Posted on: 10 grudnia 2017 Posted by: Barbara Niedźwiedzka Comments: 1

3 grudnia 2017 Krakowski Klub „Tygodnika Powszechnego” gościł prof. Halina Grzymałę-Moszczyńską. Tytuł spotkania „Przybysze w naszych miejscach: Jak być przybyszem, jak być gospodarzem” już mówi wiele o tym, co było jego treścią. Pani Profesor – znakomity specjalista w dziedzinie psychologii religii i psychologii kulturowej – od dziesiątków lat zajmuje się psychologicznymi aspektami integracji migrantów, ale także psychologicznymi problemami rozmaitego rodzaju mniejszości. Jako psycholog patrzy na te sprawy szczególnie, mając  w centrum uwagi pojedynczego człowieka: migranta, uchodźcę, „odmieńca”, jego odczucia, jego ograniczenia, i jego wartość. Zajmuje się ludźmi, których często, niejako z góry odrzuca jakaś dyktująca warunki, większość.
Spotkanie prowadziła Prof. Dorota Nalepka.

Prowadząca spotkanie zaczęła rozmowę z gościem od pytania: „jak przygotować się na spotkanie z przybyszem, migrantem uchodźcą? Mamy przecież prawo do zachowania swoich zasad we własnym domu. Gdy przychodzą do nas goście, nawet kochani i oczekiwani, to zwykle nie lubimy, gdy bezceremonialnie zaglądają nam do lodówki, przestawiają meble. Jak więc znaleźć złote rozwiązanie, aby obie strony były zadowolone?

Pani Profesor w odpowiedzi przytoczyła doświadczenia krajów, które naprawdę, na co dzień, rozwiązują ten problem (Niemiec, Dani). Doświadczenia te mówią, że stworzenie warunków, w których proces integracji rzeczywiście następuje, nie jest możliwe bez zaangażowania się w to lokalnej społeczności. Mieszkańcy miasta, dzielnicy, wsi, która przyjmuje przybyszów muszą stać się ich przewodnikami po obyczajowości, zasadach, których przestrzegamy, po własnej kulturze, właściwie po całym sposobie życia. Tylko wtedy „obcy” rozumie ograniczenia, rozumie co jest dla społeczności, do której przybył, ważne, co jest święte, co razi. I dopiero wtedy, kiedy jest tego świadomy, można oczekiwać od niego, że nie będzie drażniącym kłopotliwym gościem. Staje się potem także współobywatelem.  Takie podejście koniecznie wymaga zaangażowania wolontariuszy-asystentów (w psychologii nazywanych brokerami kulturowymi), którzy budują mosty i pomagają przybyszom możliwie „bezkolizyjnie” zaadaptować się do nowych warunków. W krajach zachodnich zgłasza się bardzo wielu młodych ludzi, chętnych do pełnienia tej funkcji. Jak twierdzi pani Profesor, bywa, że są kolejki chętnych do zajęcia się przybyszami i pilotowania „swojej rodziny”.

A co z tymi, którzy przebywają w obozach lub egzystują nielegalnie poza nimi? Jak im pomóc?  W 2017 roku toczy się w Polsce ok. 5000 spraw o przyznanie statusu rezydenta, z tego tylko ok. 1000 osób mieszka w przeznaczonych dla migrantów ośrodkach (takich ośrodków jest w Polsce 11, największy w Dębaku). Osoby przebywające poza ośrodkami dostają zasiłek i same muszą znaleźć sobie mieszkania, zapłacić za nie i się utrzymać. Tacy imigranci zwykle starają się jednak zostać w okolicach ośrodka, i starają się mieszkać gdzieś razem, choćby po to, aby sobie pomagać, dodawać otuchy, w obcym otoczeniu. I tu pojawia się wielki problem. Ośrodki, znajdujące się zwykle na obrzeżach niewielkich miejscowości, izolują tych ludzi  od normalnej polskiej rzeczywistości. A najważniejszym, z punktu widzenia psychologii kulturowej, nakazem jest: nie izolować! Nie tworzyć gett! Nie tworzyć skupisk „obcych” separowanych od społeczeństwa. Nie budujmy murów, apelowała Pani Profesor. To co za murami, czego nie widzimy, nie dotykamy zwykle budzi strach. Im bardziej będziemy się odgradzać od przybyszów, tym większy problem sobie gotujemy na przyszłość.

