„House of Cards” po raz piąty: co władza robi z ludźmi, co ludzie robią z władzą

Twórcy piątego sezonu „House of Cards” pokonać musieli poprzeczkę ustawioną wysoko nie tylko przez wcześniejsze serie, lecz także nową polityczną rzeczywistość A.D. 2017.

W erze Donalda Trumpa przestrzeń tego, co nie do pomyślenia, gwałtownie się skurczyła. Tymczasem od scenarzystów „House of Cards” oczekujemy nieustannego zaskakiwania nas nieoczekiwanymi zwrotami akcji, pozostającymi zarazem na tyle realistycznymi, by political nie zamieniło się w science fiction. Donald Trump z jednej strony utrudnił, z drugiej jednak – ułatwił to zadanie.

Widzowie poprzedniego sezonu mogli uznać, że zasadniczy zwrot fabularny – wspólny start Franka i Claire Underwoodów w wyborach prezydenckich – przekraczał granice prawdopodobieństwa. Ubiegłoroczna kampania, w której byłą pierwszą damę pokonał miliarder o umysłowości i emocjach pięciolatka, sprawiła, że serialowa wizja wydaje się dziś bardzo zachowawcza. Rzeczywistość okazała się dziwniejsza od fikcji.

Skoro jednak rzeczywistość zdziwaczała, to także i w świecie fikcyjnym nagle wolno o wiele więcej. Wybory zmanipulowane przez hackerów, polityczne wykorzystanie terroryzmu, ocierające się o zdradę stanu działania wysokich urzędników państwowych i Rosjanie, rozgrywający Amerykę przy wykorzystaniu wszystkich tych elementów – trudno stwierdzić, czy mam teraz na myśli „House of Cards”, czy obecną sytuację polityczną w USA. Zdawać się by mogło, że dla scenarzystów jest to zaproszenie do puszczenia wodzy fantazji i poprowadzenia historii w zupełnie kosmiczne rejony.

Twórcy „House of Cards” postawili jednak – moim zdaniem słusznie – na opowieść miejscami śmiałą, pozostającą jednak w granicach nowej normy. Zaproponowali tym samym niebezpośredni komentarz do Trumpowskiej rzeczywistości.

Pewne paralele pomiędzy filmem i życiem zdać się mogą dość przejrzyste. Podczas uroczystego zaprzysiężenia na urząd prezydenta, Frank Underwood zwraca się do widzów:

„Tak sobie posłałaś, Ameryko. Zagłosowałaś na mnie. Zdumiewasz się? Boisz się? Wybór, którego chciałaś, się ziścił. I teraz patrzysz oszołomiona, z otwartymi ustami, i zastanawiasz się, czy na pewno o to ci chodziło. Zostałem wybrany dzięki twojej demokracji”.

Frank Underwood nie jest Donaldem Trumpem (i vice versa – nie trzeba tego dodawać). Pierwszy to wyrachowany, dbający o zachowanie pozorów, wytrawny gracz, drugi – no cóż… A jednak jest coś, co łączy ich i wielu innych, którzy pragnęli, pragną i będą pragnąć władzy dla samej władzy: potrzeba zwyciężania. Ani Trumpowi, ani Underwoodom nie chodzi przecież o to, by „uczynić Amerykę wielką”. Programy i posunięcia polityczne są tylko instrumentem uzyskiwania i utrzymywania władzy. Kiedy widzimy, jak wiele czasu zajmuje sama tylko walka, by władzy nie utracić, zdumiewać możemy się, że którykolwiek z polityków zdołał kiedykolwiek zrobić coś dla dobra społeczeństwa, które – jak każe nam się wierzyć – go wybrało.

To właśnie fakt, że piąta seria „House of Cards” jest głębokim studium instynktów, „woli mocy”, wiodącej ludzi do walki o władzę, decyduje, iż wykracza poza współczesny kontekst i pozostaje tym, czego od tego serialu widzowie zawsze oczekiwali: wodzącą na pokuszenie opowieścią o tym, o czym wolimy na co dzień nie myśleć.

Tekst ukazuje się równocześnie w serwisie www.KinoPolityczne.pl.

comments
Filip Biały

Filip Biały

Współtwórca Klubu „Tygodnika Powszechnego” w Poznaniu. Autor blogu www.ArcheologiaPopkultury.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.