Dawny kształt dialogu. O wymianie myśli Kardynała i Redaktora słów kilka.

Dokonując pewnego publicystycznego uproszczenia, można by rzec, iż została w ten sposób ustanowiona pewna forma dialogu wewnątrzkościelnego, której kontynuatorami są dziś zwierzchnicy zakonu Marianów, a w zasadzie chyba większa część polskiego Kościoła instytucjonalnego.

W czasach, o których piszę nie była to jedyna forma dialogu prowadzonego przez hierarchię ze środowiskami katolickiej inteligencji. Jej przedstawicielem był ówczesny metropolita krakowski kard. Karol Wojtyła. Trudno w ramach tego tekstu poruszać wielokrotnie opisywany problem różnic, które dzieliły dwu najwybitniejszych polskich hierarchów. Warto jedynie podkreślić, że dla Wojtyły świecka inteligencja, zaangażowany laikat były naturalnym środowiskiem, w którym przebywał nie tylko jako nauczający reprezentant Kościoła, ale także jako partner w dyskusji. Mimo całego respektu dla Prymasa Tysiąclecia, uznania jego autorytetu, zdawał się nie podzielać niektórych metod jego działania, choćby tych, które wynikały z przedstawionej powyżej prymasowskiej koncepcji dialogu. Był Wojtyła duchownym na tamte czasy niezwykle nowoczesnym, przełamującym, czasem w sposób dla swych konfratrów wręcz szokujący, normy eklezjalnej poprawności, człowiekiem, który nie rezygnując z wizji Kościoła wcale nie odległej od wyznawanej przez Wyszyńskiego, propagował ją uciekając się do innych sposobów działania. Ustanawiał inną, alternatywną wobec prymasowskiej formę wewnątrzkościelnego dialogu.

Jej najlepszym przykładem jest wymiana listów pomiędzy arcybiskupem krakowskim a redaktorem Jerzym Turowiczem, która miała miejsce u schyłku lat sześćdziesiątych, na kanwie wspominanego wyżej konfliktu wokół artykułu „Kryzys w Kościele”. Korespondencja Kardynała i Redaktora jest oczywiście znacznie obszerniejsza i tylko częściowo opublikowana, ten jednak jej fragment zdaje się szczególnie interesujący i znamienny bowiem dostrzec w nim możemy kanon owej alternatywnej a zmarginalizowanej dziś formy dialogu wewnątrzkościelnego. Przyjrzyjmy się zatem podstawowym myślom, argumentom i co najważniejsze metodom prowadzenia wymiany zdań używanym przez obu interlokutorów. Jedno warto podkreślić na samym początku: fakt prowadzenia takiej wymiany zdań nie był ówcześnie, a chyba nie jest również współcześnie, czymś w naszych warunkach normalnym, był bowiem uznaniem zasady, że biskupie napomnienie może być sformułowane w języku dialogu a nie zakazów i nakazów.

Sednem sporu Kardynała i Redaktora była różnica dotycząca pojmowania zadań, które wypełniać powinno katolickie czasopismo i misji wyznaczającej priorytety działania katolickiemu dziennikarstwu. Wojtyła widzi ten problem jasno: posłannictwem tegoż dziennikarstwa jest w pierwszej kolejności „paedagogia fidei”, formacja czytelnika w duchu nauki Kościoła co wymaga wielkiej odpowiedzialności i dużej dozy autocenzury (to sformułowanie nie pada expressis verbis). Podążając za tekstami definiuje ową pedagogię wiary w sposób następujący: „Polega ona na tym, żeby przede wszystkim podawać to, co jako pewna i podstawowa prawda stanowi nienaruszone oparcie dla wiary i życia chrześcijańskiego. Jeśli zaś chodzi o podawanie tego, co nowe, to celem stosowności w przedstawieniu należy uwydatnić ciągłość w wierze Kościoła. Jeśli zaś w grę wchodzą hipotezy, to należy przedstawiać je z podaniem tego stopnia prawdopodobieństwa, jaki w rzeczywistości im przysługuje, oraz uwzględniając, w jaki sposób – wedle przewidywań – zostaną one przyjęte i zrozumiane”. Clou wywodu jest tu ostatnia fraza – podkreślenie potrzeby uwzględnienia reakcji odbiorcy na publikowane treści o dyskusyjnym charakterze. Kardynał odrzuca to co w jego mniemaniu jest pokusą publicysty – zerwanie więzi miedzy potrzebą informowania a uwzględnieniem moralnego dobra czytelnika. Powiada, że właściwe zrozumienie zasad „paedagogiae fidei” posiada „kapitalne znaczenie dla dialogu wewnątrz Kościoła”, szczególnie dla takiego środowiska jak tygodnikowe. Dyskretnie brzmi w słowach krakowskiego metropolity ton pewnego wobec niego wyrzutu. Tak jakby pragnął powiedzieć ludziom „Tygodnika…”, nie budujcie swej tożsamości na poczuciu elitaryzmu i pobłażania dla innych niż wasza wizji Kościoła. Słowa tak jednoznaczne nie padają, ale sens napomnienia zdaje się oczywisty gdy mowa jest o: „konieczności bardzo gruntownej koordynacji dwóch funkcji: funkcji dialogu z funkcją reprezentowania autentycznego sensus catholicus. Jako czynnik kształtowania opinii wśród ludzi wierzących, wśród katolików polskich czasopismo musi równocześnie liczyć się z tą opinią, w której wyraża się sensus catholicus własnego społeczeństwa. Oba procesy są dla pracy publicystycznej jednakowo twórcze: i ten, który polega na tworzeniu opinii katolickiej – i ten, który polega na pilnym jej słuchaniu.”

