„Zdzich uczciwie robi pieniądz, więc nerwicę ma i wrzody, ale mu zazdrości Henio, niezadbany, zły i głodny (…) Irka z Jurkiem gdzieś ugrzęźli na wsi krytej eternitem, pewnie się nie odnaleźli w Trzeciej Rzeczypospolitej” – śpiewał Jacek Kaczmarski w 1992 roku o trudnej sytuacji swojego pokolenia w wolnej Polsce. Do dziś niewiele się zmieniło.

Możemy sobie łatwo wyobrazić, że współczesny Zdzich pracuje na tzw. śmieciówce i zastanawia się jak spłaci kolejną ratę kredytu. Ludzi takich jak Henio nasze państwo i jego elity raczej nie uważają. Irka z Jurkiem są dla władzy problemem. Rządzący łaskawie pochylają się nad zwykłymi obywatelami, choć w rzeczywistości nimi gardzą.

Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?

Do niedawna w głównym nurcie polskiej debaty publicznej zdecydowanie przeważała jedna narracja – o wielkim sukcesie polskiej transformacji. Polska stawiana była za wzór rozwoju oraz uważana za prymusa we wdrażaniu kapitalistycznego modelu gospodarki. Rzeczywiście, trudno nie dostrzec skoku cywilizacyjnego jaki dokonał się w naszym kraju w ostatnich latach. O dobrej koniunkturze świadczą także wskaźniki ekonomiczne. Jednak coraz częściej zaczynają przebijać się głosy, że gospodarczy cud nad Wisłą miał swoją bardzo wysoką cenę. Cenę, którą zapłacili przede wszystkim pracownicy.

Rafał Woś, dziennikarz i publicysta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Świetnie pokazuje to Rafał Woś w swojej najnowszej książce „To nie jest kraj dla pracowników”. Autor stawia jednoznaczną tezę, że Polska jest o krok przed Zachodem i to on nas dogania a nie odwrotnie. To my byliśmy pionierami we wdrażaniu wielu neoliberalnych rozwiązań, m.in. w maksymalnym obniżaniu kosztów pracy jeszcze zanim (m.in. za sprawą Ubera) stało się to modne. Z tym, że koszty społeczne tego kursu są zdecydowanie zbyt drogie.

Woś wyznaje pogląd, że o całym łańcuchu świadczy siła jego najsłabszego ogniwa. Nie kwestionuje, że są tacy, którym w nowym układzie sił się udało. Jednak stanowią oni mniejszość, która często już na starcie miała łatwiej dysponując odpowiednim kapitałem – czy to finansowym, czy kulturowym lub intelektualnym. Reszta, choć ciężko pracuje na ten wspólny sukces w małym stopniu partycypuje w zyskach. Otrzymuje niskie pensje, niskie świadczenia socjalne oraz pracuje na umowach śmieciowych, a więc bez stabilności zatrudnienia, płatnych urlopów czy też wynagrodzenia chorobowego.

Spoglądając choćby na sytuację młodych na rynku pracy trudno nie przyznać Wosiowi przynajmniej częściowej racji. Z jednej strony darmowe staże, niskie stawki, z drugiej wysokie wymagania jeśli chodzi o doświadczenie i dyspozycyjność. To smutne realia, z jakimi mierzą się ludzie z mojego pokolenia.

Młodzi prawnicy pracujący „w młodym, dynamicznym zespole”, zyskujący tylko czarujący uśmiech prezesa i wpis do CV. Lekarze rezydenci pracujący nawet po trzysta godzin miesięcznie żeby starczyło do pierwszego. Freelancerzy wiecznie czekający na przelew za solidnie wykonaną pracę.

To wszystko nie jest rzadko spotykaną patologią, ale już codziennością. Nie da się ukryć, że łatwiejszy start w dorosłe życie mają ci, którzy mogą liczyć na finansowe wsparcie rodziców czy też na ich protekcję.

Jak żyć?

Choć niektórzy nazywają nas roszczeniowym pokoleniem, które nie docenia czasów w jakich przyszło nam żyć, chyba trudno się dziwić, że dobrze wykształceni, znający języki, młodzi ludzie chcieliby znaleźć pracę z wynagrodzeniem powyżej minimalnej krajowej, mieć czas na życie towarzyskie, rodzinne czy kulturalne? Czy to naprawdę aż tak duże wymagania?

Większość z nas odbierając wypłatę czuje się zaś jak Adaś Miauczyński w kultowej scenie z „Dnia świra”. Myślimy: „Nie, no to nie do wiary. Nie, to być nie może. Osiem lat podstawówki i cztery liceum. Potem pięć, bite, studiów, dyplom z wyróżnieniem (…) i oto mi płacą, jakby ktoś dał mi w mordę.”

Czujemy się oszukani. Od dziecka wmawiano nam bowiem, że jeśli będziemy się uczyć możemy osiągnąć bardzo wiele. Zresztą etos polskiego inteligenta ostatecznie upadł chyba gdy premier Donald Tusk zasłynął wypowiedzią, że lepiej być spawaczem niż bezrobotnym politologiem. Na ogólne i doniosłe pytanie „Jak żyć?” niestety nie odpowiedział.

Zrobił to jednak Bronisław Komorowski w kampanii prezydenckiej. Jego rada jak przeżyć za 2 tys. zł to „znaleźć inną pracę i wziąć kredyt”. Dzięki takim propozycjom systemowych rozwiązań nie musiał nawet pijany przejeżdżać zakonnicy w ciąży na pasach żeby przegrać wybory. Wygrali je zaś ci, którzy, jak zauważa Szczepan Twardoch, przywrócili tym wszystkim „przegranym” godność.

                                                                                                                      

 

comments

One thought on “Nasza klasa 2017, czyli co się stało z naszą pracą”

  1. Lekko napisany artykuł, przyjemnie się czyta. Jeśli szuka się odpowiedzi na pytanie „jak żyć?” w wypowiedziach polskich polityków ma to co najmniej ironiczny wydźwięk – i dobrze, ponieważ ironia jest formą walki z głupotą ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.