Posted on: 19 sierpnia 2013 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

XX Niedziela Zwykła
Łk 12, 49-53

Jezus powiedział do swoich uczniów:
Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął! Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie.
Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej.

O Miłości!

Ty, Bóg, dzielisz z uczniami Twoją udręką i Twoim pragnieniem!

Czekasz udręczony. Tak bardzo, tak żarliwie, tak szaleńczo nas kochasz, że nie możesz się doczekać krzyża! Żarliwie pragniesz krwawego chrztu, zanurzenia w śmierci, by zmartwychwstając, pozyskać nas dla życia…

Przez chrzest ten, śmiercionośny i życiodajny otwierasz drogę do nas Duchowi! Rzucasz z nieba Ogień…

Doznawałeś udręki, bo wiedziałeś, że gdy wreszcie to się stanie, miast upragnionej jedności w Miłości pojawią się podziały. Bolesne rozłamy.

Bo też trudne dla nas, ludzi  jest przyjęcie Twojego Ognia. Wymaga wielkiej odwagi! Wymaga samozaparcia i oddania  do jakiego sami z siebie nie jesteśmy zdolni!  Tak, Duch uzdalnia, napełnia mocą. Czasem jednak, szczególnie, gdy nie doświadczyliśmy jeszcze, wydaje się nam, że tylko wymaga.  Toteż boimy się tego ognia. Boimy się poparzyć. Boimy się spalić. Razi nas światło. Nie chcemy porzucić wilgotnego,  ciemnego, zimnego kąta w którym nic się nie dzieje, ale wydaje się taki spokojny i bezpieczny. Wolimy spokój niż Pokój.  Żyjemy w cieniu własnego, zacisznego grobowca.

Czasem mylą się nam płomienie, biegniemy za błędnymi ogniami. Niektóre, choć ulotne i jałowe- bardzo są pociągające. Na przykład kolorowe i zachwycające zimne ognie. Race, wybuchające tęczą barw i bogactwem kształtów. Nie  trzeba się angażować, a jest tak pięknie i rozkosznie- przez chwilę.

Bywa też, że uwodzi nas płomień nieustannego gniewu, zarówno na innych, jak i na siebie. Czujemy się szlachetni, niewątpliwie zaangażowani i rozkosznie nas wypełnia ten ogień. Jesteśmy przekonani, że walczymy o dobrą sprawę piętnując, potępiając, karając, …by wyplenić zło. Nie wiadomo kiedy serce nasze staje się pyszne, zatwardziałe i – zimne.

Potrafimy też całkowicie zatracić się w niszczącym ogniu zapiekłej nienawiści.

Tyle udręki, tyle bólu! Tyle rozłamów!

Najbardziej boli rozłam wśród najbliższych, a one właśnie są najgłębsze – potrafimy być bardzo zawzięci i uparci, a nawet okrutni, by pozostać przy swoim…

Czasem  pewnie wolelibyśmy, żeby zapalono nasze serca bez naszego wysiłku, poza naszą wola i decyzją, kształtując je pod jeden wzór, zmuszając do jednakowej żarliwości. Przechodziliśmy i przechodzimy przez podobne doświadczenia i  choć ulegamy zespalającemu rytmowi podniosłych i płomiennych pieśni nic dobrego z tego nie wynika…

Ogień Twój bowiem nie jest  jak pożar, który z jednakową(obojętną) siłą napełnia i pochłania wszystko i wszystkich. Mocny i potężny przychodzi delikatnie i czule do każdego z osobna, z szacunkiem dla naszej odrębności i wolności.

Miłość nie może przyjść inaczej.

Miłość Twoja pełna udręczenia, oddana do końca. Miłość Twoja, która nic dla siebie nie zostawia, wszystko oddaje, wszystko ofiarowuje i pragnie jedności, a napotyka rozłam, lekkomyślność, niechęć, nienawiść, zawziętość. Pragnie pokoju, a napotyka miecz.

To wszystko Cię nie powstrzymuje; podejmujesz nieustanne ryzyko walki o serce każdego z nas.

O Miłości!

Oświeć nas i wskaż drogę pośród błędnych ogni!

Daj mi odwagę i siłę przyjęcia daru Twojego Ognia!  Umocnij serce, by potrafiło kochać każdego, kto jest inny. Daj cierpliwość, zrozumienie, akceptację i szacunek wobec odmienności, szczególnie tej najdotkliwszej, najboleśniejszej – odmienności najbliższych.    Amen.

 

comments

Leave a Comment