Zapomnieliśmy, że mamy Dobrą Nowinę. Dla Ciebie. Dla mnie. Także dla geja i dla lesbijki. Zamiast tego skupiamy się na wojenkach i utarczkach słownych i na tym jak „zaorać” lewaków, prawaków czy kogo tam jeszcze.

Lubię różnorodność. Lubię się nie zgadzać i spierać. Frajdę sprawiają mi spotkania z ludźmi, z którymi pozornie jest mi nie po drodze. Czasem otwierają oczy, pozwalają spojrzeć na sprawy z zupełnie innej perspektywy. Nie lepszej ani gorszej. Innej. Rozmowa z ludźmi inaczej myślącymi nie odbywa się przecież w dwóch kategoriach: przekonać albo zostać przekonanym. Dyskutujemy po to, żeby poznać czyjś punkt widzenia, wspólnie poszukać prawdy i ewentualnie rozwiać iluzje. To dość idealistyczne podejście, bo kiedy zajrzymy w media społecznościowe na próżno szukać takiej owocnej wymiany myśli. Facebook i Twitter dla całkiem pokaźnej grupy ludzi (często również księży) staje się areną „orania” innych. Nie chodzi o to, żeby pogadać, czy wymienić się spostrzeżeniami. To dla słabych graczy. Liczy się taka riposta, która pójdzie w pięty.

Wydarzenia z różnych stron naszego kraju i świata dostarczają tematów do wzajemnego „orania się” światopoglądowo odległych sobie ludzi. Ostatnio wśród najbardziej popularnych trendów jest temat osób homoseksualnych. Jedna strona z uporem maniaka przekonuje, że trzeba zwalczać „tęczową zarazę” i tzw. „ideologię LGBT”, a druga nie szczędzi szyderstw z katolików. Jest oczywiście grupa internautów, którzy rozsądnie i rzeczowo zabierają głos w tej kwestii, ale ich zdanie nie cieszy się popularnością, bo oni przecież nikogo nie „zaorali”. Po co ich więc słuchać czy wchodzić w dyskusję. Szkoda czasu.

O ile nie mam żadnych oczekiwań co do ludzi bliżej mi nieznanych, to jednak po ludziach wierzących, a zwłaszcza księżach spodziewałbym się w bardziej wyważonych opinii. Kościół ma przecież naprawdę dobre i mądre nauczanie na temat homoseksualizmu. Mamy argumenty, nie musimy wdawać się w pyskówki, a już tym bardziej nie powinniśmy ich prowokować. Nie tak dawno temu amerykańska blogerka Avera Maria Santo, która jest lesbijką pisała list do ojców synodalnych, aby tego nauczania nie zmieniali, bo pomaga jej żyć w przyjaźni z Bogiem. A my, mimo że mamy dla każdego człowieka Dobrą Nowinę, skupiamy się na wojenkach i utarczkach słownych.

Na Twitterze i Facebooku aż roi się od wpisów „obrońców” chrześcijańskich wartości, którzy potępiają LGBT. Tłumaczą przy tym, że nie chodzi przecież o ludzi, a o „chorą ideologię”. Jasne. Ideologia to nie to samo, co ludzie. Tylko dlaczego tak bardzo koncentrujemy się na tym, żeby potępiać tzw. „ideologię LGBT”, a nie mówimy o zbawieniu tych osób? Łatwo potępić grzech i wygodnie usiąść w fotelu. A może by tak spróbować doprowadzić ich do Boga? Dlaczego nie zapraszamy osób homoseksualnych do Kościoła? Zapomnieliśmy o głoszeniu Dobrej Nowiny. Tak bardzo skupiliśmy się na potępianiu grzechu (choć to też istotne), że umknęła nam gdzieś Ewangelia.

Nie chodzi o to, że mamy liberalizować nauczanie. Chodzi o to, żebyśmy piętnując grzech nie potępili przy okazji ludzi, którzy są do niego przywiązani. Nie wylewajmy dziecka razem z kąpielą. Tonujmy nastroje. Wprowadzajmy do dyskusji merytoryczne wątki. Nie obrzucajmy się inwektywami, bo do niczego dobrego nas to nie zaprowadzi. Jako katolicy mamy w mediach społecznościowych prawdziwą misję, aby być przede wszystkim głosem Kościoła, ale i rozsądku. Tymczasem niektóre wpisy tych najbardziej zatwardziałych „obrońców” katolicyzmu w Polsce ani z Kościołem, ani z rozsądkiem nie mają nic wspólnego. Czasem niestety przykład idzie z samej góry.

Zapomnieliśmy, że oprócz potępiania zła można szerzyć dobro. Zapomnieliśmy, że warto prowadzić każdego do zbawienia. Zapomnieliśmy, że Dobra Nowina jest nie tylko dla nas. Zapomnieliśmy, że prawdę trzeba głosić z miłością. Zapomnieliśmy, że naszym celem nie jest kogokolwiek „zaorać” tylko pomóc mu się nawrócić.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.