Posted on: 7 marca 2011 Posted by: Redakcja Comments: 0

Czytam teraz zawsze paryską „Kulturę” – nareszcie zaczęła przychodzić po owych latach kiedy przychodziła, ale nie do mnie. Ale nic – darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Darowanym koniem jest tu oczywiście koniec tzw. „epoki kultu jednostki” (nazwa ta jest rzecz prosta przenośnią, bo nie sądzę, aby ktoś kiedyś rzeczywiście taki kult odczuwał za wyjątkiem paru młodzieńców dziś zwanych „wściekłymi” – zresztą mają o co być wściekli).

Otóż powtarzam, koniec „epoki kultu” uważam za darowanego konia, bo osobiście liczyłem ten okres na 50 lat i odpowiednio się nastawiłem, dzięki czemu mam dziś nie liche trudności psychiczne. Dlatego cieszę się, że mogę czytać teraz. Nie śmiejmy się – kto wie czy świat potrwa jeszcze dwa tygodnie.

„Kulturę” uważam w ogóle za najlepsze pismo wydawane w polskim języku (gdzieś blisko końca znajdzie się „Tygodnik Powszechny” i „Szpilki”) Są tu w „Kulturze” artykuły ciekawe, głębokie, z różnych dziedzin, naświetlające newralgiczne punkty światowej współczesności – jak widać poniektórzy Polacy za granicą uskrzydlili się tematyką uniwersalną. Jeden jest tam tylko pisarz, który na uniwersalizm zdobyć się nie może i potrafi pisać tylko na dwa tematy: o sobie i o Polsce. Przy czym pierwszy temat zna dobrze, drugi – raczej słabo. Pisarzem tym jest Witold Gombrowicz i osobiście doradzałbym redaktorowi Gedroyciowi, aby go dla jego Gombrowicza dobra wysłał jako korespondenta do Polski. Teraz już mu się chyba nic nie stanie, czego i sobie życzę.
Dlaczego wysłałbym go do Polski? Dlatego, że będąc wybitnym pisarzem i intelektualistą jest on zarazem ofiarą obsesji urazów psychicznych idei natrętnych. Pisze ciągle i nieustannie traktat „Ja i Polska” (coś zupełnie jak „słoń i sprawa polska”). Ową jajawość (od słowa „ja”) wytknąłem mu był jeszcze w dawnych zamierzchłych czasach, kiedy to umieściłem w warszawskim „Czasie” (nomen omen!) gorzkawo-kwaśną recenzję o „Ferdydurke”. Egocentryzm może być rzeczą u pisarza nader cenną, jeśli w jakiś sposób rzutuje na ludzkie universum (vide Proust). Problematyka narodowa również może być odskocznią dla skoku w problematykę świata – naród to przecież swego rodzaju mikrokosmos. Ale gdy ktoś bez przerwy załatwia porachunki z własnym kompleksem typu „naród to ja”, to w końcu popada w tąże właśnie, tyle że odwróconą mesjanistyczną „omnipolskość”, która uczyni jego dzieło nieczytelnym dla normalnego nierozegzaltowanego na punkcie polskości świata, nieczytelnym, jak nieczytelne są „Dziady”, „Wesele” i pół Żeromskiego. Świetny zresztą „Transatlantyk” to przecież nic innego, jak swoiste emigracyjne „Wesele” na dziwaczno. Drapieżna, jak to się dziś popularnie mawia „Ferdydurke”, czy pełen poza tym znakomicie bystrych myśli „Dziennik” to także nic innego jak nieustające wariacje na temat „Polska i ja”. Jeden „Pamiętnik z okresu dojrzewania” ma wartość uniwersalną, bo służy innym, tym razem uniwersalnym obsesjom.

