SJW: obrońca przegranych spraw?

Być może trafiliście, celowo lub z przypadku, na niezwykle popularną ostatnio na Facebooku stronę „Recenzje z Lubimy Czytać”? I może rozśmieszyły Was zamieszczane tam, naiwne, najczęściej negatywne recenzje klasycznych dzieł literackich? Niestety, mnie ów fejsbukowy proceder zupełnie nie bawi. Już wyjaśniam, dlaczego.

Nawet jeśli przyjmiemy ewentualność, że zamieszczane na wspomnianej stronie recenzje same w sobie są żartem, większość czytelników przyjmuje je za dobrą monetę i obśmiewa ignorancję autorów, których Słowacki nie wzrusza, Gombrowicz nie bawi, a Dostojewski śmiertelnie nudzi. Warto jednak zastanowić się, jakie są przyczyny tej zabawnej dla niektórych ignorancji. Zasadniczą jest, jak sądzę, niezawinione, intelektualne ubóstwo. Dlaczego niezawinione?

Otóż tak, jak dobra materialne, tak też i kapitał kulturowy jest przez nas w ogromnej mierze dziedziczony. Jego posiadanie bądź brak jest wynikiem przypadku: jeśli wychowaliśmy się w domu, w którym były książki, lub trafiliśmy w szkole na świetną polonistkę, będziemy najpewniej dysponować zdolnością odróżnienia literatury dobrej od złej. A także świadomością, że afiszując się z własną ignorancją (od której nikt przecież nie jest wolny), narażamy się na śmieszność.

Krótko mówiąc, w przypadku „Recenzji z Lubimy Czytać”, kulturowo uprzywilejowani śmieją się – być może nawet wbrew intencjom założycieli strony – z bardziej upośledzonych.

Jak zepsuć zabawę

Mniej więcej to samo napisałem w komentarzu, który umieściłem na Facebooku. Jak można było się spodziewać, moje wynurzenia nie spotkały się z przychylnością czytelników strony. Oprócz mniej wyszukanych obelg, którymi mnie obrzucono, znalazło się jedno, robiące ostatnio wielką karierę określenie: SJW.

Skrótowiec ten rozwija się jako Social Justice Warrior, czyli, w wolnym przekładzie, bojownik sprawiedliwości społecznej. W Internecie mówi się tak o kimś, kto przy okazji dowolnej dyskusji zwraca uwagę na, mówiąc najogólniej, poprawność polityczną. To zatem osoba, która psuje dobrą zabawę. Co gorsza, domniemywa się, że nie czyni tego ze szlachetnych pobudek, a jedynie dla zyskania poklasku i podbudowania ego.

Zaiste w dziwnych żyjemy czasach, jeśli nawoływanie do większej empatii oceniane jest negatywnie. Przyczyn tego stanu jest wiele, lecz nie chcę w to teraz wnikać. Stwierdzić chcę natomiast, że mimo wszystko warto od czasu do czasu narazić się na zwyzywanie i wsadzić kij w szprychy internetowej szydery.

Bo przecież nasz świat społeczny jest spieprzony – i coraz więcej osób mówi o tym otwarcie. Akceptując tytuł bojownika sprawiedliwości społecznej, stajemy dziś w jednym szeregu z takimi SJW jak modny francuski ekonomista Thomas Piketty, oraz nie mniej modny papież Franciszek. Niezgorsze to towarzystwo.

W obronie demokracji

Bycie SJW nie oznacza opowiadania się za rzeczywistością, w której zniwelowane miałyby zostać wszelkie nierówności. Chodzi o to, by istniejące rozwiązania polityczne i społeczne oceniać według pewnej sprawiedliwej miary. Pisał o niej najwybitniejszy filozof polityczny XX wieku – John Rawls. Według niego, nierówności społeczne powinny być ułożone tak, by służyły najmniej uprzywilejowanym – tym, którzy nie otrzymali w spadku ani dóbr materialnych, ani intelektualnych.

Filozof polityczny Michael Sandel zwraca uwagę, że dysproporcje majątkowe w świecie, w którym prawie wszystko można kupić za pieniądze, wiodą do śmierci demokracji. Sensem tej ostatniej jest bowiem dzielenie przez ludzi o różnym statusie wspólnej przestrzeni społecznej. Dziś, kiedy do samolotu czekamy w osobnych kolejkach (a niektórzy w mitycznym saloniku dla VIP-ów), a do luksusowych apartamentów wchodzimy wejściem innym, niż reszta mieszkańców tego samego budynku, szanse na spotkanie osób odmiennych od nas maleją. Narasta brak wzajemnego zrozumienia.

Dlatego warto czasem powstrzymać śmiech, by zastanowić się, czy nie kryje się za nim pogarda dla gorszych od nas. Wbrew przeciwnikom poprawności politycznej – wśród których, co charakterystyczne, najczęściej spotyka się najbardziej uprzywilejowaną grupę społeczną: białych, heteroseksualnych mężczyzn – nie oznacza to jednak, że śmiech jako taki jest zakazany. Wręcz przeciwnie: służyć może dobrej sprawie. O tym jednak przy kolejnej okazji.

comments

One comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.