Posted on: 12 kwietnia 2011 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

Od dawna miałam się wybrać na ten film, ale chciałam zobaczyć go w towarzystwie osoby, z którą można by potem podyskutować. Niestety, nikt ze znajomych i przyjaciół nie miał czasu, a film leciał już od dawna i mógł być zdjęty. Przyszło mi wówczas do głowy, że pójdę tam z moimi najstarszymi „świetlikami”. Jest to pięcioro rozbójników z pierwszej klasy gimnazjum, którzy uczęszczają do prowadzonego przeze mnie, małego, parafialnego punktu wsparcia, zwanego przez nas świetlicą.

Cała piątka ma pokręcone życie i dysfunkcyjne rodziny. Mają wielkie kłopoty z nauką. Nie rozumieją języka literackiego. Nie czytają (w zasadzie) książek, z rzadka oglądają filmy – na które są przeważnie prowadzani przez szkołę. Ich świat kultury to piosenki i gwiazdy pop. Potrafią gotować, sprzątać i znaleźć sobie szybko dorywczą pracę. Dziewczynki sporo wiedzą o kosmetykach, fryzurach i paznokciach.

Wszyscy mają komórki, a jeśli któreś z nich nie ma to inne pożyczy. Piosenek słuchają we dwójkę na jednych słuchawkach.

Nie wszyscy natomiast mają w domu komputery, Internet, a nawet telewizor – można więc powiedzieć, że ich świadomość nie jest kształtowana przez te media. To co ich kształtuje, to życie samo – na podwórku, u sąsiadów, w parku – paradoksalnie, z powodu biedy i nie tylko, uczestniczą w życiu żywym, mają dobre kontakty interpersonalne, intensywnie przeżywają przyjaźnie, miłości , zdrady. Są sobie bardzo bliscy. Są gwałtowni, niecierpliwi, skorzy do bójki, nie przebierają w słowach; są krzykliwi i agresywni, niespokojni i prawie zawsze podrażnieni. Patrzą na świat dorosłych podejrzliwie, spodziewają się najgorszego i zanim to się stanie (lub nie) oddają czasem z nawiązką.

Są zdolni do poświęceń, płaczą nad losem pokrzywdzonych, pomagają kolegom w potrzebie, kochają do ostatka. Bronią słabszych, złości ich niesprawiedliwość.

Do Kościoła zaglądają z rzadka i niechętnie, ale mają szacunek do Pana Boga i kochają Matkę Bożą. Zaskakują mnie niekiedy swoją niebywałą intuicją teologiczną – bo przecież ani lektur, ani domowego wychowania w tym kierunku nie mają. A co ważniejsze – zaskakują mnie swoją ewangeliczną postawą. Język mają wulgarny, ale to, co w tym języku mówią jest czasem czyste i jasne. Nie lubią jak się nimi dyryguje – takie wolne duchy.
O klasztorach, życiu monastycznym, modlitwie, liturgii godzin, czyli o wyższej szkole duchowej jazdy wiedzą tyle co nic. Modlitwa- to Ojcze Nasz i Zdrowaś Mario – wyuczone do komunii. O Islamie i innych pozachrzescijańskich religiach w ogóle nie słyszeli. Ich wyobrażenie o krajach egzotycznych jest pozbawione jakichkolwiek podstaw. Natomiast gdy słyszą o tragediach – na Haiti, w Japonii – chcą zbierać pieniądze, żeby wysłać tym, którzy są biedniejsi od nich.

W tym towarzystwie wybrałam się oglądać ten subtelny, skierowany jednak do dość wyrafinowanego widza film. Postanowiłam nic im nie mówić, na co idziemy – ot, do kina. Nie chciałam uprzedzać ich reakcji.

Pierwsze przerażenie: nie ma dubbingu i trzeba czytać. Powiadam, że czytać trzeba, bo to film dla dorosłych i że wchodzą do kina bo są ze mną. Drugie przerażenie: czy będą momenty (bo jak tu momenty z panią oglądać)? Na szczęście nie. Odetchnęli z ulgą. Sala Kameralna w kinie C. Trzy rzędy krzesełek. My- i jeszcze jedna pani w średnim wieku.

Zaczyna się.

Mały klasztorek na szczycie wzgórza. Wieś – miasteczko, uliczka, schodki, maleńkie domeczki jedna nad drugimi poupychane na wzgórzu.
Dokoła pola, pola, pola …przecięte szosą pełną łagodnych zakrętów.

O świcie głos muezina nawołuje do modlitwy ( Słowacki jakoś się kojarzy…)w klasztorku mnisi zaczynają dzień jutrznią- w małej kapliczce słychać spokojne, mocne męskie głosy, rozbrzmiewa czysta, poranna, chrześcijańska pieśń liturgiczna małego chórku; dzień- monotonia zajęć: ogródek; podlać, szklarnie – otworzyć, zamknąć wieczorem; pole – spulchnić; chorych – pocieszyć, co się da – zaleczyć. Stara, mądra twarz doktora i jeszcze starsza, skora do uśmiechu– pomocnika. Przeor – czyta Koran, pisze…ludzie przychodzą czasem pogadać – słowem, dla moich świetlików nuda. Wychodzą podczas pierwszej godziny kilka razy do toalety, smsują w ciemnościach, jedno zasypia, wszystkie mają na to ochotę. Ale nie gadają, nie wybuchają śmiechem ni stad ni zowąd, nie kręcą się bez potrzeby. Bardzo dobrze.

