Posted on: 9 czerwca 2015 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 0

tu-i-teraz600

Terenia Martin obecna była w moim domu zanim się urodziłam. Rodzice chcieli dać pierwszemu dziecku (rocznik 1923) na imię Teresa, ale „mała Teresa” nie była jeszcze ogłoszona świętą. Ponieważ patronów wybierało się wówczas niesłychanie zasadniczo, zdecydowali, że moja starsza siostra będzie miała za patronkę św. Teresę z Àvili. Terenia Martin została kanonizowana w roku mego urodzenia (1925). Jej „Dzieje duszy” stanowiły lekturę mojej siostry i mnie od wczesnego dzieciństwa, zaś „Pisma” „wielkiej Teresy” poznałam już jako dorastająca osoba.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Teresa będzie imieniem rodzinnym tak dla mojej siostry, jak dla mnie. To imię nosi bowiem synowa mojej siostry, siostra mojego męża, moja córka i jej teściowa. To też w pewnym sensie prezent.

„Dzieje duszy” czytałam tyle razy, że zostały mi w pamięci całe fragmenty in extenso, a przyjaźń z Terenią Martin rozpoczęła się od poczucia wspólnoty losu. Też byłam półsierotą, więc rozumiałam Terenię, która mogła powiedzieć do starszej siostry: ty będziesz moją mamą. Dlatego również tak mnie przejmowała miłość ojca Teresy zawarta w słowach „moja królewna”, za którymi musiało stać uwielbienie rozpieszczające dziecko, skądinąd chowane w świecie głębokiej wiary i wysokich wymagań. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jak ogromna jest siła powołania, która wszystkim siostrom Martin kolejno kazała odchodzić do klasztoru. To zrozumiałam dopiero w wieku dorosłym. W rodzinie Martin, a przede wszystkim w Tereni, otrzymaliśmy po prostu zupełnie wyjątkowy dar: oni wszyscy, w tym ojciec i matka, byli powołani do heroicznej świętości. Jest to dla nas dar także wtedy, gdy naśladować ich nie bardzo potrafimy.

Czytałam o wielkiej przygodzie 15-letniej dziewczyny, która jadąc do papieża, by wybłagać pozwolenie wstąpienia do Karmelu, dysponuje uczesanie we fryzurę jak najbardziej dorosłą. Poznałam wykonane jej wówczas zdjęcie. Teresa nie daje się odwieść od zwracania się bezpośrednio do papieża, co było pogwałceniem wszelkich obowiązujących wówczas form kontaktu. Czytałam o jej entuzjastycznym odbiorze wszystkiego, co spotykała w ponurym, zimnym i surowym klasztorze („w klasztorze wszystko mnie zachwycało”) i o jej przyjmowaniu z wdzięcznością srogich i niesprawiedliwych odezwań albo poleceń. Nie zdawałam sobie sprawy – sama byłam jeszcze dzieckiem – jaki heroizm i głębia życia duchowego muszą się w niej znajdować. Na zawsze zapamiętałam to zachowanie przyszłej świętej, jakże pozornie dziecinne, gdy rano układała na poduszce krzyżyk, żeby jej Chrystus „odpoczął sobie”, bo teraz kolej na jej walkę i cierpienie. Nie zdziwiłam się, gdy znalazłam w uzupełnieniu „Dziejów duszy” informację, że przed obłóczynami, dla zabawy, Terenia zredagowała zawiadomienie o swoich ślubach wieczystych na wzór zawiadomienia małżeńskiego.

Po latach, gdy znowu wzięłam do ręki „Dzieje duszy”, dotarło do mnie,  już w sposób najgłębiej poruszający, jakim męczeństwem było jej ośmioletnie życie w Karmelu, w tym lata umierania na galopującą gruźlicę płuc. Co to znaczyło, że potrzebuje godziny, by zdołać się rozebrać? Czym była radość, że siostry „jej nie słyszą”, bo przecież musiała mieć straszne ataki kaszlu? Jaką miała siłę woli, by nie zajrzeć do chustki po pierwszym krwotoku („umartwiłam zatem moją ciekawość”)? A wreszcie, co musiała znaczyć jej zgoda w ostatnich chwilach życia, że może konanie się przedłuży… W tym rozumieniu pomogło mi bardzo opisane przez nią doświadczenie „ciemnej nocy duchowej”, jednej ze spraw najbardziej u mistyków przejmującej, której pamięć może pomagać wszystkim ludziom na drodze wiary. Nawet bardzo kulawej, od świętości Tereni dalekiej, budzącej jednak nadzieję właśnie przez poczucie wspólnoty. Zdjęcia autentyczne, niewysłodzone, które patrzą na mnie dzisiaj z okładki wydawanego w Krakowie pisma „Teresa z Lisieux”, są nieustannym odżywaniem we mnie tych właśnie przeżyć i myśli.

comments

Leave a Comment