Posted on: 14 kwietnia 2011 Posted by: Redakcja Comments: 0

131Mam wrażenie, że redagowanie pisma to nieustanna rozmowa i ścieranie się poglądów – mówi Piotr Mucharski, nowy redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” w specjalnym wywiadzie udzielonym serwisowi KlubTygodnika.pl

Skoro siedzimy w gabinecie naczelnego, to wypada nam na początek zadać pytanie o to, czy rzeczywiście ma Pan wątpliwości co do przenosin do tego pomieszczenia?

Jakbym miał powiedzieć bardzo serio, to odpowiedziałbym, że sobie tego nawet nie wyobrażam. Jest w tym oczywiście zwykłe, ludzkie onieśmielenie, ale też powód czysto zawodowy. Z perspektywy środka redakcyjnego świata, miejsce w którym obecnie się znajdujemy jest, jak sami widzicie, odcięte od reszty redakcji. Stąd zupełnie nie widać co porabia reszta zespołu.

Przez te wszystkie lata siedziałem na drugim biegunie, w samym środku czasem męczącego, czasem zabawnego życia redakcji. Zastanawiam się oczywiście nad tym, jak to wszystko pogodzić. Być może godzinę dziennie spędzę w gabinecie naczelnego, a resztę tam. Ale nie wiem czy to się da zrobić…

Mam wrażenie, że redagowanie pisma to nieustanna rozmowa i ścieranie się poglądów. To nie tylko burzliwe kolegia redakcyjne są miejscem, w którym rodzą się pomysły, ale jest masa takich okazji w ciągu dnia, kiedy zupełnie nieoczekiwanie mądrość zbiorowa zadziała i coś ciekawego się w głowach urodzi. Dlatego wolę być przy tym, niż by przychodzili tutaj i mi mówili, że coś ciekawego wymyślili beze mnie.

Jest to pewnie związane z przyzwyczajeniami z tych ostatnich 20 lat.

Niewątpliwie, ale także z poczuciem, a ja przepracowałem z Jerzym Turowiczem 10 lat, że gabinet naczelnego był bardzo specjalnym miejscem, funkcjonującym na zupełnie innych zasadach niż pozostałe pomieszczenia redakcji. Zawsze wchodziłem tu z pewnym onieśmieleniem, którego może dzisiaj po mnie nie widać, ale które mam cały czas gdzieś w tyle głowy. To miejsce święte, na specjalne okazje. Pamiętam, że za czasów Turowicza Tomek Fiałkowski pełnił rolę Hermesa, który nosi w imieniu redakcji wieści na Olimp i przynosi wieści od szefa – myśmy nie odważali się zawracać mu głowy byle głupstwem.

A z drugiej strony ma Pan też sugestię ks. Adama…

No tak, Adam grozi mi, że jak się tu nie przeprowadzę, to ogłosi, że ma kryzys powołania i tu wróci (śmiech).

Czy Pańskie podejście do „Tygodnika” ewoluowało jakoś znacząco przez te 20 lat? Jak Pan sam dziś ocenia to pismo i czym ta ocena się różni? Przeszedł Pan długą drogę, ale na stanowisko chyba już w „Tygodniku” najwyższe…

Właśnie zastanawiam się, czy jeszcze mogę awansować w „Tygodniku”… Prezes Fundacji „Tygodnika Powszechnego” (Aleksander Kardyś – przyp. KJT) Żartował, że jeszcze mogę, bo prezes Fundacji jest wyżej od naczelnego.

Mówiąc poważnie: epok w „Tygodniku” było bardzo dużo. Łatwiej byłoby podzielić jego historię na czasy dwóch naczelnych, ale nie będzie to podział miarodajny.

Oczywiste jest, że pismo ewoluowało – moim zdaniem z dwóch powodów. Po pierwsze świat dookoła się zmieniał i my próbowaliśmy, udolnie bądź nieudolnie ewoluować razem z nim. Drugi powód to te wszystkie pokoleniowe zmiany wewnątrz i mniej lub bardziej udane próby rewitalizacji „Tygodnika”. Pamiętamy jak w na początku lat dziewięćdziesiątych redakcja trzęsła się w posadach za sprawą bardzo radykalnej zmiany, którą było obcięcie pisma o bodaj 2 centymetry u góry i 1,5 cm z prawej strony. Podejrzewam, że dla przeciętnego Polaka ta zmiana byłaby niezauważalna. Natomiast w tej tygodnikowej tradycji wszystko jest zawsze bardzo związane z przyzwyczajeniami. Więc były nie lada spory.

