Posted on: 26 stycznia 2014 Posted by: ks. Andrzej Perzyński Comments: 0

perzynskiEwangeliczne opisy powołań są niesłychanie oszczędne. Po prostu informują, kogo Jezus powołał. Oczywiście byli tacy, co przychodzili i mówili: „Mistrzu, chcę pójść za Tobą”. Ale ewangelie jasno mówią, że Jezus nie zawsze na to się godził. Do Niego wyłącznie należała inicjatywa – powoływał, kogo chciał. Człowiek miał prawo co najwyżej odmówić. Taka chwila, Boże wezwanie, jest jednym z kluczowych momentów w życiu człowieka. Nie dziwi więc, że rodzą się pytania: czy to faktycznie jest tak, że w życiu człowieka jest jeden moment, chwila, gdy słyszy on głos powołania, wezwanie, które określa całe jego przyszłe życie? Czy może być więcej powołań w jednym życiu? Czy każdy jest powołany, czy może są powołani i inni, którzy po prostu mają żyć w zgodzie z przykazaniami?

Teologia duchowości wiele uwagi poświęca problemowi, jak rozpoznać głos powołania, jak go odróżnić od własnych wyobrażeń i złudzeń. Nie jest to łatwe, bo Pan Bóg ma nieskończoną ilość sposobów docierania do człowieka, a i człowiek ma wielkie zdolności doszukiwania się wezwań Bożych tam, gdzie ich nie ma. Jednak, choć ta kwestia wydaje się bardzo istotna, to chyba nie ona jest najważniejszym problemem dotyczącym powołania. Pytanie najważniejsze, które trudno zostawić bez choćby próby odpowiedzi, jest takie: Co dzieje się wtedy, gdy ktoś powie „nie”? Czy Bóg będzie go wołał ponownie, czy może już do końca życia pozostanie „na bocznym torze”?

Tu przypomina się przypowieść o robotnikach jedenastej godziny. Mówi ona, że nigdy nie jest za późno na spotkanie Boga szukającego  robotników swojego Królestwa.

 (ap)

 

comments

Leave a Comment