Tego rodzaju postępowanie leży zresztą u podstaw dzisiejszych kłopotów krajów zachodnich. Imigranci często wręcz nie mieli tam możliwości osiedlania się poza wyznaczonymi dzielnicami, obszarami. A jak powiedziano, izolacja, ale też samoizolacja, przybyszów w nowym kraju to wielki błąd. Wśród tak naprawdę odtrącanych i zatrzymujących się na pewnym minimalnym statusie ekonomicznym, imigrantów stopniowo narasta frustracja, często agresja. Dlatego, według Pani Profesor powinno się małymi grupami, pod przewodnictwem lokalnych asystentów, włączać obcych w społeczność. I to od razu, od samego początku. Przy dużych różnicach kulturowych proces pełnej integracji jest niekiedy długotrwały, zawsze stopniowy. W pełni następuje często dopiero w trzecim pokoleniu, kiedy młodzi ludzie, już wykształceni w kraju, do którego przybili ich dziadkowie, osiągają taki status (wykształcenia, zamożności), że sami, zaliczając się już do elity społeczeństwa, pociągają za sobą współziomków. Trzeba ułatwiać ten proces.

Ale co zrobić ze strachem przed obcymi, tak skutecznie podsycanym przez obecnie rządzących. 70% Polaków przeciwnych teraz przyjmowaniu uchodźców, nie wzięło się znikąd. Nie wzięło się też z osobistego doświadczenia. Ci, którzy boją się agresji, terroryzmu, islamizacji, gwałtów, w większości nigdy na własne oczy nie widzieli uchodźcy. Prof. Katarzyna Górak-Sosnowska stworzyła na to termin – platoniczna islamofobia. A jednak, strach w pewnych częściach społeczeństwa narasta. Czy nie jest do pewnego stopnia uzasadniony? Co z nim robić, padały z sali pytania.

Pierwszą odpowiedzią było: zacząć przyjmować uchodźców! Nie pokonamy strachu wzmacnianego przez głupią propagandę, przez zalewające Internet „fake newsy”, fałszywe, zmanipulowane obrazy, jeżeli nie spotkamy się osobiście z tymi ludźmi. Jeżeli sami nie przekonamy, że są normalni, w wielkiej biedzie, z wielkimi problemami, ale że są do nas podobni, tak samo jak my chcą pokoju, zdrowia, szczęścia. Abyśmy się tego dowiedzieli muszą obok nas zamieszkać. Musimy się z nimi spotykać na klatce schodowej, w sklepie, w kinie. Pani Profesor mówiła też o tym, że ludzie i boją się i wstydzą się przed swoimi sąsiadami wynajmować mieszkanie osobom z innych kultur. Dlaczego? Skąd ten wstyd? Obawę, będącą wynikiem oglądania w telewizji ataków terrorystycznych czy zamieszek (chodź ile trzeba tłumaczyć rozumnym ludziom, że uchodźca to nie równa się terrorysta), od biedy rozumiem, ale wstyd? Może to nie tyle wstyd ile obawa przed zmniejszeniem się wartości wynajmowanego mieszkania, okolicy? Czyste wyrachowanie. Jakże chrześcijańskie.