Syndrom bezsennej nocy tygodnikowej

We wszystkim co Pan mówi pobrzmiewa to, co jest chyba wątkiem przewodnim ostatnich lat gdy patrzy się na „Tygodnik” z zewnątrz, tzn. z jednej strony próby zmian, a z drugiej opór wielu środowisk, i czytelników, a także ludzi, którzy przez lata tworzyli „Tygodnik” bądź byli z nim blisko związani. Jak Pan się w tym wszystkim odnajduje będąc w środku tej rzeczywistości?

Ja, ale pewnie też i inni redaktorzy, znamy syndrom bezsennej nocy tygodnikowej, podczas której nachodzą mnie myśli: „Boże święty, co zrobiliśmy źle? Co naprawić?”. Żona krzyczy wtedy na mnie, bo przewracam się z boku na bok. Nie wierzy mi, że nie są to koszmary senne, tylko opętanego „Tygodnikiem” redaktora właśnie naszła jakaś myśl, która nie daje mu spokojnie spać.

Pamiętam, że najmocniej przeżyłem moment, który nie jest ani ideologiczny, ani polityczny, a związany był z kwestią czysto techniczną. Otóż na początku lat 90-tych nagle tygodnik „Polityka” zmienił layout na taki jaki jest dziś, pojawił się też w nowym formacie „Wprost”. Z dzisiejszej perspektywy to wydaje się absurdalne, ale miałem takie poczucie, że to jest oczywiste, że tak powinien wyglądać tygodnik opinii. Byłem przekonany, że nas zjedzą.

Wówczas postawienie tego pytania nie było możliwe, z dwóch konkretnych powodów. Przede wszystkim nie mieliśmy pieniędzy, by stać się, w sensie wizualnym i redakcyjnym, tego rodzaju pismem. Po drugie – siła przyzwyczajenia i poczucie wartości, że to co robimy ma tak wyglądać, ma się nie zmieniać, było tak silne, że gdyby ktoś wtedy zadał takie pytanie, to wszyscy pukali by się w czoło. Nie było to też wtedy moją rolą, gdyż byłem tylko redaktorem technicznym. Jednak pamiętam, że takie dramatyczne poczucie, że coś możemy zaprzepaścić, że świat nam ucieka, wówczas mnie intensywnie nachodziło.

Natomiast jeśli chodzi o współczesność, to ostatnie zmiany związane z formatem pisma, próbą unowocześnienia jego zawartości, były niczym innym jak realizacją czysto profesjonalnego zadania. Trzeba je było wykonać radząc się mądrych ludzi, fachowców, ale też osób pismu życzliwych.
Ostatni przełom, sprzed trzech lat, nie był niczym dramatycznym, czy zdumiewającym. Ja nawet powiedziałbym, że z punktu widzenia, który powinien interesować zastępcę naczelnego czy naczelnego, morale pracownicze czy stosunek do pracy na przestrzeni lat, które sam pamiętam, nigdy nie były tak dobre. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że stało się tak dzięki odejściu ludzi, którzy robili jakąś złą robotę. Przeciwnie – było mi przykro z tego powodu.

Urok i trudność pracy w „Tygodniku” zawsze polegał na tym, że nasze wzajemne relacje były przyjacielsko-koleżeńskie. Nie było regulaminu pracy i wszystko odbywało się na zasadzie wzajemnego zaufania. Ale gdy nie ma tych twardych zapisów, to bardzo łatwo jest unikać roboty, zwalać ją na innych, tym bardziej, że to przyjaciele. Komfort bycia w dobrym i miłym towarzystwie łatwo jest jednak nadużyć. Wydaje mi się, że przez wiele lat właśnie tego zaufania wzajemnie nadużywaliśmy, zgodnie z dowcipem, który kiedyś opowiedział mi Krzysztof Kozłowski: na pytanie, ile osób pracuje w „Tygodniku” prawidłowa odpowiedź brzmi – połowa. Ten problem dziś już nie istnieje.

