Posted on: 15 października 2012 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

W październik wkracza zwycięsko-po długim oczekiwaniu, pośród cierpień – Mała Teresa z Lisieux . Mała – dlaczego? W odróżnieniu od Wielkiej poprzedniczki. Sama lubiła nazywać się małą i używała chętnie tego przymiotnika: ”Mały kwiatek, małe dziecię, mała droga.”

Wstąpiła do klasztoru jako dziecko nieomal, więc chcąc-nie chcąc była karmelitańską „la petite”. Przecież ona po wstąpieniu jeszcze rosła! W całkiem dosłownym, fizycznym sensie. Nie tę małość jednak jej chodzi. Niemniej ta „sentymentalna” językowa postać jej tekstów wielu ludziom (w tym i mnie) nieco przeszkadza przy pierwszym kontakcie. Jednak, gdy przeskoczymy ten język dziewiętnastowiecznej pensjonarki, jeśli zobaczymy CO ona mówi, to i JAK nie będzie przeszkadzało, bu ujrzeć jej wielkość.
Nawet Tomas Halik w książce „Cierpliwość wobec Boga” przyznaje, że odrzucił go od czytania Dziejów Duszy i styl, i zdania, które wydały mu się wyświechtane i sentymentalne – „ach! miłość, miłość, miłość…” A jednak gdy przeczytał (musiał dojrzeć – co znaczy zarówno rozwinąć się jak i spostrzec…), zobaczył w Teresie wielkiego człowieka, przerastającego dalece swój czas i uwarunkowania społeczno-rodzinne. Człowieka, który pod koniec XIX wieku- wieku zamknięcia i lęku Kościoła przed nowinkami i innością,  potrafił deklarować wspólnotę z ateistami od wewnątrz ateizmu. A, jak sam powiada, „Tereska ateisty pewnie na oczy nie widziała” – no jasne, bo niby gdzie i kiedy? Ani w domu – bardzo religijnym – ani w klasztorze. Więc jednak wielka…

Jeśli się wczytać w Akt Oddania Miłości Miłosiernej – przebija z niego do oślepienia głęboka wiara najwyższej próby i śmiałe, w pełni świadome wejście w postawę heroiczną. Co potwierdzone zostało jej calutkim życiem, każda chwilą, najdrobniejszymi aktami każdego szarego karmelitańskiego dnia. Przecież nie została kanonizowana z powodu „kwiatuszków” i słodkiej buzi ze złotymi loczkami! Jest nie tylko Oblubienicą, ale wiernym naśladowcą Chrystusa. Róże, które zrzuca z nieba(prawdziwe, z kolcami- jak słusznie zauważa Halik) są owocem wierności i miłości wyznawanej każdym oddechem pośród niebywałego cierpienia fizycznego,psychicznego i duchowego. Była i jest miłością w sercu Kościoła. I to wspaniałe zdane, gdy umierała trzeci chyba miesiąc: „Już nie pragnę ani cierpienia, ani nie-cierpienia. Pragnę tylko pełnić Jego wolę”.

Ledwie odszedł w mrok dzień święta Tereski, zanim złapaliśmy oddech- pojawia się święty Franciszek. Boży wagabunda od Pieśni Słonecznej, wędrowiec sławiący wszędzie imię Pana i słowem i całym sobą. Pierwszy w swoim czasie , który tak do końca i tak pięknie pokochał Panią Biedę i świat Stworzony i wszystkie jego przejawy i Siostrę śmierć (cielesną). Wcielenie Miłości, Zwierciadło Chrystusa.

A na odchodnym Franciszek umierając z uśmiechem (ułożony na ziemi z głową na kamieniu) i wzbijając się w Niebo – zostawia nam święta Faustynę. To nasza Mała Święta.

