Posted on: 4 września 2016 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

jola_elkan(Łk 14,25-33)

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem.

”Któż z ludzi rozezna zamysł Boży albo któż pojmie wolę Pana? Nieśmiałe są myśli śmiertelników i przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę i ziemski przybytek obciąża lotny umysł.”

Zaczynam od cytatu z Księgi Mądrości (pierwsze czytanie), gdyż tak właśnie się czuję wobec tego tekstu. Czuję nieśmiałość i nie pojmuję… ale próbować trzeba.

”Nienawiść”. To słowo boli, szczególnie w tym kontekście. I nie da się tego nijak obejść. Może tylko nasz język niesie te emocje?  – pomyślałam z nadzieją. Napisałam na kartce μισει i pokazałam pewnej Greczynce. Aż się żachnęła, jakbym napisała bluźnierstwo. Powiedziała, że nie zna mocniejszego określenia.

Nienawiść.

Jak niewiarygodnie brzmi to słowo w ustach Nauczyciela, który, głosi miłość bliźniego, jako pierwsze i najważniejsze przykazanie! Który sam jest Miłością! W dodatku to słowo kluczowe, to na nienawiści do bliskich mamy budować swoją decyzję pójścia za Nim!

Ta decyzja ma być w dodatku bardzo precyzyjnie przemyślana, podjęta odpowiedzialnie, jak królewska decyzja o wojnie lub rokowaniach, solidnie, jak decyzja budowniczego o wykończeniu rozpoczętej budowy, musi być rozumna i rozważna, nie może być po prostu emocjonalnym zrywem. Inaczej odpadniemy w drodze. Przewidująco więc trzeba oderwać serce od bliskich. Trudna jest ta mowa.

Czy jednak rzeczywiście chodzi o tak radykalne zerwanie więzów z najbliższymi, by ich aż nienawidzić?

Przecież Pan wspierał miłość w rodzinie. Uzdrowił teściową Piotra. Kochał przyjaciół, także tych, co za Nim nie chodzili. Zaprzyjaźnione z nim rodzeństwo nie opuściło rodzinnego domu, przeciwnie, to Nauczyciel gościł u nich. A gdy brat zmarł, jego siostra zrobiła Jezusowi awanturę. I Pan zapłakał i wskrzesił Łazarza. Wskrzesił też córeczkę Jaira, wzruszony rozpaczą ojca, wskrzesił, nawet bez prośby z jej strony,  jedynego syna wdowy z Naim. Sam przecież był (jest) Synem!

Więc dlaczego? Spójrzmy na ostanie zdanie.

“Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”

A więc nie tyle o bliskość idzie, co o przywiązanie do posiadania! Jakże wiele to wyjaśnia! Na przykład, dlaczego słowo o nienawiści nie jest kierowane do żony wobec męża. Jej nie grozi przywiązanie do posiadania, gdyż to mąż ją prawnie posiada, więc ona jest paradoksalnie wolna. To samo dotyczy niedorosłych dzieci. Ale już nie rodziców, braci i sióstr. Jednak i oni w jakiś sposób są przez nas posiadani, a w każdym razie możemy mieć takie poczucie. Tak jak mówimy: mam dom, pole, samochód, pracę, tak też mówimy: mam rodziców, mam dzieci, mam siostry, mam braci – to niejako mój stan posiadania. Majątek. I jestem do niego zbyt przywiązany(a), by oddać wszystko, żeby pójść za Nim. I z tym przywiązaniem się trzeba rozprawić, nie krzywdząc osób.

Nie jesteśmy więc wezwani do nienawidzenia ludzi bliskich, jakichkolwiek ludzi, ale do nienawidzenia własnego przywiązania, które pęta nasze serce i wolną decyzję. A zwłaszcza jesteśmy wezwani do znienawidzenia przywiązania do siebie samego. To najmocniejsze przywiązanie i potrzebuje radykalizmu. Mimo, że Apostołowie opuścili dla Niego i łodzie i sieci i rodziny, a więc to, co posiadali i to, co kochali, do czego byli przywiązani – najtrudniej było im zrezygnować z własnych oczekiwań, ambicji i nagród. Nie łudźmy się, że nam będzie łatwiej .

A jeśli się z chorą miłością siebie nie rozprawię ? Moje Ja będzie rosło zachłannie, bowiem wszystko nie tylko ma się wokół mnie kręcić, ale ma mnie karmić, dopełniać, wzbogacać, by było więcej mnie! I jeśli się w porę nie opamiętam, moje utuczone, rozdęte, utopione w błogostanie pychy Ja zapadnie się z hukiem w czerń i stanie się wchłaniającą wszystko bezskutecznie – pustką.

Z drugiej strony, poszerzając pojęcie bliskich, krewnych, trzeba znienawidzić kurczowe przywiązanie do grupy rodzinnej, plemienia, narodu. Tendencja by umiłować nade wszystko wartość krwi i grupy, prowadzi do tego, by stawiać ją na równi z Bogiem, a nawet, by ona zastępowała Boga! Nie ma już wówczas bliźnich, jak tylko „moi” i ze mną zgodni. Inni są wykluczeni. Nie widzimy ani ich potrzeb, ani ich nieszczęścia, ani ich beznadziei. ani ich wołania o pomoc. Nie tylko nie miłujemy, ale nienawidzimy z całego serca, racjonalizując sobie  i usprawiedliwiając Imieniem Bożym  tę nienawiść i własne czyny niegodne- pomawianie, lżenie, bicie, grabienie a nawet zabijanie bezbronnych. Przerażająca deformacja.

Pan mówi potem o krzyżu. Trzeba nieść krzyż, by iść za Nim. Nakaz nienawiści bliskich,( plemienia, narodu), nakaz nienawiści siebie samego, nawet rozumiany, jako nakaz nienawiści przywiązania, jest także krzyżem! To czasem rozdarta, krwawa rana. W bólu tego zranienia uwalniamy serce na tyle, aby przywiązanie ziemskie nie zasłaniało nam Najwyższego Dobra.

W rezultacie pracy nad tą krzyżującą nas nienawiścią do pryzwiązań, wyłania się wolna od egoizmu, od oczekiwań, od potrzeby zawłaszczania, bezinteresowna miłość! Miłość, która skierowana jest wyłącznie na to, co dla mnie i najbliższych najlepsze, a więc na samego Twórcę i Dawcę Miłości. Już nie przeszkadzają wtedy więzy krwi- one tylko naturalnie wspomagają. Nie przeszkadza ani czułość, ani pieszczota, ani tęsknota za byciem razem, ani potrzeba wspólnoty. Przeciwnie. Bo w każdej chwili pragniemy już tylko Największego Dobra dla kochanych osób, pragniemy, aby otworzyli się na nie w sposób wolny. (Bliskość i miłość w której jest jeszcze moje Ja, czasem objawia się w nakłanianiu, zmuszaniu kochanych do tego, co mi się wydaje dobre. I to trzeba przepracować ową nienawiścią.) Tylko uwolniwszy się od kurczowego przywiązania wyłącznie do siebie i swoich, uczymy się kochać każdego człowieka. Nie tylko bliskiego, ale bliźniego- czyli i tego  obcego, nieznanego, bezimiennego. Każdego kto nas potrzebuje. W każdym uczymy się rozpoznawać Jego Twarz!

Tak więc to wezwanie do nienawiści, paradoksalnie staje się wezwaniem do prawdziwej, powszechnej, na wzór Boży, miłości!

Droga to długa i trudna. Ale możliwa.  Warto być przygotowanym.

comments

Leave a Comment