Posted on: 25 listopada 2017 Posted by: Barbara Niedźwiedzka Comments: 0

Chcę podzielić się z Państwem kilkoma refleksjami z debaty p.t.: „Granice wolności w kulturze”, z udziałem księdza profesora Andrzej Draguły (teologa, profesora Uniwersytetu Szczecińskiego i Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu), profesora Pawła Taranczewskiego (malarza, filozofa, publicysty) i reżysera Jana Klaty (do niedawna dyrektora Teatru Starego w Krakowie), debaty będącej częścią cyklu spotkań organizowanych z okazji 10-lecia Klubów „Tygodnika Powszechnego”. Współorganizatorami spotkań, obok Kubów „Tygodnika Powszechnego” są Fundacja Konrada Adenauera oraz Fundacja „Tygodnika Powszechnego”.

Debata, odbyła się w czasach, gdy polityka i urzędnicy coraz śmielej wkraczają w obszar kultury i sztuki, decydując o tym co dobre i wartościowe, co słuszne, a co nie. Wielu z nas reaguje na to alergicznie. Nawet najmniejszy sygnał cenzurowania sztuki z pozycji władzy budzi ponure echa przeszłości, czasy, kiedy nawet do końca nie wiedzieliśmy, czego nie możemy oglądać, słuchać, czytać, i pamiętamy, jakie to było upokarzające. Obecne czasy są o tyle lepsze, że (wciąż jeszcze) wiemy, co i w jaki sposób władza cenzuruje, są wolne media, mamy, nieporównywalne z tym co dawniej, środki dzielenia się informacją. Wciąż jeszcze mamy. Ale alergia i odruchowy sprzeciw są u wielu z nas uprawnione przez osobiste doświadczenie. A też i historia i współczesne przykłady tego, jak dalece władza może krępować twórczość, i do czego to może prowadzić, uzasadniają rozumowo nasz obronny odruch.

Rozumiejąc zagrożenie, powinniśmy jednak postępować roztropnie, aby nie pogarszać sytuacji. O tym mówił Pan Jan Klata. Nie powinniśmy, broniąc wolności sztuki przed zakusami władzy, koncentrować się na własnym oburzeniu, nie powinniśmy dopuścić do tego, aby chęć odwetu czy demonstrowania sprzeciwu paraliżowała swobodną twórczość. Bo zaczynamy wtedy odgrywać role w scenariuszu pisanym dla artystów i ich odbiorców przez urzędników. Twórcy, twierdzi reżyser, powinni robić swoje.

Ja też nie mam wątpliwości, że o tym co jest sztuką nie może decydować urzędnik, władza. I zgadzam się z Panem Klatą, że na ile to możliwe, twórcy powinni ignorować układanki władzy i nie wplątywać swojej twórczości zanadto w bieżące polityczne bijatyki. Sztuka może wtedy łatwo przestać być sztuką, w sensie jej ponadczasowości, trwałości, głębi. Co nie oznacza, że artyści nie mają mieć poglądów, czy je jako ludzie/obywatele wyrażać. Ale nie powinni wchodzić w bezpośrednią walkę, wet za wet. Ucieszyłam się, że Pan Jan Klata zamierza „robić swoje”. Szkoda tylko, że w najbliższej przyszłości nie w Krakowie, a nawet nie w Polsce. Ale, miejmy nadzieję, że to tylko pewien etap. Tak, że co do wolności artystycznej i braku uprawnień władzy do decydowania o tym co mamy oglądać, słuchać, czytać, pełna zgoda.

W debacie zabrakło mi jednak próby określenia czegoś innego, czegoś co mnie od dawna niepokoi. Ksiądz Profesor na pytanie o granice wolności w kulturze odpowiedział, jak sam to określił – post-modernistycznie: to zależy od tego czyj punkt widzenia i jakie kryteria przyjmiemy. Inaczej będzie mówił o tym obszarze wolności artysta, inaczej teolog, inaczej teolog-moralista czy etyk. Inne będą stosować kryteria. To prawda. Poczułam jednak pewien zawód, i trochę dotyczył on Księdza Profesora, który wprawdzie usprawiedliwił swoje wycofanie z ustalania jakiś granic wolności w sztuce brakiem specjalistycznych kompetencji, ale wydaje mi się, że jako osoba wierząca, duchowny, obeznany też z powinnościami członków Kościoła, mógł spojrzeć na tę sprawę z religijnej perspektywy. Mój zawód dotyczył jednak bardziej nas siedzących na sali uczestników tej debaty (w tym mnie samej), którzy nie zadaliśmy pewnych ważnych pytań, nie podnieśliśmy ważnych kwestii.

Większość z nas, jak sądzę, nie była artystami, którym wolno więcej. Nie tylko im wolno, ale wręcz muszą przekraczać granice. I granice formy i granice, nierozerwalnie związanych z formą, treści. Muszą to robić z powodu osobistej twórczej konieczności (o czym pięknie mówił i Profesor Taranczewski i artysta, który zabrał głos z sali) ale także i dlatego, że to ich rola, może nawet jakąś powinność, aby nas, odbiorców, budzić, nami wstrząsać.

