Opublikowano: 20 lipca 2020 Autor: Konrad Stanglewicz Comments: 0

O dalekosiężnych, mówiąc podniośle – „cywilizacyjnych skutkach wyborów prezydenckich” rozmawialiśmy w zielonogórskim Klubie „Tygodnika Powszechnego” 14 lipca br. Była to kontynuacja niedokończonej dyskusji sprzed tygodnia, która nadal jest otwarta.

Wybory wygrał Andrzej Duda; zdobył 10 mln 440 tys. 648 głosów – to 51,03 proc. Na Rafała Trzaskowskiego zagłosowało 10 mln 018 tys. 263 osoby – czyli 48,97 proc. Różnica niby niewielka, tylko 422 tys. 385 głosów. Ale wyniki wyborów prezydenckich potwierdziły to, o czym mówiono od dawna: mamy Polskę podzieloną prawie dokładnie pól na pół.
W elektoracie Dudy jest nadreprezentacja ludzi z wykształceniem zasadniczym i zawodowym, mieszkańcy wsi, starsi wiekiem, zamieszkujący Polskę wschodnią. Na Trzaskowskiego głosowali ludzie młodzi, wykształceni, mieszkańcy dużych miast i raczej z Polski zachodniej. Jednak podział sięga też głębiej: biegnie przez rodziny, znajomych, przyjaciół.

Czy tak podzielone społeczeństwo może jakoś współegzystować, czy to zawsze musi oznaczać konflikt? Oczywiście, wiele tu zależy od polityków (od tego czy będą konflikt podsycali, czy spróbują obniżać temperaturę sporów), ale nie mało zależy też od nas, obywateli. Z grubsza rzecz ujmując mamy do wyboru trzy postawy:

(1) emigrację z kraju lub wewnętrzną – swoisty eskapizm (sam bliski jestem tej postawie, ale się przed nią bronię) przykładem Marek Migalski, który napisał: „Udaję się na zasłużoną wewnętrzną emigrację. Dlaczego? Bo nic tu po mnie; bo mam 51 lat i nie wiem, kiedy umrę; bo jest tyle krajów do zwiedzenia i ludzi do poznania; tyle książek do przeczytania i napisania; bo i tak nikt nie słucha politologów; trzeba dać tej władzy zadławić się państwowymi fruktami; bo trzeba dać demosowi czas, by zobaczył, kogo wybrał i by zawył w poszukiwaniu nowego władcy; bo zawsze warto usiąść na brzegu rzeki i czekać aż trup naszego wroga spokojnie nadpłynie.”

(2) wrogie milczenie bądź dalsza kłótnia pogłębiającą rowy (np. dziennikarz Kuba Wątły wyborców A. Dudy określa mianem „ludzka biomasa”)

(3) albo próbę porozumienia; co najmniej próbę dialogu. Niekoniecznie po to, aby zaraz przekonać do swoich racji, ale po to, aby lepiej zrozumieć racje przeciwnika, skłonić oponenta do wyłożenia argumentów.

Rozmawiać z każdym i o wszystkim?

Wprawdzie Wojciech Młynarski w wierszyku „Obrona konieczna” radził:

„Gdy ponure broszurki cię wkurzą

i czekają co tchu reperkusji

tym co knują, motają i bzdurzą

nie wyświadczaj zaszczytu dyskusji.”

Ale przecież wśród z górą 10 milionów wyborców Andrzeja Dudy dalece nie wszyscy są ludźmi złej woli bądź ślepymi wyznawcami PiS. Warunkiem dobrej rozmowy jest to, aby uważnie słuchać i pytać, pytać, pytać… nie tylko wygłaszać monologi z pozycji mądrzejszego. Rozmowa zaś nie musi dotyczyć wprost i od razu polityki. Sprawy codzienne i praktyczne, o tym jak ułatwić życie sobie i innym wokół mogą być dobrym początkiem dialogu. Marcin Król (filozof i historyk idei) twierdzi, że w Polsce bezmyślność istniała od zawsze. W czasach Konstytucji 3 Maja, w czasach zaborów, kwitła w PRL i kwitnie teraz. Jej skutkiem jest to, że bogoojczyźnianą opowieść serwowaną przez obóz Kaczyńskiego łyka połowa Polaków.

Pytanie, czy w sklejaniu Polaków we wspólnotę Andrzej Duda odegra jakąś rolę? Powiada, że chciałby, że to leży mu na sercu. Zadeklarował nawet, że to będzie inna kadencja, „bo Polska jest inna” i że teraz będzie odpowiadał przed Bogiem, historią i narodem. Czy chciał w ten sposób zasugerować, że już nie przed Kaczyńskim? Trudno rozstrzygnąć, bo sygnały z jego ust płyną sprzeczne. Z jednej strony przeprosił tych, „którzy poczuli się urażeni, nie tylko w kampanii, ale przez całe ostatnie pięć lat”, ale z drugiej strony powiedział, po wyborach na konferencji prasowej: „Nie żałuję żadnych słów wypowiedzianych w tej kampanii. Mówiłem co uważam”. Więc na razie wiadomo tyle, że Andrzej Duda nadal jest labilny. Ciągle ma szansę wybić się na niepodległego arbitra polsko-polskich sporów, strażnika konstytucji. I tolerancji, o co apelowała jego córka, cała w bieli, już po wyborach. On ma szansę, ale ja mam małą wiarę, że z niej skorzysta.

Małą mam też małą wiarę, że partie z obozu „antypis” porzucą swoje partyjniackie egoizmy i że zaczną budować wizję przyszłości Polski w dłuższej perspektywie, właśnie wizję cywilizacyjną. Trzy lata bez wyborów mogłyby temu sprzyjać.

Tak czy siak, nie da się przezwyciężyć „narodowej bezmyślności”, bez cierpliwej „pracy u podstaw” wykonywanej przez różnorakie ruchy obywatelskie, społeczne, zawodowe. Bez wątpienia nasz i inne Kluby „TP” też mają tu coś ważnego do powiedzenia.

Podstawą jest cierpliwa próba nie pozorowanego i nie bezkrytycznego, ale otwartego dialogu. Jak robił to Józef Tischner.

Tak sądzę.

Konrad Stanglewicz

 

comments

Leave a Comment