Kościół w sytuacji diaspory

Podczas październikowego Zjazdu Klubów „TP” we Wrocławiu odbyła się okolicznościowa debata moderowana przez dziennikarkę Gazety Wyborczej Dominikę Wielowieyską z udziałem Pawła Kowala, o. Ludwika Wiśniewskiego oraz dr Pawła Stachowiaka z poznańskiego UAM. Tematem rozmowy, w obecności uczestników Zjazdu było pytanie czy Kościół jest stroną w politycznym sporze? – a jeśli tak, to jaką „stroną” jest czy być powinien?

Ta krótka dyskusja przyniosła kilka pouczających konkluzji i tez, o których można przeczytać tutaj.

Oczywiście okoliczności spotkania wymusiły skupienie się przez rozmówców na  aktualnych polskich uwarunkowaniach. Samo zasadnicze pytanie jest jednak szersze i w zasadzie tak stare jak istnienie samego Kościoła. Pytania o sposób zaangażowania i wpływania wierzących na rzeczywistością świecką/ziemską, zgodność tego udziału z posłannictwem Chrystusa, granicą i sensem takiego zaangażowania podejmowali, podejmują i będą podejmować chrześcijańscy (i przecież nie tylko) teologowie, historycy, religioznawcy czy filozofowie. Ta eklezjologiczna kwestia zajmowała Św. Augustyna w De Civitate Dei tak samo jak współczesnych teologów, o wypowiedziach Soborów i Papieży nie wspominając (np. w najbardziej adekwatnej Konstytucji „Lumen Gentium”  Soboru Wat. II).

Odpowiedź na jedno pytanie rodzi kolejne wątpliwości: jak powinien brzmieć kościelny głos (no właśnie: kościelny, to znaczy hierarchów czy też laikatu?; a jeśli oba głosy nie są współbrzmiące?), czy wierzący mają prawo do decydowania w polityce, życiu publicznym, gospodarce, ustawodawstwie? Kto, kiedy i jak w Kościele powinien zabierać głos w takich kwestiach?

Tak się złożyło, że w jednym z październikowych numerów TP zamieszczono zapis rozmowy Ojca Wacława Oszajcy z prof. Zbigniewem Mikołejko o dialogu ateizmu z wiarą. Rozmowa  została przeprowadzona w kontekście planowanej w Warszawie w dniach 16-19.10. tego roku trzeciej edycji „Dziedzińca Dialogu”.

Znalazł się tam krótki tekst powitany Papieża-emeryta Benedykta XVI, który, razem z samą rozmową wydaje się ciekawym aneksem do powyższych dywagacji:

„Propozycję takiego (tzn. Dziedzińca Dialogu – uwaga moja RR) spotkania wiernych w Chrystusie z ludźmi, którzy nie mogą nadal dzielić wiary chrześcijańskiej, ale których jednak nurtują pytania o Boga i przymioty naszego człowieczeństwa, sformułowałem w przemówieniu bożonarodzeniowym do Kurii Rzymskiej w roku 2009. Poprzedziła ją podróż do Republiki Czeskiej, przed którą wszędzie mi powtarzano, że jadę do kraju zamieszkanego w większości przez agnostyków i ateistów, a chrześcijanie stanowią tam tylko nieliczną mniejszość. Podobnie mówiono mi również przed moją wizytą we Francji. Wiedziałem również, że w dużej części Niemiec zanik wiary chrześcijańskiej jest jeszcze bardziej dramatyczny i że niektórych regionów prawie w ogóle nie zamieszkują ochrzczeni chrześcijanie. (…) Cieszę się niezmiernie, że ta idea (tzn. Dziedzińca Dialogu – uwaga moja RR) została podjęta ze szczególną intensywnością w Polsce – w społeczeństwie, które jest silniej kształtowane przez wiarę niż inne części świata zachodniego, chociaż i tu odczuwalne jest jak nasze jestestwo jest wstrząsane przez wpływ modernizmu” (cytat za TP, nr 42/2017).

No właśnie… Polskie społeczeństwo na mapie katolicyzmu wydaje się być zjawiskiem wyjątkowym. Czy jednak stawianie nas jako wzorzec, miernik katolickiej ortodoksji i standardów nie jest pewną przesadą?

„Kościół stroną w politycznym sporze? – pytanie to może zabrzmieć zupełnie inaczej kiedy dopuścimy do siebie myśl czym byłby Kościół między Odrą na Bugiem bez swojej masowości, prestiżu popartego państwowym ceremoniałem czy udziałem w mechanizmach władzy?

Dopóki Kościół utrzymuje swój autorytet, korzystając z sojuszu tronu z ołtarzem, dopóty sprawy wydają się proste i oczywiste.