Kolejnym słowem kluczem, za którego pomocą Wojtyła wykłada swoje założenia, jest „inicjacja”, rozumiana jako kolejne zadanie stojące przed katolickim czasopismem: „Inicjacja nie jest tylko prostym streszczeniem dokumentów i poinformowaniem o ich treści. Jest to wytrwały, pokorny i twórczy zarazem udział w skutecznym przeprowadzaniu tychże treści w świadomości Kościoła. Twórczość taka ma znamię apostolstwa.” A więc nie tylko formacja, wręcz apostolstwo! To właśnie winno, zdaniem Kardynała, skłaniać redakcję „Tygodnika…” do przemyślenia treści i hierarchii podawanych informacji, relacjonowanych debat i prezentowanych kontrowersji. „Wszystko to przemawia za koniecznością innych proporcji, innego ustawienia informacji względem inicjacji. Ta druga musi być treścią wiodącą”, powiada Kardynał. I nie tylko potrzeba wierności przekazu winna kierować postępowaniem katolickiego publicysty: „Kościół w Polsce potrzebuje ,,prostego zwierciadła, prostego, a przy tym wnikliwego i głębokiego, które by jego bycie i myśl odbijało nie tylko możliwie wiernie, ale także wedle zasady ,,sentire cum Ecclesia” (współodczuwania z Kościołem).

Niejako na marginesie uwag dotyczących priorytetów pisma katolickiego dodaje też kilka znamiennych myśli związanych z problemem krytyki Kościoła i krytyki w Kościele. Warto je przypomnieć. Przytoczmy stosowne fragmenty listu Wojtyły do Turowicza: „Bez dostatecznego wkładu inicjacji, bez podjęcia trudu zmierzającego do określenia autentycznego sensu odnowy, krytyka Kościoła nie może spełniać funkcji pozytywnej – i dlatego też trudno w niej dostrzec prawdziwą miłość Kościoła. […] Miłość bowiem nie może się wyrażać przede wszystkim w krytyce. Z relacji choćby międzyludzkich wiemy, że zasadniczym wyrazem miłości nie może być krytyka, lecz afirmacja. Dla Turowicza słowa te były zapewne bolesne, tym bardziej że wcześniej – także Kardynał – uznał jego tekst o kryzysie w Kościele za nie dość „inicjacyjny”.

Warto też w tym miejscu dostrzec, iż motyw „niedostatecznej miłości Kościoła”, jako wyrzut skierowany wobec „Tygodnika…”, był wyrażany później przez Jana Pawła II już w latach dziewięćdziesiątych. Nie wydaje się aby był to wówczas – jak sądziło wielu – nowy wątek jego poglądów ukształtowany przez niechętnych krakowskiemu pismu papieskich zauszników, pojawia się on bowiem wyraźnie już ponad dwadzieścia lat wcześniej. Cała sprawa kardynalskiego i papieskiego wyrzutu wobec Redaktora zdaje się być również ciekawym przyczynkiem do pełniejszego i mniej oleodrukowego obrazu osobowości Karola Wojtyły. Człowieka, który formułował niekiedy, jako reprezentant pasterskiego urzędu, sądy bolesne dla bliźniego, kiedy jednak dostrzegł ból i poczucie niesprawiedliwości u adresata krytyki, dążył do naprawienia nieświadomie spowodowanego cierpienia. Tak było wówczas, gdy po papieskiej krytyce zawartej w liście do „Tygodnika…” z początku lat dziewięćdziesiątych, spadł na Turowicza grad oszczerstw, ze strony tych, którzy uznali słowa Jana Pawła II za akt przyzwolenia na atak. Papież pospieszył wówczas z wymownym wyjaśnieniem: „Jeśli chodzi o ,,miłość Kościoła – Panie Jerzy – gdybym nie wiedział o tym, jak Pan miłuje Kościół, nie odważyłbym się napisać tego, co poprzednio napisałem. Wiem o tym i jestem o tym przekonany na podstawie długiego doświadczenia, że Pan miłuje Kościół i pragnie służyć jego posłannictwu. To, co zaczęło się w Krakowie wraz z powstaniem ,,Tygodnika Powszechnego” zaraz po wojnie, świadczy o tym.

Jeżeli napisałem tak, jak napisałem, to nie, by sprawić Panu przykrość, ale – no po prostu dlatego, że ja sam czuję się związany z tym tygodnikowym dziedzictwem. Miałem w nim jakąś ,,cząstkę” nie tylko jako piszący, ale także jako Wasz Biskup. I zapewne, nie tylko ja miałem jakąś ,,cząstkę” w „Tygodniku”, ale i on miał swą ,,cząstkę” we mnie, w mojej drodze, w moim powołaniu. Pamiętam, jak Pan przeżywał wydarzenie z 16 października 1978 r. Cóż? Ja nie chcę tego utracić. Staram się jakoś być wierny ,,przymierzu”, którym się związałem.” Czyż można oceniać te słowa inaczej niż jako wyraz przedłożenia przez dawnego metropolitę krakowskiego „afirmacji” ponad „krytykę”?

Czytaj dalej…

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.