Nie byliśmy artystami, ale odbiorcami dzieł kultury i sztuki. I co szczególne, co nas odróżniało od wielu innych podobnych dyskusji, prawdopodobnie także w większości, byliśmy ludźmi o światopoglądzie religijnym. Jeżeli tak, to przecież ta perspektywa powinna nas interesować, i ważnym dla nas pytaniem powinno być: ile wolno odbiorcom dzieł sztuki, jeżeli czują, że naruszane są ich wartości, cenne i święte symbole? Artystom wolno dużo, ile wolno nam?
Nie chcę prostej odpowiedzi, że mogę nie oglądać przedstawień, obrazów, mogę nie czytać książek, które sprawiają mi przykrość. Nie chcę takiej odpowiedzi, gdyż po pierwsze, nie zawsze można takiego spotkania uniknąć, a po drugie, i to jest ważniejsze, jest we mnie ten niepokój, czy nie powinnam swoich wartości, zwłaszcza tych fundamentalnych, jakoś bronić? Przed wulgaryzacją, ośmieszaniem, kłamstwem. Nie omijać, bronić.
Przecież protestujemy, gdy ktoś obrazi bliską nam osobę, demonstrujemy, gdy niszczona jest nasza młoda demokracja, gdy obrażana jest nasz inteligencja, poczucie smaku w sferze polityczno-społecznej. Dlaczego nie bronimy wartości o wiele ważniejszych? Nikt z nas nie zapytał o granice wolności w sztuce i kulturze, z punktu widzenia religijnego odbiorcy. Skoro granicą wolności powinna być wolność drugiego człowieka, jak mówi mądre określenie wolności, to granicą artystycznych eksperymentów, ekspresji może być, między innymi, granica religijnej wrażliwości odbiorcy sztuki.

Czy boimy się, wstydzimy się zadać takie pytania, nie chcąc być posądzonym o ciasność horyzontów, ciemnogród, radio-maryjność? Bo nie chcemy być w jednym tłumie z osobami demonstrującymi z różańcami i krzyżami przed teatrami, czy galeriami? Nie wiem, nie protestuję. Ale czasem mam uczucie, że być może niekiedy ktoś za mnie broni cennych dla mnie wartości. Oczywiście, nie obraża mnie pusta rama świętego obrazu na scenie w Weselu J. Klaty, ani twarz Anny Dymnej zamiast twarzy Matki Boskiej, nie obraża mnie Jan Paweł II przywalony ogromnym kamieniem, bo te obrazy budzą moją refleksję, niosą jakieś przesłanie, ale już film Jacka Markiewicz, w którym przedstawiony jest akt kopulacji z rzeźbą ukrzyżowanego Chrystusa… sprawia mi wielką przykrość. Mnie to, komuś innemu co innego.

Jeżeli to co bulwersuje jest sztuką, dobrze. Artysta chce mną wstrząsnąć, chce mi coś ważnego powiedzieć, widzi więcej, inaczej. A co jeżeli to nie jest sztuka tylko pospolite oszustwo, manipulacja, bluźnierstwo dla poklasku? Odróżnienie, czy mamy do czynienia ze sztuką, która przekracza granice realizując wyższy cel, czy z oszustwem mającym na celu zyskiwanie popularności przez szokowanie i obrażanie, nie zawsze jest łatwe i oczywiste. Bywa niełatwe nawet dla ludzi wykształconych, jakoś w sztuce obytych. A większość ludzi nie ma żadnego do tego aparatu.

Profesor Taranczewski powiedział, że o tym co jest sztuką a co oszustwem doraźnie najpewniej decydują sami twórcy. Czy w takim razie mamy prawo oczekiwać od tych artystów, którzy dzielą z nami podobne wartości i ich symbole, aby to oni pierwsi protestowali, kiedy wartości transcendentne, duchowe naruszane są jedynie dla szokowania i zysku?

W dyskusji pojawił się postulat edukowania społeczeństwa co do natury i zadań sztuki. Nie możemy się jednak łudzić. Nie wciągniemy na siłę całego społeczeństwa na piętro wiedzy, z którego horyzont będzie tak szeroki, że wszyscy z dystansem odniosą się do doraźnie bulwersujących działań artystycznych, czekając spokojnie aż czas zweryfikuje, czy to jest sztuka czy nie. Czy dzieło niosło ze sobą wykraczające poza doraźny interes artysty przesłanie czy nie. Masowa tego rodzaju edukacja? Nie wierzę, aby była możliwa.

Dlatego, niestety poniewczasie, chętnie zapytałabym naszych gości – uznanych twórców – czy, w jakich wypadkach, i może przede wszystkim jak, powinnam bronić swoich wartości i uczuć religijnych, jeżeli czuję, że artysta je narusza? Czy zawsze mam się postmodernistycznie wznieść ponad … i udać, że nie ma problemu? Zapytałabym Pana Profesora Taranczewskiego i Pana Jana Klatę, jaki jest ich – artystów – na to pogląd? Ciekawiłaby mnie także odpowiedź na pytanie, czy inny artysta obraził kiedyś ich uczucia? Czy mieli ochotę zareagować? Czy zareagowali?

Zapytałabym księdza Dragułę, czy w perspektywie wiary mam swego rodzaju obowiązek bronić wartości, na których się opiera, jeżeli są naruszane. Kiedy, jak? Może znajdę odpowiedź w książce Profesora o bluźnierstwie.
Zadałabym te wszystkie pytania, bo nie znam na nie odpowiedzi. Jest we mnie tylko anty-postmodernistyczny niepokój.

Nagranie dyskusji: Debata „Granice wolności w kulturze” (wideo)

comments

Leave a Comment