A lęk? Przytoczone przez Panią Profesor wyniki badania przeprowadzonego przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW mówią, że Polacy najbardziej boją się tego, że: nie będą mogli czytać Mickiewicza, pić wódki i jeść schabowego (to cytaty z wywiadów i to wywiadów przeprowadzanych z młodymi ludźmi). Jak słyszy się takie wypowiedzi to wydaje się, że chyba słusznie jesteśmy coraz powszechniej postrzegani jako naród głupi i ograniczony (jak ktoś z sali powiedział ze smutnym gniewem).

Ale boimy się też zdominowania, przemocy, terroryzmu. Ci, którzy podatni są na teorie spiskowe doszukują się złowieszczego planu zawładnięcia Europy przez przybyszów z Afryki i Azji. Ta obawa ma być może swoje ugruntowanie w odległych dziejach, kiedy fale migracji zwykle kończyły się zajęciem przez  przybyszów nowych terenów. Ale mamy 21 wiek i może cos się zmieniło? Może mamy po prostu szansę przyjąć i włączyć w swoje społeczności ludzi, którym wiedzie się gorzej, a czasem żyją w śmiertelnych zagrożeniach? Nie bez naszej winy. A może, myślę, to wielka szansa dla nas europejskich Chrześcijan przyjąć braci w opresji. Może to jest dla nas wielka dziejowa próba dania świadectwa zasadom naszej wiary?

 

Choć Polska tak naprawdę nie istnieje na szlakach uchodźców i przeważnie nie wiedzą oni nawet, gdzie leży nas kraj, i w tym roku nie przyjęliśmy żadnego uchodźcy, to jednak propaganda strachu robi swoje. Mówi się o zalewie Polski przez Muzułmanów, zrujnowanych kościołach, złamanych krzyżach, itd.  Ktoś słusznie zauważył, że być może jest dość prymitywne maskowanie naszego własnego coraz częstszego indyferentyzmu religijnego. Postępuje laicyzacja społeczeństwa, coraz mniej nas w kościołach i na lekcjach religii, chrześcijańskiej religii. Nie potrafimy przy naszej wierze trwać, ją pogłębiać, to mówmy o –  i bójmy się islamizacji!

Jakoś nikt nie mówi o islamizacji w krajach, gdzie w każdym mieście od bardzo dawna jest duża społeczność muzułmańska. Inne problemy być może są, ale narzucanie innym swojej religii? W nowoczesnym państwie? Nie widziałam tego w Kanadzie, gdzie obok siebie żyli Chrześcijanie najrozmaitszych kościołów, Buddyści, Muzułmanie, wyznawcy dziesiątków innych mniej powszechnych światopoglądów. Ktoś powie –  kraj imigrantów, zupełnie inne zasady koegzystencji. To prawda. Ale uczmy się od takich właśnie krajów żyć w multikulturowym społeczeństwie, powielajmy ich sprawdzone sposoby na pokojowe i wzbogacające wszystkich współżycie.  Sami przecież byliśmy kiedyś wielokulturowym krajem, w którym przez stulecia żyły obok siebie duże, jakże odmienne nacje, zbiorowości . Nasza kultura, w tym nasz język,  wchłonęła tyle rozmaitych „obcych” elementów, tureckich, ukraińskich, nie mówiąc już o wpływach kultur zachodniej Europy. Te zapożyczenia, wpływy nie są już obce. Są nasze. Czy zagraża nam kebab w budce na ulicy, czy szkodzi meczet w Bohonikach, synagoga za rogiem? Że być może będzie ich więcej?  Być może. Może tak właśnie będzie rozwijać się cywilizacja europejska. I z pewnością nie powstrzymamy tego rozwoju wznosząc mury na naszych polskich granicach. Nie zawrócimy toku dziejów. Pytanie, jak ktoś na spotkaniu powiedział, powinno brzmieć nie „czy przyjmować imigrantów?” , ale „Jak mądrze przyjmować imigrantów”?