Wiejska dziewczynka, ledwie piśmienna, najpierw pasąca krowy, a potem na służbie tu i tam; na służbie, żeby zarobić na posag- bo on , niestety jest potrzebny, aby wstąpić do klasztoru (powołanie nie wystarczy). O ile Teresce Pan nie dał żadnych wizji, ani obrazowych ze sobą spotkań, o tyle Faustyna został nimi zarzucona. Rozmowy, słodkie intymne spotkania trzymane (do czasu) w tajemnicy, a wreszcie-sprawiające tyle dotkliwych trudności prośby- nakazy: „Powiedz matce przełożonej, że chcę…”, „Namaluj obraz”.  „Powiedz, żeby było to Święto”.  Jak to zrobić, gdy jest się nic nie znaczącą w zakonie siostrą posługującą? Jak Matka Przełożona może uwierzyć, że ta dziewczynka rumiana i prosta ot tak, swobodnie rozmawia z Panem… najpewniej wariatka? Ile upokorzeń, ile wstydu, jak bardzo musiała się przełamywać biedna mała Faustynka?

To, co było wewnątrz niej, wielka łaska przekraczająca jakiekolwiek ludzkie możliwości, a co dopiero jej możliwości- dla ludzkiego oka długo była niewidoczne. Posłuszna poleceniu spowiednika, nieporadnym, zgrzebnym,  językiem próbuje oddać to, czego doświadcza, KOGO doświadcza…Z prostotą rozmawia z Jezusem, ufając mu i kochając i jednocześnie cierpi z powodu wątpliwości podsycanych przez siostry zakonne, że to wszystko niemożliwe, że ona tak bardzo tego jest niegodna („Jezu, czy Ty aby nie jesteś jakąś zjawą? Bo przełożona mówi, że z taką nędzą nie możesz tak poufale przestawać”) a wreszcie kuszona przez szatana–w przystępie dotkliwej niepewności wrzuca do ognia część Dzienniczka. Szkoda.

Ilu uczonych konsekrowanych mężów kręciło z niedowierzaniem głową czytając te małe, biedne, niezdarne słowa, które zasłaniały im wielkość. A przecież właśnie ich zgrzebność najdobitniej świadczyła, że nieuchronnie jest tu obecna Boża Interwencja! Im skromniejsze naczynie, jeśli przeźroczyste – co możliwe jest tylko gdy czyste i pokorne-tym bardziej jaśnieje Ten, który przez nie przemawia…
Trzeba było innej wielkości pokornej i pełnej miłości, powołanej z tego samego ludu, wielkości pewnego krakowskiego kardynała(który na szczęście został Papieżem), żeby ujrzał w tych tekstach to, co najważniejsze- przesłanie o Bożym Miłosierdziu…
A wreszcie w połowie miesiąca, 15 października, wkracza  Teresa Wielka. Hiszpańska piękna Oblubienica Chrystusa z Avila, która była wzorem dla późniejszej Małej Świętej. Mam wrażenie, że wkracza tanecznym krokiem, przy dźwiękach przez siebie ułożonej pieśni dla Ukochanego i do taktu uderza w tamburyn.

W Żywotach świętych, Tadeusz Żychiewicz przytacza anegdotę, którą pozwolę sobie także opowiedzieć. Któregoś dnia, podczas swych licznych podróży , gdy zakładała (jak!!) klasztory o nowej regule na terenie Hiszpanii, wysiadała w jakieś mieścinie na rynku z powozu i spod habitu wysunęła się niechcący jej śliczna, niezwykle kształtna nóżka. Traf chciał, że przechodzący cavaliero zobaczył ją, zatrzymał się w zachwycie z wyrazem uwielbienia na twarzy, a za chwilę zbaraniał, gdy ujrzał całą postać w habicie. Teresa wyskoczyła z powozu, podciągnęła habit do kolan ukazując dwie zgrabniutkie łyki, po czym opuściła go z rozmachem i rzekła: „A cóżeś ty myślał, senior?”- i poszła równie zamaszyście wykłócać się z miejscowymi władzami kościelnymi o lokal na kaplicę i klasztor.
Ten jej zniewalający temperament ujawnił się bardzo wcześnie; dziewięcioletnia, wraz z nieco starszym bratem, uciekła z rodzinnego domu, udając się do kraju Maurów by, jak pisze w Życiu „…tam ucięto im głowy dla miłości Chrystusa”. Wujek na szczęście zawrócił płomienne rodzeństwo. Wcześniej zaś oba dzieciaki rozważały swoje przyszłe życie w niebie z Bogiem powtarzając w uniesieniu: „Na wieki! Na wieki! ”. Echem tych słów są inne, po wielu latach; Gdy zdarzyło się, że razem z Janem od Krzyża w zachwyceniu zaczęli unosić się ponad ziemią, trzymając się za ręce próbowali przeciwdziałać Bożej interwencji i przywołać ziemskie ciążenie wołając: „Pokory! Pokory!!!!”

