obawa przed tzw. „multikulti”, ale narzędzie do zdobywania poklasku i popularności. To nie tylko zdumiewa. To przeraża. Wszystkim moim braciom kapłanom, którzy gloryfikują nacjonalizm czy też lansują naukę o wyższości miłości własnej nad miłością bliźnich, szczerze polecam, aby w codziennym sprawowaniu liturgii wykorzystywali V Modlitwę Eucharystyczną. Znajdą tam bowiem wymowne słowa: „Uczyń nas otwartymi i pełnymi gotowości wobec braci, których spotkamy na naszej drodze, abyśmy mogli dzielić ich bóle i strapienia, radości i nadzieje,  oraz postępować razem na drodze zbawienia”.

Papież Franciszek spotkał się niedawno z niemiecką grupą, osobami ze stowarzyszenia związanego z teologiem Romano Guardinim i powiedział im bardzo znamienne słowa dotyczące dzisiejszej sytuacji. Powiedział, że Bóg bogatej Europie przysłał głodnego, żeby go nakarmić, przysłał spragnionego, żeby mu dać pić, przysłał obcego, żeby go przyjąć, i nagiego, żeby go przyodziać. I dalej powiedział, że jeżeli jesteśmy ludem, to przyjmiemy tych przychodzących, jak braci. A jeżeli jesteśmy grupą indywidualistów, to ulegniemy pokusie, żeby ratować swoją skórę. Całkowicie podzielam opinię Ojca Świętego. Zatraciliśmy gdzieś naszą zdolność empatii i zwyczajną ludzką wrażliwość.

Prawdą jest, że nasza empatia jest stronnicza. Jednak kształtując życie według zasad proponowanych przez Ewangelię, obiektywizujemy naszą empatię. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy są w stanie podążać radykalnie za tym, do czego wzywa nas Ewangelia. Sam wiele razy, w moich codziennych wyborach i decyzjach nie potrafię sprostać ewangelijnemu radykalizmowi. Nie zgadzam się jednak na wypaczanie tej nauki, dewaluowanie jej i wykorzystywanie do manipulacji z wysokości ambony. Nie chcę być „katolickim moherem” walczącym z uchodźcami. Powtórzę to, co kilka miesięcy temu napisałem na Facebooku: wolę stracić życie z ręki potrzebującego muzułmanina (lub kogokolwiek) na ziemi, ponieważ mu pomogłem, niż stracić życie wieczne, ponieważ odmówiłem pomocy i miłości człowiekowi w potrzebie. Jestem wierzący. Tyle w temacie uchodźców.

comments

Leave a Comment