Natomiast co do zmiany zawartości, linii programowej czy katolicyzmu pisma, to już inny temat…

…o którym też za chwilę porozmawiamy. Pozostańmy jednak przy wspomnianym, jak to Pan określił, ostatnim przełomie. Wiadomo, że za te zmiany „Tygodnik” poniósł cenę. Czy ta cena – utraty nazwisk, splendoru, osób, Zespołu Redakcyjnego, który był wartością dodaną, nawet jeśli tylko na papierze – była tego warta? Czy można to było zrobić inaczej?

Zapewne tak, ale stawiacie mnie w trudnej sytuacji recenzowania decyzji byłego naczelnego, albo kolegów, którzy może zbyt radykalnie do tej kwestii podeszli. Zawsze szkoda, kiedy bliscy mi ludzie się obrażają i odchodzą. Pytanie, co my na tym zyskaliśmy? Jako redaktor mam poczucie, że dzięki tym zmianom dziś w tygodniku o wiele więcej można zrobić i napisać. Mogą się na przykład pojawić nazwiska czytane i szanowane, które wcześniej byłyby nie do pomyślenia. Powiedziałbym też, że „Tygodnikowi” autorów nie tylko nie ubyło, ale nawet ich zyskał. Pod tym względem nie odczuwam straty, braku piór – przeciwnie.

„Tygodnik” Mucharskiego

Bardzo podobnie w rozmowie z nami mówił o tym ks. Adam Boniecki. A skoro nawiązujemy do nazwiska Pańskiego poprzednika, to zapytajmy, wiedząc jaki był „Tygodnik” Turowicza i „Tygodnik” Bonieckiego, jaki będzie „Tygodnik” Mucharskiego?

Będzie taki, jakie czasy, a nie potrafię odpowiedzieć jakie one będą. To jest zbyt futurystyczne pytanie. Nie wyobrażam sobie, żeby mój „Tygodnik” miał się w sposób zasadniczy zmienić – nie ma najmniejszego sensu żeby dokonywać ideowej wolty.

W naszych wewnątrzklubowych dyskusjach pojawiają się często pytania o format „Tygodnika”, który zdaniem niektórych z nas powinien przyjąć nawet wygląd identyczny do innych tygodników opinii. Inną kwestią jest też przeniesienie siedziby redakcji, czy to w inne miejsce w Krakowie, czy nawet gdzieś dalej, w domyśle oczywiście do Warszawy…

To są bardzo ważne pytania. Do niedawna nie wyobrażałem sobie, żeby „Tygodnik” wyglądał tak jak wszystkie inne tygodniki opinii.
Wyniki badań czytelniczych, pokazały, że na hasło tygodnik opinii, ludzie natychmiast kojarzą pisma w formacie i layoucie podobnym do„Polityki” czy „Newsweeka”. Choć mamy zamiar się różnić tak długo, jak to tylko możliwe, trzymając się dzisiejszego formatu to nasi doradcy uparcie twierdzą, że czytelnik, który z jakiś powodów szuka nas na półce w kiosku często odchodzi z niczym, bo nas wśród tygodników opinii nas nie znajduje. Nasz format – okazuje się – robi poważną różnicę w miejscu ekspozycji pisma. Czyli: lądujemy między „Nie” i „Gazeta Polską”. Niezbyt dogodne miejsce.

Co zaś się tyczy drugiej kwestii, to jest ona bardzo trudna, co często uprzytamniają mi moi warszawscy przyjaciele zajmujący się prasą. Ich zdaniem nie można robić poważnego tygodnika poza Warszawą. Jako główną przyczynę podają powód, który, mam nadzieję, nie dotyczy naszego pisma tak bardzo jak „Wprost” czy „Polityki”. Chodzi mianowicie o to, że całe życie polityczno-gospodarcze, a niekiedy i religijne toczy się w Warszawie. Polska jest pod tym względem bardzo scentralizowanym krajem. Zwłaszcza, gdy chce się pisać na bieżąco o polityce. Wiemy przecież dobrze, że dziennikarze zajmujący się tą tematyką często piszą ledwie nikły procent tego, co rzeczywiście o niej wiedzą. Ale te niewykorzystane w publikacji 70. procent zakulisowej wiedzy decyduje o ich przewadze. Na szczęście na naszych łamach polityka nie zajmuje takiego miejsca jak w innych opiniotwórczych tygodnikach, więc możemy sobie na ten dystans pozwolić.

