Posted on: 23 grudnia 2019 Posted by: Konrad Stanglewicz Comments: 0

„Obraz osoby i narodu oczami Edyty Stein” – to tytuł spotkania  Klubu „Tygodnika Powszechnego” zorganizowanego wspólnie z dyrektorem ks. dr Mariuszem Jagielskim z  Instytutu Filozoficzno-Teologicznego im. Edyty Stein w Zielonej Górze  w dniu 3 grudnia 2019 r.

Gościem był ks. dr Manfred Deselaers, niemiecki ksiądz diecezji Akwizgran – Aahen, duszpasterz na zagranicę Episkopatu Niemieckiego. Deselaers pracuje w Centrum Dialogu i Modlitwy (instytucja Archidiecezji Krakowskiej) w Oświęcimiu, niedaleko byłego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. W Oświęcimiu mieszka już 29 lat.

Z inspiracji ks. prof. Adama Kubisia ks. Manfred Deselaers napisał doktorat o komendancie obozu Auschwitz. Rudolf Hoess pochodził z rodziny katolickiej, w młodości wystąpił z Kościoła, stał się ideowym nazistą. Po wojnie, w więzieniu w Wadowicach, powrócił do Kościoła i wyspowiadał się. Stracony 16 kwietnia 1947 w Oświęcimiu, na terenie byłego obozu koncentracyjnego, którym kierował.

Hoess – na początku katolik, na końcu katolik, a w środku członek NSDAP i SS, komendant Auschwitz! Próbowałem zrozumieć co się stało – mówił Manfred Deselaers. Pisanie tej pracy to były moje trudne, trwające pięć lat rekolekcje. – Ludzie pytają: gdzie był Bóg w Auschwitz? Słyszę je prawie codziennie. A ja w swojej pracy pytałem: gdzie był Bóg w biografii komendanta obozu Rudolfa Hoessa?

Książkę, będącą przekładem rozprawy doktorskiej Manfreda Deselaersa, zatytułowaną „I nigdy oskarżony nie miał wyrzutów sumienia? Biografia Rudolfa Hössa, komendanta Auschwitz, a kwestia jego odpowiedzialności przed Bogiem i ludźmi” wydało Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Tam jest do kupienia.

Konferencja zorganizowana w Kawiarni pod Aniołami była poprzedzona mszą św. z homilią w kościele  pw. św. Józefa Oblubieńca  w Zielonej Górze.

Na wstępie spotkania ks. Deselaers przedstawił sylwetkę Edyty Stein, późniejszej św. Teresy Benedykty od Krzyża, patronki Europy. Urodziła się w 1891 roku w Breslau (dzisiaj Wrocław) w rodzinie żydowskiej. Zginęła męczeńską śmiercią w sierpniu 1942 w Auschwitz-Birkenau.

Ojciec Edyty Stein zmarł, kiedy miała dwa lata. Matka sama wychowywała sporę gromadkę dzieci, spośród których Edyta była najmłodsza i chyba najbystrzejsza. Zbuntowana, w wieku 14 lat porzuciła żydowską wiarę. Zadeklarowała, że jest ateistką, ale chciała poszukiwać prawdy.

We Wrocławiu studiowała germanistykę, historię i psychologię. Szukała prawdy o osobie, pytała kim jest człowiek. Odpowiedzi uzyskane na uniwersytecie we Wrocławiu nie zadowalały.

Jej uwagę przyciągnął nowy kierunek filozoficzny – fenomenologia Edmunda Husserla. Do Polski fenomenologię wprowadził najlepszy przyjaciel Edyty Stein z okresu studiów, świadek jej duchowych przemian – Roman Ingarden (u niego, w Krakowie studiowali Karol Wojtyła i Józef Tischner).

Praca doktorska Edyty Stein, pisania u Husserla „Zum Problem der Einfühlung” (O zagadnieniu wczucia), zgłębiała problem poznania drugiego człowieka, czy w ogóle jest to możliwe poprzez wczucie. To było jej filozoficzne wyzwanie. Ponieważ była kobietą, nie dane jej było zrobienie habilitacji. Została nauczycielką.

Jeszcze podczas studiów poznała chrześcijaństwo, jako fenomen. Była to wiara kolegów, którzy jako Żydzi przyjęli chrześcijaństwo, najczęściej w Kościele protestanckim. Jednym z bliskich kolegów był Adolf Reinach, filozof i teoretyk prawa. Po jego śmierci – podczas I wojny światowej – podbudowana postawą wdowy po Reinachu, ewangeliczki, Stein zaczęła przeżywać nawrócenie. Zrozumiała siłę płynącą ze światła z Krzyża.

