Ostatnie takie tango. Messi kolejnym bohaterem smutnej historii

Po fatalnej postawie w I rundzie, w meczu 1/8 finału Argentyna zagrała najlepszy mecz turnieju. Mimo to odpadła dopisując kolejny rozdział do swojej smutnej historii. Kibicowanie Argentynie nieodwołalnie wiąże się z cierpieniem, ale i tak warto wspierać Albicelestes. Wszak w jej składzie gra(ł) fenomenalny Leo Messi, najbardziej niespełniony gigant futbolu.

W 26. numerze Tygodnika Powszechnego ukazał się obszerny esej Michała Okońskiego „Oto człowiek” poświęcony Messiemu. Autor książki „Futbol jest okrutny” nie tyleż pisze o genialnym piłkarzu, co poprzez opowieść o „Pchle” – jak pieszczotliwie określa się tego napastnika – pokazuje piłkarską historię Argentyny. Jej wielkie sukcesy, dojmujące klęski i stracone nadzieje.

Przy pisaniu tego tekstu Michał korzystał z książki „Aniołowie o brudnych twarzach. Piłkarska historia Argentyny” Jonathana Wilsona, którą sam tłumaczył. Tym, którym podobał się esej redaktora Tygodnika, mogę z czystym sumieniem polecić wspomnianą pozycję. Zarazem – po opadnięciu Argentyny z mundialu i na chwilę przed ogłoszeniem zakończenia reprezentacyjnej kariery przez Messiego – nie ma lepszego momentu na lekturę tej opowieści.

Więcej niż sport

Jonathan Wilson, jeden z najlepszych dziennikarzy piszących o sporcie, postanowił bliżej przyjrzeć się fascynującym dziejom piłki nożnej w Argentynie. W Ameryce Południowej piłka nożna to religia, o futbolu dyskutuje się na ulicach i w domach, dla milionów kopanie w piłkę jest jedyną nadzieją na poprawę losu. Najlepsi piłkarze bywają ubóstwiani, ale jeden gorszy mecz może sprawić, że wczorajszy bohater zostanie zdeptany. Wystarczy przypomnieć historię zabójstwa kolumbijskiego piłkarza Andreasa Escobara. Strzelił samobójczą bramkę w spotkaniu z USA (1:2) podczas mundialu w 1994 roku. Kolumbijczycy odpadli z rozgrywek, a miesiąc później Escobar już nie żył. Morderca piłkarza, Humberto Munoz Castro ponoć działał na zlecenie bossa narkotykowego a po każdym strzale krzyczał: „Gol!”. Został skazany na 43 lata pozbawienia wolności. Karę skrócono pierwotnie do 26 lat, jednak już w 2001 roku Castro wyszedł na wolność za „dobre sprawowanie”.

Wróćmy jednak do Argentyny i książki Wilsona. Trzeba wiedzieć jedno: w Argentynie prestiż i tożsamość narodowa były współzależne z wynikami reprezentacji. Zarazem poziom drużyny narodowej odpowiada sytuacji społeczno-gospodarczej. Gdy kraj się rozwija, to i piłkarze wznoszą się na wyżyny, a że Argentyna odbija się od jednego wielkiego kryzysu do drugiego, to losy drużyny bywają nieprzewidywalne.

Alfredo Di Stéfano, Diego Maradona, Gabriel Batistuta, Juan Román Riquelme, Sergio Agüero, Leo Messi…

Argentyna zrodziła wielu wspaniałych zawodników, jednak dzieje Albicelestes to przede wszystkim historia pełna melancholii. Na początku XX wieku Argentyńczycy toczyli zaciekłe boje z sąsiednim Urugwajem. Przegrali z Urusami olimpijskie złoto w 1928 roku i podczas pierwszego mundialu w historii mieli wziąć rewanż.

W finale na Estadio Centenario w Montevideo „Urusi” potwierdzili swój prymat. W spotkaniu rozegranym 30 lipca 1930 r. Argentyna, mimo że po pierwszej połowie prowadziła po trafieniach Carlosa Peucelle i Guillermo Stábile 2:1 to pierwszym mistrzem świata została reprezentacja gospodarzy. Urugwajczycy zwyciężyli 4:2. Argentyna w pierwszych mistrzostwach zdobyła najwięcej goli (18) spośród wszystkich uczestników turnieju, a Guillermo Stábile został najskuteczniejszym strzelcem turnieju zdobywając 8 bramek. Cztery lata później jedni z najlepszych zawodników wicemistrzowskiej ekipy Luis Monti i Attilio Demaria wystąpili na mundialu we Włoszech… w barwach gospodarzy. Jako oriundi, czyli zawodnicy mający włoskie korzenie, zdobyli złoto. Jednak nie dla Argentyny.