Ja oczywiście nie wyobrażam sobie przeniesienia tygodnika do Warszawy, mimo że czasem moi koledzy z redakcji, choć nie formułują tego wprost, sugerują, że niekiedy jest to pewien problem. I chodzi tu głównie o pewien dyskomfort, związany z ograniczonym dostępem do informacji. Ale daje to również dystans, bo nie ulegamy pokusie aportowania treści, które podrzucają politycy. Niestety, wiele mediów ugania się za kością, nie zwracając uwagi na rękę, która ją rzuca. Z perspektywy Krakowa kości znikają z pola widzenia, lepiej za to widać treserów.

Powiedział Pan, że „Tygodnik” będzie taki, jakie będą czasy, ale czy to nie powinno być tak, że będzie tym czasom właśnie na przekór?

On będzie na przekór – takim czasom, jakie będą. Gdzie przebiegną linie graniczne konfliktu – ze światem, z Kościołem, a to one przecież są najbardziej interesujące. Nie da się dziś powiedzieć jak to wszystko się potoczy.

Problem z kościelnym życiem jest taki, że dziś żyjemy od ekscesu do ekscesu, od awantury do awantury. Mieliśmy sprawę ks. prof. Tomasza Węcławskiego, czy aferę w Tylawie, które są najbardziej medialne. Ale na pewno pojawią się też sprawy podobne do kwestii in vitro. Nikt nie myślał 50 lat temu, że kwestie sztucznego zapłodnienia będą kwestią debaty politycznej, albo kościelno-naukowo-etycznej. Kolejną wielką dyskusją, największym sporem, w którym będziemy musieli znaleźć swoje miejsce, będzie ten dotyczący biopolityki. Bo niewątpliwie polityczne decyzje będą musiały ważyć nad aplikowaniem naukowych zdobyczy w nasze codzienne życie. I Kościół nie będzie mógł byc w tych kwestiach obojętny.

Chcielibyśmy zapytać również o coś, co w przypadku każdego innego pisma byłoby pytaniem patetycznym, ale tutaj wydaje się jak najbardziej na miejscu. Chodzi o misję pisma. Jaka jest ona dziś?

Ja myślę, że ona zawsze jest taka sama. Wracamy tu znów do rzeczonego konfliktu, starcia dwóch światów, czyli tego chrześcijańskiego, w Polsce głównie katolickiego, oraz świata, który toczy się swoim torem, jest indyferentny, jest po prostu światem świeckim i wobec religii nieufnym – w najlepszym razie. Trudno wyraźną granicę przebiegającą między nimi, gdyż bywa ona nieostra.

Naszą rolą jest wzajemne tłumaczenie, przybliżanie tych światów. I katolikom, którzy boją się libertyńskiej czy liberalnej cywilizacji, jak też niewierzącym, ale zainteresowanym wiarą, którzy mają spaczony obraz Kościoła. Czasem nawet tłumaczyć te najbanalniejsze kwestie, że dzisiejszy Kościół to nie tylko środowisko skupione wokół Radia Maryja.

Pytanie o katolicyzm

I z tym też ma „Tygodnik” dziś spory problem. Przecież nosi podtytuł: „Katolickie pismo społeczno-kulturalne”, który kiedyś dodawał pismu czytelników, a dziś wręcz przeciwnie – zniechęca ich…

Specjaliści nazwali to kłopotem wizerunkowym i stwierdzili że powinniśmy wynająć piarowców, którzy by się tym zajęli. I jest to rzecz rzeczywiście trudna…

..a nie pojawia się myśl – zrezygnujmy z tego?

W redakcji nikt nie ma takich wątpliwości. Natomiast ta myśl się pojawia niekiedy u czytelników, a nawet niektórych autorów. Są przekonani, że tematy religijne poruszamy na zlecenie kardynała.