W styczniu 1922 Edyta Stein przyjęła chrzest w Kościele katolickim, przyjmując imię Teresa, od św. Teresy z Avili. Jednym z kluczowych wydarzeń na tej drodze była wizyta E. Stein w Kolońskiej katedrze. Będąc tam zauważyła kobietę, która z zakupami wstąpiła do świątyni, chwilę się pomodliła i wyszła. W oczach Edyty wyglądało to jak krótkie spotkanie z przyjacielem. Kościół, mimo że nie było w nim nabożeństwa, promieniował jednak obecnością Boga w tabernakulum. Czegoś takiego nie ma w synagogach i nie ma w kościołach protestanckich.

Ta eucharystyczna relacja osobistej bliskości z Chrystusem stała się kluczem wiary Edyty Stein. Nie da się głęboko zrozumieć człowieka bez relacji z drugim człowiekiem i bez relacji z Bogiem, który jest bliski i przychodzi do nas ze swoją miłością – mówi ks. Deselaers. Tą wiarą Stein chciała żyć w Kościele katolickim.

Matka Edyty Stein, głęboko wierząca Żydówka, nie mogła pogodzić się z przejściem córki na chrześcijaństwo. Z jej perspektywy to była zdrada wiary żydowskiej. Do końca życia była to też tragedia Edyty, że nie potrafiła wytłumaczyć matce swego wstąpienia do klasztoru Karmelitanek w Kolonii. Ale więź miłości do żydowskiej matki nigdy nie została zerwana.

Po śmierci matki Edyta Stein powiedziała: jestem przekonana, że ona jest tam teraz – u ojców wiary Abrachama, Izaaka i Jakuba – moją najlepszą orędowniczką. To zdanie – mówi ks. Deselaers – jest dla mnie niezmiernie ważne, bo ono oznacza, że chrześcijaństwo Edyty Stein w żadnej mierze nic z wiary żydowskiej nie przekreśla, tylko ją dopełnia przez relację do Chrystusa.

W 1932 roku Edyta Stein pracuje w katolickim Niemieckim Instytucie Nauk Pedagogicznych w Muenster, gdzie rozwija swoją antropologię, łącząc ze sobą naukę i wiarę. Po dojściu Hitlera do władzy Niemcy pokrywa narodowo-socjalistyczna noc. «Już wcześniej słyszałam o surowych działaniach przeciwko Żydom – pisze Stein. Ale teraz otworzyły mi się oczy na to, że to Bóg znowu położył rękę na swój naród i że los tego narodu był także moim losem». Aryjski paragraf , jako Żydówce, uniemożliwił jej kontynuację pracy nauczycielskiej; zostaje zwolniona z pracy.

W kwietniu 1933 Edyta Stein wyjeżdża do benedyktyńskiego klasztoru w Beuron na wielkopostne rekolekcje. Stamtąd pisze list do papieża: Ja, córka narodu żydowskiego, z łaski Boga od dwunastu lat córka Kościoła katolickiego, zwracam się do Ojca chrześcijaństwa, prosząc go aby nie milczał w sprawie prześladowania Żydów. Stein podkreśla, że milczenie z przyczyn politycznych i  taktycznych nic dobrego nie przyniesie. I twardo dodaje, że to jest zdrada krwi Chrystusa, który też przecież był Żydem. Papież prawdopodobnie list czytał, ale odpowiedzi nie otrzymała.

Jeden z ostatnich wykładów Edyty Stein, wygłoszony w 1933 r. dotyczył narodu i przynależności do narodu. Czytając ten wykład trzeba mieć w pamięci kontekst w jakim on powstał: atmosferę rasistowskiego nacjonalizmu w Niemczech, w których dla Żydów nie ma już miejsca. Tymczasem Edyta Stein czuje się Niemką i Żydówką, a najlepszy jej przyjaciel – Polak Roman Ingarden – mieszka za granicą. Nawiasem mówiąc, czyż nie jest to dowcip historii, że Żydówka z Niemiec próbuje w listach przekonać Polaka w Krakowie o sensie wiary katolickiej?…

Edyta Stein wyklucza ze swoich rozważań pojęcie rasy i skupia się nad pojęciem „naród”, aby wyjaśnić, co to znaczy być człowiekiem wspólnoty i ucieleśniać typ wspólnoty.

