Od dwudziestu lat nie ma między nami Jerzego Turowicza – wybitnego publicysty, redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” w latach 1945–1999. Dzisiaj możemy wspominać, jaki był. Im bardziej wierne i rzetelne są te opowieści, tym bardziej istotne. Chodzi przecież o twórcę zespołu redakcyjnego, złożonego przede wszystkim z ludzi świeckich, który wziął odpowiedzialność za wydawanie pisma adresowanego do katolików świeckich, a służącego całemu Kościołowi powszechnemu. I to w Polsce powojennej, z jej wszystkimi tragediami i sprzecznościami, doświadczaniem zła nie dającego się z niczym porównać i nieustannym otwieraniem się na tajemnicę powołania.

Ci, którzy Jerzego nie poznali, dzięki wspomnieniom jego przyjaciół i współpracowników mogą szukać w nim wzoru, który powinien stać się nakazem i powinnością. Można kontynuować dziedzictwo wieloletniego redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Choćby w taki sposób, jak przyznawanie Nagrody Jerzego Turowicza, którą w tym roku uhonorowano poezję, a konkretnie Ewę Lipską. Można wreszcie połączyć tę kontynuację z tajemnicą modlitwy (jak to się stało w niedzielę 27 stycznia, kiedy dokładnie w dniu rocznicy śmierci Turowicza, została odprawiona msza w jego intencji w krakowskiej bazylice dominikanów). Przy ołtarzu nie ma już powodu przedstawiać nazwisk dawnych przyjaciół albo wielkości dokonań. Liczą się ludzie: ci, którzy sprawują Eucharystię, oraz ci, których ręce w tym właśnie miejscu wymieniają uścisk na znak pokoju. To największa obietnica na przyszłość, bo dla człowieka wiary – a kimś takim był Jerzy Turowicz – za sprawą wydarzającej się Tajemnicy, przy ołtarzu nie może być pustki ani wyniosłego milczenia, ani tematów za trudnych do rozmowy.

 

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.