Zdumiały nas wyniki przeprowadzanych na nasze zlecenie badań, z których wynikało, że wierzący z wyższym wykształceniem podobnie reagowali na przymiotnik „katolicki”. Okazuje się, że wolą czytać „Newsweek” albo „Politykę”, bo to jest wolny głos. Natomiast my mamy w podpisie katolicki, co znaczy, że to jest zmanipulowane, że piszemy na zlecenie hierarchii, co automatycznie odbiera nam – ich zdaniem – wiarygodność. Było to dla nas tym bardziej szokujące, że nie mówili tego wojujący ateiści, tylko regularnie chodzący do kościoła katolicy z wyższym wykształceniem. Dla nich to „katolickie” znaczyło „niewiarygodne”!

Czasem zdarza się, że takie podejście może być wsparte jeszcze innym argumentem, np. reklamodawca mówi, widząc ten przymiotnik: moherom reklam nie dajemy (autentyk, naprawdę tak się zdarzyło).

Warto jednak przytoczyć tu stanowisko innych ludzi, którzy mówią, że nie możemy zrezygnować z podtytułu „katolicki” dlatego, by nie oddać go całkowicie radiomaryjnemu skojarzeniu. Uważają nawet, że taka decyzja z naszej strony oznaczałaby konformizm i tchórzostwo, że byłby to znak, że dla takiego pisma nie ma miejsca w Kościele. Nikt już nawet nie używa argumentu, że jesteśmy to winni tradycji „Tygodnika”, co akurat dla mnie też jest bardzo ważne. Dla nich byłoby to jednak po prostu tchórzostwo.

Dla Pana ważna jest tradycja. A dla młodszych ta tradycja też ma znaczenie? Bo my, jako czytelnicy pisma, postrzegamy dawny „Tygodnik” jako „Tygodnik Idealistów”. Dawno temu Turowicz zakładał pismo nie dla pieniędzy, tylko dla rzeczonej już misji. Na ile więc dziś na ile ma znaczenie idealizm?

Jakbym powiedział, ile tu zarabiamy, to byście od razu uwierzyli w nasz idealizm. To oczywiście żart, na który kolega prezes natychmiast się obrusza, gdyż uważa, że zarabiamy o wiele za dużo. Nie chcę i nie mam zamiaru przykładać tu jakiejś miary idealizmu. „Idealizm” nie znaczy „pięknoduchostwo”, czyli że będę za darmo pracował 20 godzin na dobę. Idealizm, tak jak ja go rozumiem, znaczy tyle, że chodzi nam o coś poza kasą. Nie mam wątpliwości, że ludzie którzy tu przyszli, nie przyszli dla pieniędzy.

Nie ulega wątpliwości, że musieli się zmierzyć z legendą. Bo tak samo jak oni, tak samo ja, przychodząc tu 20 lat temu byłem pod wrażeniem i głębokim wpływem mitu „Tygodnika”, że to jakiś sezam zaklęty, że na Wiślnej odbywają się czary mistyczne, intelektualne, że jak kawę parzą to omdlewają zmysły. Każdy do dzisiaj tu przychodzi z respektem. I dobrze. Dla mnie kluczowe jest to, żeby ów respekt nie stłamsił inwencji. Taka tradycja zawsze ma dwie strony. I wiele rzeczy można z onieśmielenia, albo z poczucia że nie wolno, czy nie powinno się, przegapić. Na szczęście Adam Boniecki był redaktorem naczelnym, przy którym można było każdy pomysł przetestować. Każdy z redaktorów był traktowany serio, zawsze był partnerem do rozmowy. Przepraszam za truizm, ale to zespół jest siłą. Gdyby to była plejada indywidualistów, z których każdy ciągnie w swoją stronę to pewnie już dawno byśmy to pismo zamknęli. I Adam był zawsze takim wyznacznikiem i recenzentem, a czasem katem dla jakichś głupot. Myślę, że „Tygodnik” nawet w swoich najlepszych czasach od daru głupoty nie był wolny, bo przecież nigdy nie był miejscem kompletnie nadludzkim.

Co ciekawe, wszyscy, nawet mający dwadzieścia parę lat mają dużą wiedzę na temat dawnego „Tygodnika”, jego twórców i redaktorów. Pamiętam np. Marka Zająca, który przyszedł do nas jako dwudziestoparolatek, a wiedzę na temat redakcji miał taką, jakby przeżył w niej kilkadziesiąt lat Więc jak to słusznie Jerzy Pilch napisał, życząc mi wszystkiego dobrego, nie można być zakładnikiem tradycji, tylko trzeba coś zrobić na własną odpowiedzialność.