Pani Profesor Grzymała-Moszczyńska, na pytanie skąd u nas taka ksenofobia, powiedziała, że może to być między innymi efekt dziesięcioleci PRL-owskiej indoktrynacji w polskich szkołach, kiedy to homogeniczność naszego kraju uznawano za wielką wartość, i wciąż podkreślano jej zalety na lekcjach wychowania obywatelskiego. W pewnych okresach nawet, dla naszego dobra, pozbywano się nakazowo „obcych elementów” naszego społeczeństwa. Być może to ta infekcja zasiana w młodych głowach, teraz już często siwych, owocuje teraz taką niechęcią do obcych?

Zapominamy przy tym o własnym uchodźstwie do rozmaitych krajów, które nie tylko ratowały nas przed opresją, ale także często dawały schronienie wtedy, gdy po prostu chciało nam się żyć lepiej. Naprawdę, Polacy mają wyjątkowo bogate doświadczenia jeśli chodzi o uciekanie przed wojnami, szykanami totalitaryzmu, o migrowanie z powodów ekonomicznych. Szukaliśmy azylu w północnej Afryce, USA, Niemczech, Francji, wszędzie. Nie pamiętamy naszej historii. 30 tys. Polaków w 1981 roku otrzymało status uchodźców w USA, dziesiątki tysięcy w innych krajach: Niemczech, Francji. Ostatnio zalaliśmy, Wielką Brytanię, Irlandię. Pani Profesor zacytowała nagłówki z gazet brytyjskich w dzień po tym jak przyznano nam prawo legalnego zatrudniania się na Wyspie: „Polskie tsunami” , „Wielka Brytania nigdy nie będzie taka sama po przyjęciu fali Polaków”. Nie uciekaliśmy tam przed bombami i torturami. Chcieliśmy podnieść poziom swojego życia, mieć lepszy dom, samochód. A teraz mieszkańcy Zakopanego, skąd każda rodzina ma ekonomicznych emigrantów w USA, demonstrują przeciwko przyjmowaniu uchodźców. Wstyd.

Wielu z nas  – Polaków dzieli uchodźców na „prawdziwych” –  to MY, i „udawanych” – to wszyscy inni.  Ci udawani to, między innymi, młodzi mężczyźni ze smartfonami, wyskakujący z pontonów na lepszym brzegu Morza Śródziemnego.  Chciałabym spytać: a kogo wysłalibyście matko – Polko, ojcze -Polaku za morze, gdyby w Polsce zaczęły lecieć waszej rodzinie na głowy bomby, albo gdyby kolejny tydzień wasze dzieci nie miały co jeść? Posłalibyście młodych, sprawnych, może lepiej znających jakiś obcy język, chłopaków z rodziny, i dalibyście im nawet po dwa smartfony na wszelki wypadek, aby znaleźli bezpieczne dla wszystkich miejsce!

Poruszono jeszcze inny problem.  Niebezpieczeństwo utraty tożsamości. Uczestnicy spotkania pytali Gościa, w jakim języku powinny mówić dzieci imigrantów (i tych imigrantów, którzy przybywają do naszego kraju i nas Polaków emigrujących np. do Irlandii). Odpowiedź była dla mnie bardzo interesująca. Zawsze wydawało mi się, że jeżeli ktoś zamierza na zawsze zostać na obczyźnie, to dla dzieci najważniejsze jest nauczyć się mówić językiem kraju, w którym znalazło się, jak najszybciej, możliwie bez akcentu, a język kraju pochodzenia nie jest już tak ważny. Tak jest lepiej dla dzieci, usuwa jedną z poważnych barier w późniejszej asymilacji. A Pani Profesor, nie negując oczywiście potrzeby poznania nowego języka, stanowczo stwierdziła, że dzieci koniecznie powinny mówić także językiem rodziców. Jeżeli nie będą, nie będą potrafiły w relacjach rodzinnych komunikować swoich uczuć, a to będzie ze szkodą dla ich emocjonalnego rozwoju.

