Posted on: 12 kwietnia 2016 Posted by: Aleksandra Francuz Comments: 0

Lisbon-Story (1)Każda wymówka jest dobra, aby opisać Lizbonę –za przewodnik po mieście Pessoi niech posłużą tym razem drogocenne rękodzieła, fetysze, będące w posiadaniu Friedricha i Philipa, bohaterów filmu Wima Wendersa, alchemików zgłębiających istotę sztuki, bez reszty oddanych czarodziejstwu kinowych przeobrażeń.

Można zatem jak oni wyruszyć z bagażem, zdawałoby się zużytych narzędzi i  sprzętów wydobywanych z ciemnicy prehistorii: starej kamery na korbkę, osadzonej na plecach (a niech tam, czego nie robi się z myślą o powodzeniu eksperymentu, dzięki któremu ten, kto tworzy, uzyska niezbity dowód na istnienie czystości widzenia, ale i tym razem, którym to już w dziejach świata,  okaże się to płonną ideą). Fantasmagorią nie są też walizy pełne przedmiotów, tak zwyczajnych, że do czasu zainicjowania gry w usłysz –zgadnij, nie potrafią przykuć uwagi czyhających na łup-znalezisko ciekawskiej dziatwy. Aż tu nagle, worki z piaskiem i kamienie, zapałki, plastikowe butelki, jednym słowem, codzienność, najpowszedniejsza rzecz pod słońcem, pod wpływem wyobraźni dziecięcej i wysiłków kuglarza powszednią być przestaje. Tak, Lizbona rozbudza apetyt na wszystko, na trwanie w iluzji też.

Sam mistrz od imitowania dźwięków dzikich i okiełznanych przez ludzkość, ten sam, który dopiero co olśnił, poruszył, wprowadził młodych entuzjastów kina w zdziwienie nieprzejrzystością świata, wiedziony boską muzyką, nb. Madre-deus, pokonuje labirynt kamienicy, ukrytych przejść od jaźni do wyobrażeń, i żyć zaczyna dzięki wierze w to, co zwodnicze. Love story.

comments

Leave a Comment