Pytamy więc dalej o ten Pański „Tygodnik”: co znaczy dla Pana, że ma być pismem katolickim?

Ma pisać o Kościele, o wierze. Co to ma znaczyć? To znów jest potwornie szerokie pytanie…

…ale dla czytelników szalenie istotne. Wszystko się zmienia, sam „Tygodnik” zdążył na przestrzeni kilkunastu miesięcy bardzo się zmienić, uprościł swoje treści…

Nie mam wrażenia, że je uprościł. Powiedziałbym raczej że zaczął je redagować (śmiech). To znaczy tylko tyle, że otoczenie, nawyki czytelnicze się zmieniają. Moglibyśmy powiedzieć: bądźmy wierni swojej linii i zróbmy 1:1 pismo, które wychodziło w roku 1987. Już widzę jak najwierniejsi z wiernych naszych czytelników rzucają się do lektury… Wykluczone. To jest niemożliwe.

Wróćmy jednak do katolickości pisma. Istotna jeszcze jedna kwestia, a mianowicie że katolickie nie znaczy kościelne. Oznacza to, że „Tygodnik” nie mówi oficjalnym głosem biskupów czy instytucji, tylko stara się coś powiedzieć samodzielnie, a nawet zadawać pytania, czy wątpić, czy ta oficjalna linia jest właściwa, w duchu Ewangelii.

Katolicy nie mogą czasem zrozumieć, że ks. Jacek Prusak czy Artur Sporniak biorą się za encyklikę i twierdzą, że jest tam niekonsekwencja w myśleniu. Na tym polega różnica między pismami kościelnym a katolickim. To jest wręcz nasz obowiązek, bo przecież Kościół nieustannie się zmienia i również z takich powodów, że tacy krytycy się znajdą. Nie mówię tu o tym, że po krytyce Sporniaka papież Benedykt XVI zmieni swoje nauczanie. Chyba nie mamy aż takich ambicji. Twierdzę tylko, że to takie skromne „pytam”, albo „sprawdzam”, jest jak najbardziej na miejscu. To jest pytanie o granice wolności w Kościele.

Żyjemy w świecie, gdzie wolność indywidualna, odwołanie do indywidualnego sumienia, jest niemal przedmiotem kultu, jest tak przez kulturę w mentalność ludzką i świadomość wprasowana. Stąd też siłą rzeczy instytucja, która mówi, że sumienie dobrze uformowane to sumienie, które pracuje zgodnie z nauką Kościoła, ma z tym stanem rzeczy spory kłopot.

Między wolnością indywidualną, obywatelską, a tą określaną przez naukę Kościoła musi iskrzyć, tam musi być pole do nieustannego sporu. Świetnie to widzimy na przykładzie in vitro. Wiemy, jaka jest nauka Kościoła w tej kwestii i znamy też stosunek większości Polaków. I tu „Tygodnik” powinien się zająć tłumaczeniem, na czym problem polega, czasem zajmując też twarde stanowisko.. To jest dla mnie miejsce, w które powinien wkraczać „Tygodnik” ze swoją misją, jak Panowie to określili.

Pamiętam też moje zdziwienie kiedy na początku lat 90-tych przyszedł tutaj ks. Stanisław Musiał, także po to by prostować linię „Tygodnika”. On sam przeszedł przecież niesamowitą ewolucję, bo pamiętam jak podczas sporu o religii w szkole powiedział w redakcji: ale o czym wy dyskutujecie, biskupi powiedzieli jasno jak ma być i proszę tak napisać, albo przedrukować list biskupów. Taka była jego wykładnia dziennikarstwa w pierwszym tygodniu jego pobytu w „Tygodniku”. Oczywiście było to najdalsze od praktyk przyjętych w redakcji. No i ten kłopot, o który Panowie pytają, w zasadzie się do tego sprowadza, że gdy biskupi coś powiedzą, to czy my mamy mówić głosem biskupów, czy jednak podejść do tematu bardziej krytycznie? Ale to ks. Boniecki najbardziej lubi się znęcać nad listami pasterskimi biskupów…

Redakcyjne quo vadis

Pismo organizuje ciekawe inicjatywy, takie jak Festiwal Conrada czy „Lekcje czytania”, ale zmieniły się też łamy, pisze coraz szersze grono publicystów i dziennikarzy. Niektórzy nazywają to otwarciem, inni skrętem w prawo… Tygodnik otwiera się na wspomnianego już Piotra Zarembę, czy Igora Jankego… Jaki jest więc Pański pomysł na linię programową pisma?