Od czasów cesarza Konstantyna Wielkiego państwowy gorset w jakim paradnie maszerował (i jeszcze gdzieniegdzie) maszeruje Kościół często uwierał, tak władzę świecką jak i duchowną. Chrześcijaństwo jako wiara nonkonformistyczna oraz wymagająca stała się państwową doktryną. Taka zbieżność powoduje, to że w dyskursie nad współczesnym katolicyzmem w Polsce umyka pewna ogólna zasada, a czasem i sprawa bardziej fundamentalna.

Nie za lasami, nie za górami, nie za morzami, a tuż obok nas – katolicyzm, ba: chrześcijaństwo ma całkiem inny wymiar niż ten do jakiego w Polsce przywykliśmy. Nie mówimy przy tym o terenie „misyjnym”, nieprzystającym do naszych wyobrażeń i poza naszym zasięgiem. Wystarczy bowiem ze Zgorzelca, Szczecina czy Słubic zrobić kilka kroków i znajdziemy się w katolickimi innym świecie. W świecie diaspory. W kraju za Odrą i Nysą, gdzie w społeczeństwie jest 4% katolików, zdeklarowanych ewangelików 21 %, a 75% obywateli nie ma żadnej przynależności religijnej – rodzą się inne pytania. Rodzi się inna optyka.

Oczywiście stan dechrystianizacji (ateizmu?, agnostycyzmu?, dechrystianizacji? post-chrześcijaństwa?, sekularyzacji? laicyzacji?) to efekt historycznych procesów, specyficznych  uwarunkowań społecznych, ewolucji samego Kościoła i przemian cywilizacyjnych. Tak, to sprawy wiadome.

Ale co to znaczy praktycznie? Czy czciciele statystyk mogą wyrobić sobie jakiś prawdziwy obraz wiary, wierzących czy chrześcijaństwa na podstawie tych cyfr?

Może warto podzielić się kilkoma refleksjami i obserwacjami z terenu „ateistycznej” Saksonii (diecezja drezdeńsko-miśnieńska: http://www.bistum-dresden-meissen.de)

Katolików: 4 %

Zmieniając w stosunku do polskich te statystyczne proporcje wierzących dokonujemy ciekawych obserwacji. Kościół nie musi być masowy, wpływowy, zlepiony z państwowymi instytucjami. Sięgając do korzeni chrześcijaństwa, można dojść do wniosku, że Jezus jednak nie był statystykiem. Jemu nie chodziło o ilość. Chodziło o nową jakość swoich  uczniów… Wielki Statystyk nie wypowiedziałby takiej deklaracji (Mt 5, 13-16):

„(…) Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.
Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.

Ufff – to daje jednak pewne pocieszenie. Ciekawe wydaje się to porównanie: sól jest przyprawą, dodaje smaku. Nie tworzy jednak potrawy, ale ją doprawia, wzbogaca. Sama sól w sobie jest nieznośna i niejadalna. Potrawa składająca się w 92% z soli jest strasznie niestrawna… Wręcz szkodliwa dla zdrowia i życia!

Światło (lampy, świecy) świeci tam gdzie jest mrok. Bez ciemności świecznik nie ma sensu. Kto używa świecy w ciągu dnia marnuje energię i działa nieracjonalnie.

A szukając dalej u Ewangelistów do myślenia dają jeszcze cytaty: „Oddajcie więc Cezarowi to co należy do Cezara a Bogu to co należy do Boga” (Mt 22 21); „Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła” (Mt 21,42); „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16, 15), itd.

„Głoście” czyżby słowo-klucz do zrozumienia chrześcijańskiego przesłania w świecie?

Pierwotny Kościół nie znał innej rzeczywistości przeżywania swojej wiary jak właśnie realia rozproszenia, mniejszości, wysp na morzu żywiołu społecznego – jeśli nie wrogiego to co najwyżej im obojętnego.

Dialog zamiast sporu

Religijność w sytuacji diaspory musi być autentyczna. Wierzy ten kto jest przekonany, bo jego wiara wymaga wysiłku. Zmagania się z subiektywnymi i obiektywnymi trudnościami (od mniejszej dostępności „usług” duszpasterskich po wyjątkowość swoich praktyk religijnych). Wymaga wyjścia z konformizmu. Czy chrześcijaństwo w  założeniach nie było podobnie nonkonformistyczne?

Poczucie diaspory to możliwość przeżywania autentycznej ekumenicznej bliskości chrześcijan. Będąc zdecydowana mniejszością szuka się ludzi i grup ideowo bliskich. Na poziomie osobistym, parafialnym, teologicznym, społecznym…

Laikat i osoby świeckie odważnie angażują się w różne formy życia duszpasterskiego. Są traktowani poważnie i partnersko w strukturach kościelnych: od powierzania im odpowiedzialnych funkcji w kuriach biskupich po silną samoorganizację i samoświadomość (jak np. Zentralkomitee der deutschen Katholiken – ZdK, czyli świecki, silny głos katolicki), po zaangażowanie charytatywne, duszpasterskie czy stowarzyszeniowe (np. branżowe, stanowe związki i organizacje, Kolpingwerk, Caritas). Katolicy jako mniejszość religijna na co dzień obcują z pluralizmem i  innością. Trudno więc znaleźć wśród nich ksenofobów czy szowinistów.