W ogóle Freud miałby w tej materii „coś nie coś” do powiedzenia. Facet (ciągle Gombrowicz), który mówi nieustannie, że przezwycięża polskość w imię swego ja, że przede wszystkim jest człowiekiem a później Polakiem i że dzięki temu stwierdzeniu osiąga rzeczywistość swego bytu, a więc wywyższa Polskę jako konkret a nie jako fikcyjną wielkość i zmyśloną potęgę, że przezwyciężając Polskę jako ułudę, marzenie i kłamstwo wzmacnia polskość indywidualną, facet, który walczy o to, „…aby Polak przestał być wytworem wyłącznie życia zbiorowego”, facet który chce „zalegalizować jego (Polaka) drugi biegun – biegun życia indywidualnego – i rozpiąć go między tymi dwoma biegunami, aby „mieć go (Polaka) między Polską a jego własnym istnieniem – bardziej dialektycznego i antynomicznego, świadomego swojej wewnętrznej sprzeczności i umiejącego wyzyskać ją dla rozwoju”, słowem facet, mówiący te wszystkie błyskotliwe, inteligentne i na pozór śmiałe rzeczy jest w istocie zupełnie kimś innym niż myśli, że jest. Jest po prostu arcypolskim naiwniakiem, budującym swą zakompleksioną prozą jakiś dokuczliwy neo mesjanizm a rebours. Gdy (Gombrowicz) walczy o to, aby Polak mówił z dumą, że należy do narodu podrzędnego, to z jednej strony wywala otwarte drzwi, bo my to tutaj stale sobie mówimy, z drugiej zaś strony daje dowód, że sam w to nie wierzy – bo nie powtarza się z takim naciskiem i uporem rzeczy, w które się wierzy. Po prostu ulubione herezje Gombrowicza nie są wcale herezjami – ot co! Niezbyt to miłe stwierdzenie dla człowieka, który uważa się za zawodowego heretyka, ale cóż robić: nil nisi veritas.

Skąd się ta cała historia wzięła. A no stąd, że jak się powyżej rzekło, Gombrowicz z dwóch tematów, jakie zazwyczaj porusza („jajko i ja”, „Greta Garbo i ja”, „Polska i ja”) zna tylko jeden. To znaczy oprócz siebie zna Polskę ale fikcyjną, tę którą wywiózł ze sobą w swej egocentrycznej myśli w roku 1939. Była to Polska uwarunkowana pewnym czasem i pewnymi ograniczonymi okolicznościami społecznymi (teraz to moja marksistowska dialektyka się odzywa). Tej Polski już na ziemiach oznaczonych za pomocą mapy nie ma – może tuła się ona gdzieś po świecie, wywieziona w emigranckim plecaku, ale to już zgoła inna i naprawdę smutna sprawa. Walczyć z nią nie ma po co: to walka z wiatrakami, majakami przeszłości, z żałosnymi wspomnieniami. Nie do takiej walki stworzony jest arcy szermierz – Gombrowicz. To co on (oczywiście Gombrowicz) robi – wisi w próżni. Oburza się on (Gombrowicz) – i słusznie – na owego polskiego krytyka, który określił „Transatlantyk” jako satyrę na Sanację. Oczywiście – krytyk był dureń – ale ja go rozgrzeszam. Po prostu nie mógł on (krytyk) zrozumieć, gdzie istnieje taka Polska, jaką atakuje Gombrowicz. W poszukiwaniu więc jakiegokolwiek konkretu (tego ich krytyków nauczył socrealizm, a nie była to wcale taka bezsensowna nauka jak się okazało w niemądrej praktyce), krytyk sięgnął do SANACJI. Ale SANACJA, równa się w tej chwili UTOPII, tj. Polsce z utworów Gombrowicza (naprawdę, proszę mi wierzyć, po huśtawce historyczno-terrorystycznej, jakąśmy przeżyli, ataki na Sienkiewicza i Żeromskiego wcale nikogo nie gorszą -prawie wszyscy myślimy podobnie i uniwersalnie.

A więc w imię świętego dla nas obu UNIWERSALIZMU wzywam Gombrowicza, aby czasowo przyjechał do Polski. Albowiem my tutaj w kraju żyjemy problemami uniwersalistycznymi. Żyjemy mianowicie KOMUNIZMEM i to bez względu na to, czy się z nim zgadzamy czy nie (ja, jak wiadomo się nie zgadzam). Komunizm, czy świat tego chce czy nie, należy do problematyki uniwersalnej (światowej) – a my w nim żyjemy. Żyjemy w nim, nie w Sienkiewiczu, wieszczach i mesjanizmie. A więc przyjeżdżaj Gombrowiczu, abyś poznał Polskę i komunizm i zobaczył jakieś wspaniale i po szlachecku – w płot strzelał.