Teresa…płomień mistyczny i mocne stąpanie po ziemi: nawet w zachwyceniu, które „napadało” ją w rożnych momentach, nie wypuszczała z ręki patelni na której smażyła rybę dla sióstr – nigdy niczego nie przypaliła; eksplozja talentów – i pokora, która je lekceważyła: nie czytała nigdy tego, co napisała (daj Boże każdemu, kto sto razy poprawia swoje teksty, aby choć w małej części były one tak wspaniałe), a spowiednikowi, który NAKAZAŁ jej spisywać swoje przemyślenia, przeżycia i doświadczenia mistyczne, we wstępie napisała, że nie rozumie, dlaczego ona, nieuczona kobieta ma w ogóle pisać, tracąc czas, który mogłaby wykorzystać lepiej siedząc przy kądzieli…i poradziła mu po przeczytaniu wrzucić rękopis do kominka, jako bezużyteczny. Jakie szczęście, że tego nie zrobił!

Swoją reformę wprowadzała z gorliwością i przebojowo- gdy chciała gdzieś założyć klasztor – to choćby wszyscy ziemscy i kościelni władcy byli przeciwni- zakładała. I jechała dalej. Robiła to czasem w nocy, w ruinach, zakrywając rozwalone ściany dywanami-aby tylko odprawić jak najszybciej mszę (co czynił równie ukradkiem zaprzyjaźniony kapłan) – bo gdy będzie tam Najświętszy Sakrament – już nie ma odwrotu…

Gdy padło na nią podejrzenie o herezję- oddała inkwizycji swoje pisma i sama oddała się do dyspozycji. I nie znaleziona żadnego haka na nią.

Swoje liczne podróże odbywała warunkach dość tragicznych, jeżdżąc po bezdrożach i wertepach trzęsącym się wozem z płócienną budą, czasem dwukółką, po wiele godzin, w upale i pyle- a była cały czas mocno schorowana i każdego dnia miała mdłości do południa. Któregoś dnia na noclegu w ponurej jakiejś knajpce (siennik na podłodze), towarzysząca jej siostra (zawsze jeździła z co najmniej jedną, lub kilkoma siostrami) popadła w dziwny lękowy nastrój i zapytała: „Matko, a co ty byś tu sama zrobiła na tym pustkowiu, jeśli ja w nocy bym umarła?” Teresę początkowo naprawdę to strapiło, ale zaraz się otrząsnęła: „Na razie żyjesz, a jak umrzesz, to zacznę się martwić. Śpij.”.

Rysuję postać, a może trzeba by byłoby opowiedzieć o jej życiu wewnętrznym i co nam przekazała w sprawach wiary, ufności a co najważniejsze- modlitwy? Może o mistycznych spotkaniach z Jezusem? Nie. Zatrzymuję się u progu Twierdzy Wewnętrznej. Po pierwsze nie potrafię jeszcze wejść do środka, choć widzę jaśniejące wnętrze przez otwarte drzwi: gady i płazy przed progiem ciągle jeszcze bronią mi dostępu. Po drugie- uważam, że tę podroż trzeba przebyć sam na sam z Teresą. Czego z całego serca czytelnikom życzę!

comments

Leave a Comment