Kościół jest jednym z wielu głosów takiego pluralistycznego społeczeństwa, nie uprzywilejowany, nie szczególny. Swój autorytet buduje bez podpierania się państwowymi protezami: w mediach czy instytucjach publicznych.

Finanse i kwestie materialne są czytelne i przejrzyste. I nie tylko o demonizowany w Polsce podatek kościelny tutaj chodzi. Parafie i diecezje katolickie upubliczniają swoje  roczne sprawozdania, też finansowe (por. raport diecezji drezdeńsko-miśnieńskiej z roku 2015: http://www.bistum-dresden-meissen.de/jahresbericht2015/#28 )

Trudno wymiernie wyliczyć jaki wpływ wywiera na 75 % społeczeństwa chrześcijańska mniejszość i jej wartości. Jak bardzo Kościół katolicki ma wpływ na to, że społeczeństwo nie zamyka się na emigrantów, uchodźców i humanitarnie udziela im azylu? Bo że wpływ taki jest – nie ulega wątpliwości. Fakt, nie bez oporów i wstydliwych ekscesów, też dając się przy tym naciągać i narażać swoje bezpieczeństwo. Czy chrześcijańskim piętnem jest nie wykluczanie słabszych, systemowa opieka nad osobami starszymi, otwarty stosunek do obcokrajowców. To prawda, niestety ostatnio też popularność zdobywają neonazistowscy sympatycy AfD. Chrześcijańskie, bliskie Papieżowi Franciszkowi  podejście do ekologi oraz odpowiedzialność za środowisko naturalne to powszechna wręcz doktryna ekonomiczna. Oczywiście Niemców stać na ekologię, a regulacje prawne wymuszają pewne zwyczaje i nawyki …

Uchwalone w 1956 roku prawo (nowelizowane w 2003 roku) regulujące niedziele (początkowo też soboty) jako wolne od handlu, akceptuje i docenia większość społeczeństwa. Oczywiście dzień ten jest różnie wykorzystywany ale wprowadzające ją CDU jak i Kanclerz Adenauer nie ukrywał argumentów chrześcijańskich …

Zamiast niszczących waśni, publicznego rzucania wyzwisk i inwektyw na politycznych (ideowych, religijnych,…) przeciwników (wrogów? zdrajców? Targowiczan?) uprawiana jest sztuka konsensusu, szukania koalicji i lobbowania. Zgadza się, czasem też za wysoką cenę kompromisu, jak np. ostatnio w sprawie legalizacji małżeństw jednopłciowych. Tutejsza chadecja (CDU),  partia wpływowa i będąca od 1950 roku z krótkimi przerwami (w koalicjach) u władzy realizuje konsekwentnie wolę budowania zjednoczonej Europy, łączenia zamiast dzielenia, przekonaniu do idei wspólnoty europejskiej. Jasne: nie byłoby tego przeświadczenia bez nazistowskiej przeszłości i narzuconej po wojnie demokracji…

Dogmatyczne, radykalnie katolickie spory religijne, wyznaczenie granic  religijnych kompromisów (doktrynalnych, pastoralnych, duszpasterskich, itd.)  wybrzmiały tutaj 500 lat temu (zwerbalizowane choćby przez ks. Marcina Lutra w jego 95 tezach), nikt dziś nie chełpi się swoją radykalnością w wierze, religijną wyższością i nieomylnością, nikt nie barykaduje granic … różańcem (fakt, teologowie niemieccy często nie są ortodoksyjni). Struktury kościelne: parafie, tradycyjne formy pobożności  ewoluują, ale ich żywotność, aktywność, misyjność i „katolicyzm” jest na stałym poziomie,  choć nie ma co ukrywać: księży i parafii jest mniej niż dwie, trzy dekady temu.

Pytanie o kryzys (wiary, religijności, „katolicyzmu”, Kościoła), postępująca sekularyzację „zachodu” można by odwrócić i zapytać prowokacyjne jaka chrześcijańska optyka jest zadowalająca. Czy kryzys mierzymy tylko liczbami i statystykami?  Czy przysłowiowy „ostatni” zgasi tam światło? A może  warto sprawdzić „owoce” które katolicy, pełni wiary i wartości przynoszą  swojemu społeczeństwu?

Czy to musi być „spór”? Do czego on ma prowadzić? Oby przyglądająca się nam,  przychylna lub nie – reszta społeczeństwa nie skomentowała wiary katolików słowami:

„Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi”. (Mt, 23)

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.