W tejże „Kulturze” znajduję Gombrowicza List do Redakcji (przejąłem się już angielsko-staropolską pisaniną niżej i wyżej wymienionego Witolda Gombrowicza). Początek listu brzmi tak: „W prasie krajowej coraz częściej ukazują się fragmenty moich utworów. Naturalnie będę się przed tym bronił, a dla uniknięcia nieporozumień…” etc. Otóż nie pojmuję, dlaczego użyty jest przysłówek „naturalnie”. Osobiście jestem zwolennikiem konsarstwa: należy nie krępując się żadnymi kapitalistycznymi (he, he) prawami autorskimi przedrukować w Polsce to, co Krajowi i Narodowi jest potrzebne. Natomiast nie jestem za przedrukowaniem Gombrowicza: on hoduje mesjanistyczne i polonocentryczne złudzenia, których my już nie mamy. To po prostu apologia przeszłości a rebours (stare waśnie są tak samo ważne, jak stare miłoście). Niech przyjedzie Bombrowicz, niech posiedzi (ale nie w ciupie), niech zobaczy – może wyleczy się ze swego pokręconego „polnofilstwa” – może Polska zyska wreszcie pisarza uniwersalnego.

Na tym powinienem zakończyć tę polemiczną diatrybę, ale mam jeszcze małą odpowiedź pod adresem tejże „Kultury” w osobie jej londyńskiego korespondenta, wyjątkowego na emigracji znawcy spraw polskich w dodatku miłego sercu Krakauera exwspółpracownika IKACA i hrabiego (galicyjskiego) Juliusza Mieroszewskiego. Zanim otworzę tzw. jadaczkę muszę przeprosić redaktora Jerzego Gedroycia, że gryzę dłoń, która mię żywiła. Wiedzcie bowiem, że moje pierwsze publicystyczne kroki postawiłem był (czas przeszły) niegdyś w redagowanym przez tegoż Gedroycia piśmie „Bunt Młodych, które potem zmieniło swą nazwę na „polityka”. Było to świetne i arcy wychowawcze pismo (wychowało Pruszyńskich, Bocheńskich, Studentowiczów, Żejmisów, Kisielewskich i innych, jak Frankowski, Łubieński, których nie wspomnę). Sądzę jednak, że Redaktor wybaczy mi te polemiki ze „swoimi ludźmi” – przecież już w „Buncie Młodych” uznawał dialektyczne tezy o wolnej dyskusji, starciu przeciwieństw i postępie poprzez antynomie.
A więc do rzeczy (końcowej). Londyński Związek Pisarzy uchwalił, że nie będą oni (pisarze) drukować swych utworów w kraju. Uchwale tej, jako bardzo niemądrej, przeciwstawiło się 32 polskich pisarzy emigracyjnych na łamach „Kultury”, a także jeden pisarz z byłej emigracji wewnętrznej, czyli niżej podpisany na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Aliści cóż się dzieje dalej? Oto nasza najbliższa „Tygodnika” przyjaciółka współpracowniczka, redaktorka i w ogóle matka czyli Hanna Malewska, udaje się w ramach odwilży do Londynu, gdzie bierze udział w herbatce tegoż Związku Pisarzy a potem odprawia u nich wieczór autorski. I potem imć Mieroszewski zapytuje gromko w „Kulturze” co do ch… czy Wy z Nami czy z Nim?!

Odpowiem więc potulnie. Związek Pisarzy Polskich w Londynie powziął uchwałę niemądrą (w Polsce mówi się głupią) nie drukowania w kraju swych utworów (niby za co Naród Polski ma być tak ciężko karany?!) Jeśli jednak tenże Związek zaprosił parszywą owcę z Kraju czyli Hannę Malewską na swój wieczór, to tym samym poprzednią swą niemądrą uchwałę anulował (pamiętamy przecież bezsensowne zachowanie się wobec Ruskina). A ponieważ większa radość z nawróconych grzeszników niż ze sprawiedliwych, ponieważ przekonuje się zwykle nieprzekonanych a nie przekonanych, ponieważ każdy emigracyjny pisarz powrócony Polsce to skarb, więc sądzimy, że Hanna Malewska inaczej, jako apostoł postąpić nie mogła. Z tym, że odwołanie przez ów Londyński Związek Pisarzy niemądrej (czytaj głupiej) uchwały, odcinającej ich twórczość od kraju, uważamy za kwestię symbolicznej przyszłości.
Tak więc, o „Kulturze”, głupi mają zawsze więcej szans od mądrych a grzesznicy od sprawiedliwych. To jest niesprawiedliwość tej ziemi. Resztę wyjaśnimy przy kalwadosie, udaję się bowiem w najbliższym czasie do Stolicy Świata

Wasz Kisiel

TP 13/1957

Zobacz także:
Witaj smutku – o Kisielu z Krzysztofem Kozłowskim rozmawia Anna Mateja

Kisiel, którego nie znałam

Inne felietony i teksty Kisiela:

Orgia pytań

Felieton megalomański

Historia tubki z klejem

Moje typy

comments

Leave a Comment