W dyskusji, która zasadniczo nie była optymistyczna, pojawiły się też i jaśniejsze wątki. Nasz Gość zwrócił uwagę na to, że Kościół podjął inicjatywy, które, gdyby były zaakceptowane przez polski rząd, sprawiłyby, że bylibyśmy w innej sytuacji (m.in. korytarze humanitarne, udzielanie pomocy medycznej ofiarom w Syrii).  Papież Franciszek głosi bez przerwy konieczność niesienia pomocy ludziom w opresji i biedzie. Są u nas księża i biskupi, którzy wskazują na konieczność pomocy ofiarom wojen, ucisków . Pojawiają się na ten temat artykuły w prasie (Pomyślałam, kto je czyta? Tylko ci o podobnych poglądach.); studenci Uniwersytetu Warszawskiego prostują kłamstwa dotyczące migrantów i migracji na forach dyskusyjnych w Internecie. Są też działania, jak np. akcja „Pomoc rodzina rodzinie”, która przyniosła w niektórych parafiach piękne rezultaty. Dajemy datki, rozmawiamy o tych sprawach, zwracamy uwagę na moralne, etyczne, chrześcijańskie, aspekty sprawy, są politycy, którzy zwracają uwagę na niebezpieczeństwa zamykania się na potrzebujących. Jest nas jednak mniejszość.

Zasadniczo, myślę, zgromadzeni na spotkaniu, mieliśmy podobne opinie, ale pod koniec spotkania pojawił się głos wyrażający wszystkie te obawy, o których mówiliśmy jak o lękach innych, ciasnych, ksenofobicznych ludzi. Głos ten mówił o wojnie kulturowej na zachodzie, o anektowaniu przez przybyszów obszarów swobód Europejczyków, o potępianych przez naszą kulturę praktykach (jak np. ubój rytualny), o agresji, nienawiści, o lęku towarzyszącym Europejczykowi zapuszczającemu się w dzielnice zamieszkałe przez migrantów. Głos ten powiedział także, że ulegamy złudzeniu, myśląc że integracja może się udać, bo jako ludzie wykształceni mieliśmy głownie do czynienia z podobnymi sobie, ucywilizowanymi na naszą europejską modłę, „kulturalnymi” obcymi.  A oni tak naprawdę w swojej masie są inni, dzicy, agresywni, i… chcą nas zdominować.

Pomyślałam smutno: i na nic była cała dyskusja, na nic wszystkie argumenty, na nic przytaczane przez specjalistę przykłady i pomysły, jak mądrze radzić sobie z problemem. Problemem, którego na dodatek jeszcze tak naprawdę w naszym kraju nie mamy. Możemy go mieć w przyszłości i mamy czas się przygotować. Na razie mamy jedynie sztucznie nadmuchiwaną, oderwaną od realiów, histerię. Pomyślałam: słuchałeś tej dyskusji młody człowieku i zamiast zastanawiać się wspólnie, jak mądrze, po chrześcijańsku stawić czoła cywilizacyjnym zmianom (które widzimy, znamy, których nie bagatelizujemy), jedyne co potrafisz zrobić to ostrzec nas życzliwie przed naszym bratem – OBCYM.

Na szczęście, inny głos z sali zawtórował moim myślom, mówiąc: obecne ksenofobiczne, niekiedy wręcz faszyzujące  deklaracje, coraz częstsze przypadki agresji wobec ludzi o innym kolorze skóry, mówiących w innym języku, innej wiary, nic nie mają wspólnego z realnym zagrożeniem, nic z prawdziwym rozeznaniem, kto jest groźny, a kto  nie. Mają za to bardzo wiele wspólnego, są wręcz wprost pokłosiem antyimigracyjnej retoryki w ostatnich dwóch lat, rezultatem ksenofobicznej propagandy, podsycania fobii, szukana i wskazywania winnych spraw, które tak naprawdę są także naszymi – Europejczyków – winami. To dlatego, a nie z powodu realnego większego niż dawniej zagrożenia, tylu naszych rodaków zmieniło swój stosunek do uchodźców. U nas, w ostatnich latach nic się tak naprawdę nie zmieniło, oprócz narastającego nacjonalizmu i fobii.

