Posted on: 26 lutego 2016 Posted by: Aleksandra Francuz Comments: 0

mandarynki_plakat„Jesiennienie” to onomatopeiczna fraza, zapożyczona od Arnsztajnowej i Czechowicza, trochę dziś ograna, w ciemnej fazie literatury międzywojnia pełna siły i wyrazu, zapowiadała gęstnienie świata, dojrzewanie do mroków historii, w dwudziestowiecznej historiozofii  przemówiła w rozżarzeniu krajobrazu: w koszmarze wojen, i napięć narastających między narodami. Jest paradoksem, że to słowo, w którym zawarto tyle miękkości, tyle wysublimowanych brzmień świata, spośród całej dostępnej palety znaczeń starości, przemówiło barwą ognia. Zamiast stopniowego przeobrażenia, jak to na mocy praw natury bywa, kształty rzeczy płonęły, dotknięte przez nagły i wszystko trawiący żywioł.

Tradycja opowiadania zna tę retorykę wojny, oddaną w heksametrze. Mówi się w tym szlachetnym rytmie o losie mitycznego miasta i dziejach upadku ducha mężów starożytnych. Wszystko się tu na siebie nakłada, stapia w greckie porphyrios – i trojańska pożoga, i ruch chmur, i mgławica zawieszona nad głowami herosów. Eleonor Irwin w rozprawie „Colour terms in Greek poetry” dowodzi, że  starożytny język aojdów opalizował kolorami, mienił się, nie był chromatyczny. Być może dlatego Homer w „Iliadzie” od czasu do czasu zawiesza akcję, robi pauzę, tonuje okrucieństwa pola bitewnego, patrzy na pogorzelisko z góry i podąża za oznakami jesieni, za „mglistością zebraną w chmury”.

Film „Mandarynki” Zazy Urushadze powstał w hołdzie złożonym wielkim mistrzom szkoły pejzażu. Jest początek lat dziewięćdziesiątych minionego wieku, na niewielkim obszarze Kaukazu toczy się wojna, Abchazja walczy o niepodległość. Nic – poza dojrzewającymi do zbioru sadami mandarynek – nie odzwierciedla powszednich rytuałów życia. Groza czai się zza węgła, podchodzi do domostw, pozbawia spokoju ostatnich mieszkańców tego odludnego zakątku, życie tu jednak się nie kończy.

Parafrazując myśl Camusa z „Carnets”, twórca filmu przedstawia historię człowieka, targanego splotem przeciwstawnych uczuć: miłością i nienawiścią do ziemi, uzdrawiającego „kontemplacją pejzażu” przybyłych do jego domu antagonistów sporu. Urushadze pokazał odwieczną prawidłowość, która przynależy do tego kraju, do ziemi Abchazji, tzn. poczucie harmonii i absurdu istnienia, wiarę i rozpacz, ból i piękno, wzniosłość i ohydę. Ta gra sprzeczności pulsuje w języku Abchazów, w którym, jak dowodzi Osip Mandelsztam: każde słowo zaczyna się na „a”. Język Abchazów jest potężny i pełnogłosowy, ale obfituje w zlewające się w jedno dźwięki górno- i dolnokrtaniowe, utrudniające wymowę. Można powiedzieć, że język ten wyrywa się z krtani porosłej włosami. W ostatniej scenie filmu wybrzmiewa, po wielekroć powtórzona głoska „a”, wyśpiewana, co symboliczne, przez gruzińskiego barda, Irakli Charkviani – „Me gadmovcurav zgvas”.

comments

Leave a Comment