Tytuł zdobyli dopiero w 1978. Najbardziej politycznego i przepłaconego mundialu w dziejach futbolu nie mógł wygrać nikt inny niż gospodarze. Zadbała o to wojskowa junta pod batutą dyktatora Jorge Rafaela Videli. W finałowym spotkaniu z Holendrami piłkarze z Ameryki Południowej mieli ogromne szczęście. Zespół Oranje marnował fantastyczne okazje a sędziowie patrzyli łaskawym okiem na brutalność gospodarzy.

Do drugiego złota poprowadził Argentynę legendarny Diego Maradona. Turniej w Meksyku był zupełnie innym festiwalem piłkarskim niż ten sprzed 8 lat. Albicelestes grali jak natchnieni, a rajd boskiego Diego podczas meczu z Anglią do dziś uchodzi za futbolową wirtuozerię. Piłkarzom z Południowej Ameryki sprzyjało szczęście, sędziowie, historia – po drodze pokonali wszak odwiecznego wroga, Urugwaj! Na końcu zaś zwyciężyli Niemców, którzy po tej finałowej klęsce już zawsze będą górą. Aż dziw, że to właśnie drużyna naszych zachodnich sąsiadów nie jest największym symbolem przegranych marzeń wielu pokoleń Argentyńczyków.

I tak wygrywają Niemcy

Po złocie z Meksyku nastąpiła jednak typowa smuta. Przegrany finał z Niemcami podczas nudnych mistrzostw we Włoszech, potem dopingowa wpadka na amerykańskiej ziemi. We Francji Albicelestes pogrążył fenomenalny Bergkamp, w Japonii przepadli już fazie grupowej, na trzech następnych turniejach (2006 i 2010, 2014) na ich drodze stanęli Niemcy.

Podczas mundialu w Brazylii przegrali z Niemcami swój drugi finał mundialu z rzędu. Porażka była tym dotkliwsza, że tuż przed końcem regulaminowego czasu Gonzalo Higuain i Rodrigo Palacio nie wykorzystali swoich sytuacji sam na sam z Manuelem Neuerem. Potem były kolejne finałowe porażki, tym razem w Copa America. Znów minimalnie, oba finały przegrali po rzutach karnych. Trzy srebra w trzy lata – to musi boleć.

Wilson pisząc o historii argentyńskiej piłki podkreśla właśnie takie momenty – wielkie rozczarowania i krótkie okresy szczęścia przed kataklizmem. W Argentynie nie spełniło się tak wiele nadziei, że kochanie tego kraju i futbolu wydaje się wieczną torturą. Jak jednak wiemy z życia – miłość nie wybiera. Kochaj i cierp – tak chciałoby się powiedzieć fanom Argentyny.

Epitafium dla Messiego

Wielkim symbolem tych cierpień jest Leo Messi. Pięciokrotny zdobywca Złotej Piłki, czterokrotny triumfator Ligi Mistrzów, ośmiokrotnie wybierany piłkarzem roku Argentyny, genialny drybler, przenikliwy boiskowy umysł… Długo można wymieniać tytuły i sukcesy Messiego, jednak pośród nich zabraknie jednego – tytułu mistrza świata, tytułu, którego tak bardzo pragnął ten skromny zawodnik. Zarówno on, jak i jego największy rywal – Cristiano Ronaldo – z którym od ponad dekady toczą boje o prym na świecie prawdopodobnie już nigdy nie zdobędą najcenniejszego tytułu w piłkarskim świecie. To piękno i zarazem przekleństwo futbolu: ci, którzy dyktowali warunki w światowej piłce oddali Puchar Świata piłkarzom solidnym, dobrym, ale dalekim od wirtuozerii wspomnianej dwójki. Messi już zawsze pozostanie w cieniu Maradony, który dziś swoją legendę rozmienia na drobne – żal było patrzeć na stadionowe wybryki dawnego geniusza podczas obecnego mundialu.

Napisano już tysiące tekstów na temat braku Pucharu Świata w rękach gwiazdora FC Barcelony: w drużynie narodowej nie miał z kim grać, trafiał na fatalnych selekcjonerów, brakowało mu zwyczajnego szczęścia. Wiele można by pisać o wielkich i małych przeciwnościach, jednak Messi wpisuje się w długą historię argentyńskich niepowodzeń. Odejdzie jako wielka, niespełniona i niedoceniona w kraju gwiazda. Aż chciałoby się powiedzieć, że jedynym nieszczęściem Messiego jest to, że urodził się właśnie w Argentynie, pod tym wschodzącym słońcem pomiędzy błękitami.

***

Tytuł: Aniołowie o brudnych twarzach. Piłkarska historia Argentyny
Autor: Wilson Jonathan
Tłumaczenie: Okoński Michał
Wydawnictwo: Wydawnictwo SQN
Rok wydania: 2018 

 

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.