Ja się boję, że w Polsce pytanie o linię programową pisma jest nazbyt utożsamiane z pytaniem o linię polityczną. Wydaje mi się, że najlepiej ująłem tę kwestię właśnie w rozmowie z Adamem, gdy określiłem Polskę jako kraj podzielony na plemiona. Uważam, że to jest coś okropnego, prowincjonalnego i zabijającego nas wszystkich. Podobnie, gdy Piotr Zaremba napisze coś w „Tygodniku”, odbiera się to jakby ktoś bąka puścił w salonie. Pytam więc, co takiego ten Zaremba na naszych łamach napisał? I słyszę odpowiedź: nic takiego, ale on z „Rzepy” jest.

Ale może chodzi o to, że w „Tygodniku” zawsze było trochę inaczej, że autorzy byli właśnie „Tygodnikowi”. A akurat takiego Piotra Zarembę można przeczytać wszędzie.

Piotr Zaremba nie jest już naszym współpracownikiem, ale był tu na takich samych zasadach w „Rzeczpospolitej” jak „Tygodniku”. I mnie nie obchodzi to, czy Zaremba jest z „Rzepy”, tylko, to co ma do powiedzenia o Joannie Kluzik-Rostkowskiej i czy jest ktoś lepszy w Polsce, kto o Kluzik-Rostkowskiej napisze. Bo od pisania o PO mam innych autorów, którzy się lepiej znają na tej partii od Piotra.

Innym problemem jest też to, że przy obecnym podziale politycznym źle napisać o PO oznacza być za Kaczyńskim. Dla mnie ta choroba związana z plemiennością kończy się niestety autocenzurą. Nie dalej jak wczoraj odbyłem rozmowę z bardzo prominentnym redaktorem „Gazety Wyborczej”, który pracuje tam od początku. Gdy tylko powiedziałem coś złego o PO, natychmiast słyszałem: ale Kaczyński, ale Kaczyński, ale Kaczyński… No przecież wiem doskonale, co Kaczyński, lecz nie chcę, żeby mnie nim ktoś kneblował.

Sam odczuwam już duże znużenie publicystką w tygodnikach opinii czy dziennikach, jestem zirytowany fałszywą debatą na łamach tych pism, gdzie argumenty przeciwnika występują jako rodzaj karykatury albo w ogóle się ich nie bierze pod uwagę. Osoby z innego obozu traktuje się jak podludzi, kretynów, debili, matołów. Co gorsza, tak też podchodzi się do elektoratów tych partii.

To może tygodnik powinien z tych ram wyjść? Bo przyjęcie tekstu Piotra Zaremby, czy Igora Janke jest wejściem w ten klimat.

Nie dopuszczamy tego klimatu na łamach i to jest dla mnie najważniejsze. Ale – oczywiście – zdaje sobie sprawę, że w tak spolaryzowanej Polsce, trudno zbudować miejsce spotkania. Bo to obraża wszystkie strony konfliktu.

A Roman Graczyk zaczyna przeszkadzać?

Przez kilkanaście lat był jeden temat w Polsce traktowany jak sacrum, a język w jakim o tym temacie pisano był język godzien sądu ostatecznego, i to się nazywało lustracja. W Romanie Graczyku po sprawie Lesława Maleszki po prostu coś pękło, coś się skończyło i sam postanowił się nią zająć. W „Tygodniku” zaś temat lustracji zawsze był bardzo delikatny, wręcz nietykalny, stąd też Graczyka przez pewien czas traktowano tak a nie inaczej, mimo że ze środowiskami skrajnymi nie miał nic wspólnego.

Wracając jednak do tematu: może wyjściem z takiego stanu byłoby podążanie drogą „Krytyki Politycznej” czy „Liberte”. To przecież środowiska, które poruszają kluczowe, te same można by powiedzieć, tematy, ale czynią to w inny sposób.

