Posted on: 5 stycznia 2010 Posted by: Redakcja Comments: 0

Był wczesny wieczór pewnej listopadowej soboty, gdy z ust Dariusza Jaworskiego, naszego krajana i zarazem zastępcy redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” usłyszeliśmy, że redakcja poszukuje nowych, lepszych felietonistów. Skonfundowani wraz z kolegą Filipem pytaliśmy się nawzajem z niedowierzaniem: dlaczego? po co?

To straszliwe wydarzenie miało miejsce podczas spotkania z Redakcją „TP” w Łodzi. Piękne wnętrze Pałacu Biedermana sprzyjało niezwykle sympatycznej atmosferze i dyskusji, która toczyła się pomiędzy prowadzącym spotkania, redaktorami „Tygodnika” a licznie zgromadzoną publicznością. Rozmiłowana w opowieściach Księdza Bonieckiego publiczność, wsłuchująca się w opinie podwładnych Księdza Redaktora (, a obecni poza Dariuszem Jaworskim byli Artur Sporniak i Michał Kuźmiński) nie śmieli nawet napomknąć o jakimkolwiek problemie z felietonistami. Być może dlatego że nigdy go nie dostrzegali, może uznawali problem za marginalny, a być może nikogo nie stać było na tyle odwagi by zarzucić coś mniejszego lub większego profesorowi Stali czy redaktor Hennelowej.

Pomijając szczegóły tego zdumiewającego wydarzenia pozwalam sobie natychmiast przejść do uzasadnienia pozycji, którą zająłem niemal natychmiast, tuż po ustaniu pierwszego szoku, którego w owym czasie doświadczyłem. Zgadzam się bowiem z faktem, że przed zmianami, które miały miejsce już jakiś czas temu felietonistyka „TP” powoli stawała się coraz gorsza, delikatnie mówiąc. Mówiąc zaś dosadniej, po odejściu takich gwiazd polskiego felietonu jak Stefan Kisielewski i później Jerzy Pilch łamy „Tygodnika” pokrył jeden wielki nieurodzajny chaos felietonistyczny. Być może nawet pojawiali się jacyś ciekawi felietoniści, jednak były to raczej rodzynki, które nie orzeźwiały generalnego stanu posuchy w wykonaniu chociażby prof. Marcina Króla.

Jednak wraz ze zmianami przyszedł czas nowego otwarcia także w dziale felietonistyki. I tam pojawili się m.in. kolega ze studiów Jerzego Pilcha – prof. Marian Stala, znany poeta Wojciech Bonowicz i reżyser Jan Klata. Ze starego składu zostały jeszcze dwie szacowne panie – Ewa Szumańska i Józefa Hennelowa. Długo nie utrzymał się za to Jacek Podsiadło, którego zastąpił właśnie Bonowicz. Szkoda, bo jego felietony były dobre, choć zawiłością nieraz prześcigały jego bujną osobowość.

I tak oto obecna kompozycja felietonowa złożona z Henelowej, Szumańskiej, Stali, Klaty i Bonowicza stanowi o obliczu dzisiejszego „Tygodnika”. Stanowi dlatego, że każdy dobrze wie, że lekturę „Tygodnika Powszechnego” zaczyna się od końca – tam gdzie uśmiechają się do nas najczęściej Stala, Hennelowa i Bonowicz, czasem też i Klata. To profesor Stala między wierszami politycznych rozważań przemyca ortograficzne i stylistyczne łamigłówki, którymi fascynuje się kolega Filip, a wraz z nim zapewne i inni fanatycy języka pisanego inaczej. To słynny „Bono” Bonowicz swoimi lirycznymi opowieściami wzbudza uśmiech i łzy czytelników, a młodsze pokolenie fanek spotyka się ponoć regularnie, by czcić i uwielbiać w westchnieniach krakowskiego poetę. No i wreszcie nieprzewidywalny Klata, którego felietonistyka jest dla mnie najmniej zrozumiała, i choć przez jakiś czas przyjmowałem go ze sporą rezerwą, to dziś już sobie bez jego specyficznych wyrażeń „Tygodnika” nie wyobrażam.

Na koniec pozostawiam sobie obie panie, Szanowne Seniorki „Tygodnika”. Szumańska pojawia się na łamach „Tygodnika” niezwykle rzadko i krótko. Tym niemniej zawsze czyta się ją z uwagą i szacunkiem, poza tym zawsze jej słowa zaciekawiają. Podobnie jest w przypadku Józefy Hennelowej, która jest przy okazji żywą legendą „Tygodnika”, o czym mniej wiernym wyznawcom pisma śpieszę przypomnieć. Jej głos jest zawsze wyważony, to zawsze jest głos katolickiego rozsądku. Co z tego, że nie jest ostro i z pazurem? Dla mnie to nowy rodzaj felietonu – pisany mądrze, wyważenie, rozważnie, sensownie od początku do końca. No i kto inny może sobie pozwolić na otwartą krytykę pisma na jego łamach?

Nie może więc zabraknąć Hennelowej na łamach „Tygodnika”. Gdyby z niej zrezygnowano, to tak, jakby zrezygnowano z „Tygodnika”. Dlatego ja, kończąc swój wywód i nijako rozpoczynając manifest otwarcie stwierdzam, że gdyby któregoś dnia Hennelowej na łamach zabrakło i winna temu byłaby redakcja, to ja na czas nieokreślony kupno „Tygodnika” bym zawiesił. I kontynuując – szukajcie nowych felietonistów Drodzy Krakowscy Przyjaciele! Ale nie odbierajcie nam Stali, nie odbierajcie nam Bonowicza! Klatę też zostawcie! Niech ma! I niech my mamy! Moim zdaniem obecny zestaw felietonistów w „Tygodniku” jest w skali kraju unikatowy, uszyty na miarę i zdecydowanie w kraju najlepszy! No bo kto ma niby lepszych felietonistów?

Polemika z powyższym artykułem autorstwa Anny Matei, byłej publicystki i redaktorki „Tygodnika Powszechnego” dostępna jest tutaj.

comments

Leave a Comment