Czym jest naród i czym żyje? Naród to wspólnota osób indywidualnych, większa niż rodzina, mniejsza niż ludzkość.

Naród nie jest stworzeniem, które można powołać do życia własnowolnie, decyzją kilku jednostek. Naród zawdzięcza swe istnienie wieczystej idei. Specyfika narodu ma własny sens, jest ukierunkowana ku celowi, jak organizm. Ta specyfika pochodzi od Stwórcy wszelkiego bytu. I ma swoje miejsce w sensownej całości ludzkości z jej jednością i jej rozczłonkowaniem.

W każdym człowieku istnieje sfera wolna od wszelkich zewnętrznych zobowiązań, sfera która nie pochodzi od innych ludzi i nie jest przez nich determinowana. Jako człowiek we wspólnocie dysponuję jakąś podstawową indywidualną wolnością wewnętrzną, którą określa moje sumienie. Przed obliczem Boga człowiek stoi sam – to najgłębsze wnętrze duszy, absolutnie indywidualne i wolne „ja”, „ja” osobowe.

W życiu narodu człowiek może uczestniczyć mniej lub więcej świadomie. Mimo, że – jak pisze Edyta – w naszym medialnym świecie jest to mało prawdopodobne, można sobie wyobrazić osoby żyjące bez świadomości przynależenia do i odpowiedzialności za narodową wspólnotę. Jeżeli oni, pełni miłości, koncentrują się na swoim małym świecie, troszczą się o rodzinę i uczestniczą w kontaktach gospodarczych – jest to wartościowe życie też dla całej wspólnoty.

Muszą być jednak tacy, którzy mają świadomość przynależności do narodu, widzą jego sens i czują się odpowiedzialni za całość. W tę odpowiedzialność człowiek wzrasta stopniowo, do niej dojrzewa. „Urodzić się jako członek narodu – pisze Stein – znaczy być powołanym do pełnienia określonych funkcji w narodzie”.

Praojcowie ludzkości, z których rodzin później powstały różne narody, nie należeli do jakiegoś jednego narodu. Dlatego Adam i Ewa przez każdego mogą być uważani za wspólnych praojców. Świadczy to o wspólnym udziale różnych narodów w jednym organizmie, w jednym sensie i celu istnienia. Człowiek przechodząc z jednego narodu do drugiego nie traci łączności z tym wspólnym celem.

 

Trzy wnioski formułuje Edyta Stein:

– Wspólnota narodowa może opierać się na wspólnocie krwi, ale nie jest to konieczne.

– Wspólnota krwi nie jest wystarczająca, musi ją uzupełnić wspólnota życia duchowego.

– Naród i państwo nie pokrywają się.

Można opuścić naród. Przestępca, który urodził się i żyje w swoim narodzie, ale nie uznaje praw i obyczajów, radykalnie jej szkodzi, sam przecina więzi ze wspólnotą. Tym samym odcina się od ludzkości, od sensu i przeznaczenia swojego życia i ostatecznie unicestwia siebie.

Można opuścić swój naród z pozytywną motywacją, aby służyć innemu krajowi, jeżeli człowiek tak rozumie swoje powołanie, na przykład iść jako misjonarz. Wtedy służy ludzkości. Wypełnia sens i przeznaczenie swojego życia.

Narody mogą zniknąć z powodu wojen lub integracji ich członków w inny naród. Naród może także zniknąć, kiedy jego życie nie jest wypełnieniem sensu jego roli w ludzkości. Jeżeli nie odpowiada woli Bożej. Może się to stać ponieważ życie narodu nie jest koniecznym procesem, ale zadaniem i zależy od odpowiedzialnego działania przywódców i innych członków. Naród może też umrzeć wskutek wewnętrznej degeneracji, zepsucia.

Bywa też – pisze na końcu Edyta Stein – że Pan zatrzymuje kogoś dla siebie. W świetle porządku odkupienia jest zrozumiałe, że życie w odosobnieniu od świata i od ziemskiej wspólnoty może być pożyteczne dla ludzkości.

Tym zdaniem kończy się wykład Edyty Stein. A wiemy, że potem wstąpiła do Karmelu.

Dla mnie jest bardzo jasne – powiada ks.Manfred Deselaers – że ona w ten sposób mówiła: ja już nic nie mogę zrobić na tym świecie. Jej pobyt w Karmelu, pobyt modlitewny, w obecności przed Panem, jest byciem/wstawiennictwem za narodem żydowskim, za narodem niemieckim, za pokojem… O tym można czytać w jej testamencie.