Jest jeszcze „Teologia Polityczna”. Rozumiem, że jest to pytanie w zasadzie o środowisko, gdyż fenomen tych trzech pism polega na tym, że są to środowiska ideowe, które mają swoje kluby, pisma, projekty wydawnicze itd. Niewątpliwie są one coraz lepiej przygotowane, jak na polskie warunki wręcz bardzo dobrze, do wsparcia polityki. Niestety polska polityka nie potrafi z tego dorobku korzystać i dlatego jest jaka jest.

Ale w ostatnim wywiadzie dla „Przekroju”, po powrocie ze Stanów Zjednoczonych, Sławomir Sierakowski powiedział, że on wręcz oddala się, całkowicie świadomie, od polityki.

Myślę, że się nieraz na niej sparzył. Dlatego mówię, że politycy nie potrafią skorzystać z tego dobrodziejstwa, jakim są wspomniane liberalne, lewicowe czy konserwatywne zaplecza. Ale to nie do końca tak jest, że oni się tak odbijają od bieżącej polityki, bo wystarczy wejść na stronę internetową „Krytyki Politycznej”, by zobaczyć, że ta polityka jest obecna…

… ale nie ma właśnie tych środowiskowych podziałów, tak jak Pan mówi…

Chyba jednak są. Problemy jakie ma „Krytyka Polityczna” ze względu na zatrudnienie Cezarego Michalskiego są znacznie większe niż nasze z Piotrem Zarembą. Bo przecież to prawie zdrada i zaprzaństwo. Dlatego moim zdaniem chodzi o to, żeby pisać o polityce, ale nie dawać się złapać w te kleszcze partyjne.

Pytania o personalia

Czas na pytania o personalia. Szykują się jakieś kluczowe zmiany?

Ale to będę musiał powiedzieć największą tajemnicę jaką mam w zanadrzu, a nie chcę jej sprzedawać póki tego nie zrobię na łamach.

Lekturę „Tygodnika” zawsze zaczynało się od felietonów. Czy tu też się coś będzie zmieniało?

Powiem tylko, że będzie się zmieniało. Problem polega na tym, że niestety umarł gatunek felietonu. Ja mam wrażenie, że w Polsce jest jeden w miarę młody felietonista, ale on pisze w lokalnym dodatku Gazety Wyborczej w Krakowie.

Stanisław Mancewicz?

Tak. Jedyny, który ma wdzięk pióra, złośliwość. Felietonista musi być kilerem. Tak uważał również Jerzy Turowicz.

Jak Kisiel. Jerzy Pilch też nim był…

Tak. Po to się czyta felieton. Bo ktoś mokrą robotę załatwia za nas. Ja mam poczucie, że następców Kisiela dziś brakuje. Weźmy taką „Politykę”. Nie wiem jaką popularnością cieszą się jej dzisiejsi felietoniści, ale sam nie mam potrzeby tam zaglądać…
No więc mogę Panom zapowiedzieć, że właśnie dokonaliśmy transferu Mancewicza na nasze łamy.

Józefa Hennelowa nie zniknie z łam?

Nie zniknie.

To chyba też jest tak, że Tygodnik powinien walczyć o Hennelową. Bo przecież to nie jest felieton.

Panowie myślą, że nie walczymy? Przecież chodzi o dużo więcej niż felieton. Dla czytelników jest to cotygodniowe spotkanie z osobowością.

Zmierzamy do końca, ale musimy zapytać o nową rolę ks. Adama Bonieckiego w „Tygodniku”. Czy już wiadomo jaka będzie jego rola?

Adam ma w stopce wyznaczoną funkcję: redaktor senior. Zostanie jako autor edytorialu i bardzo bym chciał, żeby – jeśli rzeczywiście wyląduje w Warszawie – przyjeżdżał do nas raz w tygodniu. Powinien być w redakcji fizycznie obecny. Oczywiście możemy się konsultować mailowo i telefonicznie, ale to nie to samo co bycie w redakcji i wspólne myślenie.

A jakie ma Pan oczekiwania wobec czytelników? Bo przecież pismo też może mieć swoje oczekiwania.

Chciał bym, żeby im się podobało. I żeby było powodem do duchowego niepokoju.

Rozmawiali w Krakowie: Filip Biały, Łukasz Dulęba, Marcin Pera, ks. Andrzej Perzyński.

Zdjęcie: Grażyna Makara

comments

Leave a Comment