Łagodny, a zarazem prosty rytm codzienności monastycznej przenika nas wszystkich jak deszcz, coraz głębiej i głębiej… przybliża się, rośnie Boża obecność. Nawet do tego, który zasnął.

Niepokój. Coś się na świecie zdarza, jakieś zagrożenie dla dobrych, łagodnych mnichów wisi w powietrzu. Podnoszą oczy znad komórek. Przynajmniej niektórzy. Nie rozumieją co się dzieje, ale bardzo chcą rozumieć.

Scena, która mną wstrząsnęła- jak z hollywoodzkiego westernu. Nocny napad powstańców, bohaterski, ewangeliczny przeor, pojednanie ludzi księgi ponad wrogością.

Scena, która sprawiła, że oni zaczęli uważnie patrzeć.

Niepokorny, rozstrojony, niepewny mnich, który nie chce umierać pomaga myć naczynia spokojnemu lekarzowi. Nagle ciska naczyniem, które wyciera i wulgarnie zaklina. Wszystkie świetliki długo wpatrywały się w to jedno wulgarne słowo, które tkwiło i tkwiło na ekranie. Niepokój, patrzą na mnie, a potem – z zapartym tchem już oglądają, oczekując , kiedy znów padnie jakiś znajomy tekst.

To słowo to był klucz. Ich klucz. Życiodajny deszcz znalazł drogę do ich dusz. Przeniknął. Już nikt nie spał.

Moje zachwyty:

Siła wspólnotowej pieśni modlitewnej kilku mężczyzn, która przebija się przez warkot helikoptera z karabinem maszynowym, lecącego nisko nad klasztorkiem, pokonuje go i dominuje nad nim.

Ostatnia wieczerza. W milczeniu – tylko potężniejąca muzyka Jeziora Łabędzie. Radosne, uśmiechnięta twarze mnichów, szczęście. W głowie mi huczy „Jakże pragnąłem z Wami spożyć tę Paschę.” Wszyscy wiedza i wszyscy zaakceptowali. Wszyscy przeniknięci są Duchem – to szczęście musi ich nakarmić przez długie miesiące męczeństwa. Wieczerza i zarazem Góra Tabor. Przez chwilę nie obserwuję moich dzieciaków, tylko uczestniczę w tej uczcie…

Razem przeżywamy strach i ból.

To, czegośmy się od początku spodziewali. Napad, brutalne wyciąganie z łóżek, ładowanie półprzytomnych, wyrwanych ze snu do ciężarówki.
Patrzę na dzieci. Otwarte usta, wstrzymały oddech.

I nagle radość głośna, gdy ich ulubiona postać(uśmiechnięty staruszek) schował się pod łóżkiem(tak jak oni to robią w zabawie) w czasie napadu i ocalał.

Ostatnia scena. Postacie idących w konwoju, popychanych przez oprawców mnichów giną w śnieżnej mgle.

Koniec.

Świetliki wytrzymały bite dwie godziny! Bez gadania, bez żadnych figli! niesamowite.

Zapytali, co się stało z tymi zakonnikami. Powiedziałam. Było cicho. Wreszcie najstarsza(15 lat): ”ja muszę zapalić. nie wytrzymam!” Oczywiście nie wolno im palić, więc mówię, żeby się powstrzymała. I trochę rozmowy o nałogu. Mówię, że kiedyś też nałogowo paliłam i trudno się tego wyzbyć. Zrozumienie. Potem nagle : „dobrze, że ten dziadziuś się uratował. On taki fajny! Takiego dziadziusia chciałabym mieć!” I potem- o zmarłych, o sąsiedzie młodym, co się powiesił, a tak., jego żona na pogrzeb nie przyszła, o ojcu koleżanki, co umarł, a rodzony syn tylko po pieniądz się zgłosił, o różnych śmierciach, o tym, że w ich domu straszy, i chyba trzeba się pomodlić za tych, co tu umarli…a oni na grobie dziadka dawno nie byli- trzeba pójść, bo może to on się dopomina.

Podwieczorek w ciszy, poważne rozmowy, refleksje o tym, co im się przytrafiło w związku ze śmiercią bliskich.

Poszli do domu uroczyści i zamyśleni.

Tak, dobrze, że obejrzeliśmy ten film. O śmierci absurdalnej , niepotrzebnej, idiotycznej. O śmierci męczeńskiej, świadomej, naśladującej śmierć Chrystusa.

Taki właśnie film- spokojny, nienachalny. Spełnił swoje zadanie.

Jolanta Elkan-Wykurz

comments

Leave a Comment