Ten sam głos wcześniej nawoływał: powinniśmy, my otwarci na innych Chrześcijanie, demaskować kłamliwe informacje, uświadamiać, wykorzystywać do tego niezależne media, rozwiewać przesądy, mity, mówić prawdę, pisać, gdzie się da, tłumaczyć, rozmawiać. Rozmawiać także z hierarchami naszego kościoła o konieczności bardziej wyrazistego głoszenia, że każdy człowiek jest naszym bliźnim i mamy stosować wobec niego to samo przykazanie miłości, o konieczności światłego kształcenia kleryków – przyszłych duszpasterzy, którzy chcieliby i potrafili walczyć z ksenofobią wśród swoich parafian. Musimy dużo działać, aby odwrócić ten straszny, smutny, niechrześcijański swojej istocie, trend zamykania się przed innymi, odtrącania potrzebujących.
W pełni się z tym głosem zgadzam. I dlatego z chęcią przyjęłam zaproszenie do udziału w akcji informacyjnej „UCHODŹCA TO TWÓJ BRAT”, która odbędzie się w Krakowie w sobotę 9 grudnia.

Zachęcamy do odsłuchania w całości:

comments

1 people reacted on this

  1. Brałam udział w akcji „Uchodźca to twój brat”. Rozdawaliśmy przez kilka godzin na ulicy ulotki demaskujące mity o zagrażających nam uchodźcach muzułmanach i informujące o możliwościach pomocy uchodźcom. Akcja była organizowana przez KOD Małopolska Grupa lokalna Krowodrza. Ludzie reagowali rozmaicie, część niechętna KODowi w ogóle nie chciała brać ulotek, niektórzy nas wyzywali (choć obyło się bez bardzo wielkiej agresji), niektórzy dyskutowali, była też grupa wspierających akcję (w tym członków Klubu TP).
    Wydaje mi się, że akcje tego typu są ogromnie potrzebne, nie tylko aby przełamywać stereotypy i uprzedzenia innych, lecz także żeby uczyć nas jak rozmawiać z ludźmi o innych poglądach. Dwa przykłady. Pierwszy to sytuacja, w której nie ma sensu rozmawiać. Mężczyzna i kobieta. Ona wydaje się zainteresowana rozmową, ale on stanowczo odciąga ją i twierdzi, że był w Turcji i że nie chce w Polsce muzułmanów, żeby zgwałcili jego żonę. Jest dość agresywny i wulgarny. Być może kiedy indziej dałoby się z nimi porozmawiać. Druga sytuacja, w której rozmowa, a raczej wysłuchanie, może coś da, choć nie od razu. Starsza kobieta zatrzymuje się, nie chce żadnych ulotek, ale nie odchodzi, lecz wylewa na nas swoje żale na KOD, opozycję i wszystkich (takich jak my), którzy przeszkadzają w osiągnięciu przez Polskę wspaniałej pozycji w Europie. Wydaje się, że powtarza w dużym stopniu przekaz mediów rządowych, ale nie jest agresywna, raczej zatroskana. Po jej dłuższej wypowiedzi mówię tylko „nie zgadzam się z Panią, ale dziękuję za podzielenie się z nami swoimi opiniami”. Rozmawiamy pod plakatem z napisem „Jezus też był uchodźcą z Bliskiego Wschodu” i cytatem z Ewangelii św. Mateusza. Może ta pani to zauważa. Ktoś inny nie wierzy, że Jezus z Maryją i Józefem według Ewangelii św. Mateusza byli uchodźcami do Egiptu. I jaka to wielka rola dla katechetów i kaznodziei powiedzieć o tym w kontekście Bożego Narodzenia. Może ktoś powie.

Leave a Comment