Posted on: 28 czerwca 2010 Posted by: Anna Karoń-Ostrowska Comments: 0

Był jednym i drugim, i jeszcze kilkoma postaciami jednocześnie. Był bohaterem naszej młodości, podstawowym punktem odniesienia. Byliśmy w jakiś sposób od niego uzależnieni, Chocz bardzo tego nie chciał i złościło go to. Uczył nas wolności. Samodzielnego podejmowania ważnych decyzji, tych mniej ważnych – też. Uczyliśmy się tej samodzielności, ale jednocześnie przez cały czas myśleliśmy, – co on sobie o nas pomyśli. Czy będzie mu się to podobało, czy zyska jego aprobatę, jego uznanie, jego szacunek? Bardzo zależało nam na jego szacunku, a on umiał go okazywać, jeśli czymś mu zaimponowaliśmy, czy potwierdziliśmy jego nadzieje. Nie wiem właściwie – czy mam o nim pisać wielką czy małą literą….Nie lubił pompy, nie znosił celebracji, choć nieobca była mu świadomość własnej wartości.

Kiedy powstała Papieska Akademia Teologiczna w Krakowie w r. 1982, a on został?.Dziekanem wydziału teologicznego, na jego 50-te urodziny upletliśmy mu wieniec z lauru, do którego doczepiliśmy wstążkę z napisem: „Mistrzowi – ucznie”. W czasie przyjęcia urodzinowego składającego się z kremówek i jakiej pięknie pachnącej białej austriackiej wódki, którą piliśmy z jednej maleńkiej filiżanki – po góralsku, ten wieniec laurowy nosił na głowie, potem przez długi czas wisiał on na lampie w jego pokoju. Chciałam napisać „saloniku’. Ale to nieprawdziwe określenie. Mieszkał przez długie lata na ul. św. Marka, w Krakowie, przy kościele, na ostatnim, IV piętrze. Trzeba się było tam wdrapać po schodach, zawsze, gdy był reagował na domofon i zawsze można było o dowolnej porze do niego wpaść – po książkę, po radę, po to, żeby chwile z nim pobyć, albo omówić ważne sprawy związane z seminarium, albo z praca, która się u niego pisało. Mieszkanie na św. Marka to był ciemny mały przedpokoik, gdzie się wieszało, potem jego – salon, sypialnia, biblioteka, czyli miejsce, gdzie spal, przyjmował gości, oglądał TV, a dalej był drugi pokój – gabinet – półkami książek pod sufit, z biurkiem przy oknie i z maszyna do pisania, na której pisał w tempie wykwalifikowanej sekretarki. Uwielbiałam siedząc na kanapie w przyległym pokoju słuchać jak pisze, jak pracuje, przeglądając jednocześnie ksiązki rzucone na stoliku przy kanapie – łóżku, wtedy wiedziałam, co czyta, na co dzień, czym w danym momencie się interesuje, co jest dla niego ważne. To chyba były jedne z najpiękniejszych chwil…

Nazywaliśmy go – z krakowsko-warszawskim akcentem „misczu”, między sobą mówiliśmy o nim „Stary”. Ale na pewno z dużej litery, potem został dla nas Józkiem. Czy oznaczało to stopnie bliskości – nie. Był to swoisty klucz rozpoznawania się tych, którzy byli blisko, bliżej, najbliżej. Dawał nam pieniądze na ksiązki, nam swoim studentom, w mrocznych czasach stanu wojennego i potem, mówił, że na ksiązki muszą być pieniądze i po prostu wyciągał portfel z kieszeni. Spędzaliśmy z nim tyle czasu, ile się dało – spacerowaliśmy razem po Plantach, spotykaliśmy się w małych gronach na prywatnych seminariach po domach naszych przyjaciół, które ciągnęły się późno w noc, jeździliśmy na letnie i zimowe wakacje do Łopusznej, jego rodzinnej wsi, gdzie miał bacówkę, a potem prawdziwy, wielki góralski dom. Spędzaliśmy razem Sylwestra, albo Nowy Rok, a potem Sobótkę na Polanie Szumalowej przy jego bacówce. Potem były wakacje, w czasie których potrzebował samotności i tego, żeby ja respektować, ale też wiele wieczorów w ciszy spędzaliśmy przy ognisku zapatrzeni w gwiazdy i światła dalekiego Nowego Targu. Kiedy chciał coś ważnego skomentować śpiewał nam to po góralsku wybierając strofę „dającą do myślenia”. Ile czasem namyśleliśmy się nad tymi strofami, precyzyjnie dobieranymi cytatami, które dotykały istoty naszych osobistych problemów. Był bardzo bacznym obserwatorem, choć niezwykle dyskretnym, nigdy nie „pchał się” z radami, czy z wyjaśnieniami, po prostu towarzyszył, wiedział, że sprawy musimy rozwikłać sami, wziąć je na kieł. Czasem nas to złościło, rozczarowywało, liczyliśmy na więcej, dopiero po latach widać, że właśnie to było to „więcej”…Kiedy rodezdrgana przybiegałam do niego, żeby coś zrobił, rozwiązał, wyjaśnił, wzdychał nade mną – dlaczego nie mam w sobie nic z gaździny podhalańskiej…Nie miałam, nie to dziedzictwo. Szanował to, nie wzbudzał z tego powodu we mnie kompleksów.

Opowieści i wspomnień jest tysiące, bo cała nasza młodość to on, prawie do trzydziestki. To żyje w nas, jakoś owocuje, ukształtowało nasze myślenie o Kościele. Polsce, o filozofii. Czasem z nim wałczyliśmy, kłóciliśmy się o swoje wizje, o jakieś niezrozumienie, o niedopowiedzenie. Lubił te kłótnie i ich nie lubił, potrzebował bycia rozumianym, akceptowanym, nawet bez tłumaczenia się – przez bliskich, swoich uczniów, bo tak nas nazywał i chyba traktował. Czy mu to daliśmy? Nie wiem. Wielu rzeczy, które potrzebował od nas nie dostał, wielu nie zrozumieliśmy wtedy. To pozostawia żal, ból i wyrzuty sumienia…Cenę, już nie do wypłacenia się.

Jedno jest pewne po tych 10 latach od jego odejścia – nic już nigdy nie będzie takie same, jak przedtem. Żyjemy z ta świadomością, ale czy można się z tym pogodzić­­….

Dr ANNA KAROŃ-OSTROWSKA – doktor filozofii, od 1993 redaktor WIĘZI. Współzałożycielka i członek Rady Programowej Instytutu Myśli Józefa Tischnera.

comments