Pytania do ks. Manfreda Deselaersa.

Co Edyta Stein mówi o sumieniu?

– Dla Edyty we wnętrzu człowieka nie ma pustki, we wnętrzu człowieka jest relacja do Boga. Bóg jest stworzycielem i styl życia człowieka powinien się do tego odnosić. Nie wiem jak w Polsce, ale w Niemczech, wydaje mi się, że straciliśmy wyczucie sensu powiedzenia, że jestem odpowiedzialny przed ludźmi i przed Bogiem… Myślicie, że jest taka odpowiedzialność przed Bogiem? Jest ta wewnętrzna wolność, która daje nam siłę przeciwstawić się władzy, która coś od nas chce?

„Tak mi dopomóż Bóg” – tym zwrotem kończyli rotę ślubowania posłowie, ministrowie, premier i prezydent, kiedy obejmując urzędy obiecywali przestrzegać konstytucji. Potem ją wielokrotnie łamali, kpiąc ze swej przysięgi. Bóg, na którego się powoływali milczał, nie zesłał gromu z jasnego nieba. Przymknął oko na krzywoprzysięstwo, miał zatkane uszy, zajęty był czymś innym?

– Jestem bardzo ostrożny w ocenie czyjegoś sumienia – odpowiada ks. Deselaers. Może mi się wydawać, że czyjeś sumienie nie działa. Ale nie jestem w stanie jego sumienia poznać. Mówi się, że sam Bóg widzi jak to naprawdę jest. Jestem bardzo ostrożny z oceną. Chrystus powiedział: pozwólcie chwastom rosnąć.

Prawie codziennie spotykam się z pytaniem dlaczego Bóg nie robił czegoś, dlaczego milczał. Jeżeli Bóg robiłby coś, to by odcinał naszą odpowiedzialność. Chrześcijańska wiara mówi o tym, że wielkie rozliczenie nastąpi później. Tu, na ziemi jesteśmy sami za siebie odpowiedzialni. Bóg wszystko co miał do powiedzenia już powiedział: patrzcie na Jezusa. Więcej na razie on nam nie powie.

Mam nadzieję, że Bóg pomaga, ale co to znaczy w sumieniu słuchać Boga? Czego Bóg chce od nas w konkretnej sytuacji. Nie każda sytuacja jest opisana w Biblii czy katolickiej tradycji. Mamy wewnętrzny kompas. To jest powołanie do miłości, szacunek dla innego człowieka, świadomość że Bóg kocha człowieka, nawet grzeszników, nawet tych idiotów, którzy głoszą inaczej niż my. Chrystus za nas wszystkich oddał życie, kochał nas mimo że go zabiliśmy. To jest drogowskaz nam dany. Mamy szkolić nasze serce, głowę aby być wrażliwym na taką perspektywę w naszym życiu.

Bóg wszystko już powiedział. Ja za was nie będę porządkował świata. Teraz róbcie sami. To wasze zadanie. Auschwitz określa wymiar naszej, a nie Boga odpowiedzialności. Zawsze gdzie jest zło, są niewinne ofiary. Mieć sumienie to znaczy czuć powołanie do odpowiedzialności.

 

Czy moją odpowiedzialnością jest to, żeby nikt z mojego powodu nie odszedł z Kościoła?

– Ja nie chcę aby inni przyszli do Kościoła. Ja nie chcę żyć, nawet jako ksiądz, tak aby inni widzieli, że warto iść do Kościoła. Nie chodzi o Kościół. Chodzi o to, że każdy człowiek jest kochany. Ja chcę tak żyć aby inni ludzie uwierzyli, że są kochani przez miłość większą niż moja. A gdzie ją można znaleźć?…

Nie troszczę się o Kościół, on nie jest ważny. I to jest bardzo zdrowe, bo nie tracę energii jak inni, którzy obecnie narzekają na Kościół. Ponieważ nie chodzi o Kościół jako instytucję, ale o cierpiących ludzi. Nasz wspaniały papież Franciszek nieustannie powtarza: troszczcie się o biednych, którzy potrzebują nadziei, potrzebują miłości. Jeżeli Kościół jako instytucja tym nie żyje, to w ogóle nie ma sensu.

 

Notował Konrad Stanglewicz

 

comments

Leave a Comment