Posted on: 23 września 2018 Posted by: ks. Andrzej Perzyński Comments: 0

EWANGELIARZ NIEDZIELNY, 23 września 2018

XXV NIEDZIELA ZWYKŁA

Mk 9, 30-37

Jezus i Jego uczniowie przemierzali Galileę, On jednak nie chciał, żeby ktoś o tym wiedział. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity, po trzech dniach zmartwychwstanie». Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać.

Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był już w domu, zapytał ich: «O czym to rozprawialiście w drodze?» Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy.

On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: «Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich». Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: «Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał».

Jezus zaskoczył uczniów zapowiedzią swojej śmierci. Było to tak nieprawdopodobne w ich rozumieniu, że Ewangelista zapisał: „a oni nie rozumieli tych słów”. Wydawało się im to niemożliwe, że ten sprawca cudów i lekarz ludzkich chorób, że On miałby umrzeć, i to taką śmiercią, o której mówił. Była to sprawa tak szokująca w ich oczach, że oniemieli i żaden z nich nie podjął rozmowy na ten temat. Nikt nie zapytał: Mistrzu, co Ty masz na myśli? Nawet Piotr w swojej porywczości, on, który zawsze mówił to, co myślał, nie odezwał się ani słowem. A idąc dalej w milczeniu zaczęli się w pewnym momencie sprzeczać poza plecami Jezusa o to, który z nich jest największy. I tu spotkało ich powtórne zaskoczenie.

Jezus, nawiązując do ich sporu, postawił im kategoryczne wymaganie: „Jeśli kto chce być pierwszym między wami, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich”. Trudno sobie wyobrazić bardziej niepopularny i bardziej przeciwny ludzkim dążeniom i ambicjom nakaz. Człowiek został przecież powołany do wszechstronnego rozwoju, do doskonalenia własnego człowieczeństwa, do pomnażania otrzymanych talentów, a więc w konsekwencji do zajmowania coraz to wyższego stanowiska w hierarchii wartości ludzkich. Sam Bóg przecież posiał w sercu człowieka ziarna szlachetnych, twórczych ambicji i uwrażliwił go na wartość człowieczeństwa.

Każdy normalny człowiek chce być kimś i chce coś znaczyć. To pragnienie, żeby być kimś, żeby nie być zerem w cudzych i własnych oczach – jest wielkim darem Boga mobilizującym człowieka, ale wymierzanie skali własnej wartości, porównywanie własnej wartości z wartością drugiego człowieka, gwałtowne nieraz, pełne urazy domaganie się uznania własnej wartości przez postronnych ludzi, a więc chęć pobierania procentów od własnej wartości i godności w jakiejkolwiek postaci – prowadzi do sporów. A spory prowadzą do walki o miejsce. Najczęściej oczywiście o to pierwsze miejsce, o pierwszą lokatę w życiu. A to już dotyka problemu poruszonego przez Jezusa. Według Niego wielkość i wartość człowieka nie zależy od miejsca, jakie się zajmuje, ani od uznania z zewnątrz, ani od sądów ludzkich, ani od tytułów, orderów, godności i dyplomów, lecz wyłącznie zależy od tego, ile wartości w nas widzi sam Bóg.

On jeden wie i On jeden może porównywać. On jeden może ustawiać ludzi w szeregu hierarchii wartości, On bowiem jeden wie naprawdę, co jest w człowieku. W Jego oczach człowiek zachowuje swoją wartość niezależnie od tego, czy jest na pierwszym, czy na ostatnim miejscu. A bywa w życiu tak, że sam Bóg z wiadomych sobie przyczyn potrzebuje czasem tego najwartościowszego, żeby stanął, na pogardzanym, ostatnim miejscu. Tu bowiem obowiązuje pewna sprawiedliwość: nie jest dobrze, jeśli ciężar tych najlepszych gromadzi się na jednym krańcu. I dlatego Bóg w swojej opatrzności dopuszcza to pomieszanie, że czasem ci lepsi idą na koniec, niosąc w sobie gorzkie poczucie krzywdy. Idą na koniec i uważają, że stało się jakieś wielkie nieporozumienie, a tymczasem stało się i dokonało się przekazanie jakiegoś zadania. Aby nas o tym przekonać, Bóg sam umieścił własnego, wcielonego Syna na ostatnim miejscu – dwa razy.

Chrystus jest królem królów i panem panujących, a jednak zajął ostatnie miejsce w Betlejem i narodził się w skrajnym ubóstwie, by posłużyć wszystkim. On, najwyższy, z wysokości prawicy Ojca idzie na ostatnie miejsce, nie tracąc przecież niczego ze swojej wielkości i świętości, bo tam zaczyna się jego służba. A po raz wtóry uczynił to, kiedy przyjął ze spokojem wyrok śmierci i zajął to ostatnie miejsce, według Pisma „przeklęte”: przeklęty, kto wisi na krzyżu. Ale ani to pierwsze zejście – do żłobu, ani to drugie zejście – na krzyż, nic nie ujęło z absolutnej świętości i dostojeństwa Syna Bożego. Przeciwnie, stało się jeszcze jednym tytułem do wielkości. Kochamy Go i czcimy w sposób szczególny właśnie w tych dwóch miejscach – w stajence i na krzyżu. Gdybyśmy chcieli wyszukać w roku liturgicznym dwa momenty, kiedy wspólnota z Jezusem nabiera najbardziej żywych kolorów, najbardziej tętni, to będzie to właśnie żłóbek z Dziecięciem i krzyż z dorosłym Chrystusem. Przez te dwa miejsca stał się dla nas wyjątkowo drogi i bliski.

comments

Leave a Comment