Posted on: 15 stycznia 2018 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

Podobno jesteśmy narodem szczególnie uwrażliwionym na historię. Ciągle się do niej odnosimy, nie potrafimy się od niej oderwać, stale usiłujemy orzec „zdrajca czy bohater”. Czyżby?! Ostatnie problemy dotyczące tzw. dekomunizacji przestrzeni publicznej pokazują rzeczywistość całkowicie odmienną. Rywalizują tu bowiem dwa typy zachowań: pragmatyczny relatywizm i polityczna instrumentalizacja. Oba nic nie mają wspólnego z historyczną prawdą, oba deformują naszą pamięć.

W całym kraju liczne ulice i place zmieniają swych patronów, przy tej okazji wybucha wiele lokalnych konfliktów, choćby w Katowicach w sprawie placu Wilhelma Szewczyka i w Sosnowcu wokół ronda Edwarda Gierka. Stosunkowo łatwo jest patrzeć na tę sprawę jako na przykład szaleństwa aktualnej władzy i sugerować, że to kolejna próba manipulowania historią. Taką opinię wzmacniać mogą rozmaite absurdy, np. próba nadania imienia znanego antysemickiego działacza międzywojennego Stronnictwa Narodowego – Kazimierza Kowalskiego jednej z ulic w Łodzi, czy ogólnopolska akcja przemianowywania co bardziej pryncypialnych traktów na ulice i aleje Lecha Kaczyńskiego. Sprzeciw wobec takich działań jest często motywowany pragmatycznie: przyzwyczajenie mieszkańców, koszty, „taka była nasza historia” itp. itd. Najłatwiej usłyszeć tego typu opinie od mieszkańców ulic przewidywanych do zmiany, którzy nie mając z reguły pojęcia o tym, że patron ich ulicy był np. agentem NKWD, protestują przeciw wszelakim zmianom. Niekiedy zresztą, wyrażają swój sprzeciw nawet wówczas, gdy zostają o tym poinformowani. Poziom historycznej ignorancji i pragmatycznego relatywizmu zdają się być dziś szczególnie wysokie, mam czasami wrażenie, że gdyby jakimś cudem przetrwały jeszcze nazwy w stylu „Adolf Hitler Platz”, to wiele osób postawionych wobec konieczności zmiany dokumentów, pieczątek, tablic etc. mówiłoby: no tak, ale to przecież element naszej historii, ile to kłopotu, no nam to przecież w sumie nie przeszkadza itp.

Tego typu pragmatyczny relatywizm odrzucam całkowicie. Nazwy ulic, placów, innych obiektów publicznej użyteczności, pomniki, miejsca pamięci to nie są wyłącznie ślady historii bez jakiejkolwiek treści aksjologicznej. Przestrzeń naszych miast i wsi ma bowiem upamiętniać w sposób przemyślany tych, którzy zasłużyli się krajowi. Proszę wybaczyć, ale ulica upamiętniająca agenta NKWD, wysługującego się obcemu, wrogiemu Polsce mocarstwu, np. Teodora Duracza albo Zygmunta Berlinga to przejaw absolutnego relatywizmu. Naszym obowiązkiem jest dopilnowanie aby przestrzeń publiczna była zaludniona przez te postaci i symbole, które chcemy przekazać przyszłym pokoleniom jako wzorce postaw. Oczywiście kryterium doboru musi tu być szerokie, broń Boże nie ograniczone do jednego nurtu tradycji historycznej. Dla mnie osobiście nie jest żadnym problemem pozostawienie miejsc upamiętniających np. Ludwika Waryńskiego albo wprowadzenie do nazewniczego kanonu postaci reprezentujących szlachetny nurt tzw. „żołnierzy wyklętych”, np. Łupaszki, czy Inki, ale burzę się wewnętrznie gdy ktoś w iście bolszewickim zapale protestuje przeciw upamiętnieniu np. Władysława Bartoszewskiego i Jacka Kuronia.  Prawica nie ma w Polsce żadnego monopolu na patriotyzm i próba pisania na nowo historii, w której godzien pamięci będzie zbrodniarz Romuald Rajs „Bury” a wymazywane będzie imię Jana Józefa Lipskiego, bo „lewak”, to akt gwałtu na naszej pamięci historycznej. Wszyscy, którzy na rozmaite sposoby, wychodząc z rozmaitych tradycji politycznych, społecznych i światopoglądowych, pragnęli budowy Polski suwerennej, otwartej, tolerancyjnej, szanującej różnorodność swych obywateli, zasługują na upamiętnienie.

Dlatego mam wobec ostatnich dekomunizacyjnych działań władz stosunek dość ambiwalentny. Tak, to należało dokończyć, choć może jest już na to za późno. Sam się zżymałem widząc wciąż w różnych polskich miastach osiedla 30-lecia PRL, ulice Berlinga i Świerczewskiego, ale jeszcze bardziej zdenerwował mnie obecny sposób dokonywania tych, z reguły usprawiedliwionych, zmian. Są one bowiem często podporządkowane wymogom polityki historycznej prowadzonej przez obecne władze, nie chodzi w nich po prostu o likwidację przeżytków minionej epoki, ale o zbudowanie nowego, bardzo ograniczonego, kanonu narodowej pamięci. Mówiąc z pewna dozą publicystycznej przesady próbuje się wszędzie gdzie tylko można, administracyjnymi decyzjami, bez społecznych konsultacji, nadawać imiona Lecha Kaczyńskiego, nieżyjących działaczy PIS, szczególnie tych, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej, czy „żołnierzy wyklętych”. Nic nie wiem o tym aby patronami przemianowanych ulic mieli być przedstawiciele nurtu patriotycznej lewicy, albo „niesłuszne” ofiary smoleńskiej tragedii. Akcja dekomunizacji przestrzeni publicznej nie jest zatem tylko właściwym dokończeniem jej oczyszczenia, ale odgórną akcją deformowania pamięci historycznej polskiego społeczeństwa.

Tym co mnie boli najbardziej są uboczne skutki tych manipulacji. Aby je w pełni przedstawić posłużę się przykładem. Otóż wielokrotnie podczas wykładów z historii Polski XX w. mówiłem studentom, że jednym z najbardziej dla mnie oburzających przykładów historycznego relatywizmu jest istnienie w niektórych polskich miastach ulic Planu 6-letniego. Osobiście znam podobny przykład w Bydgoszczy, gdzie takie miano nosi jedna z najbardziej pryncypialnych alej miasta. Może dziś już niewielu pamięta, że ów sławetny plan został w latach 1950-1955 narzucony Polsce przez ZSRR. Wbrew propagandowym kłamstwom był absurdalnym, z punktu widzenia potrzeb naszego kraju, programem przebudowy gospodarki i infrastruktury transportowej Polski po to, aby odpowiadało to potrzebom sowieckiej polityki przygotowywania agresji przeciw Zachodowi. Brutalna industrializacja, kolektywizacja rolnictwa, proletaryzacja społeczeństwa, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego narażająca nas na prewencyjne jądrowe uderzenie NATO skutkujące śmiercią milionów, to były konsekwencje planu 6-letniego. Jeśli chcemy go upamiętniać, to równie dobrze możemy nazywać ulice imieniem nazistowskiego Generalplan Ost, gdyż jego skutki byłyby dla nas podobnie tragiczne. Dlatego z satysfakcją usłyszałem informację, iż nareszcie plan 6-letni zniknie z mapy Bydgoszczy. Nawet to, że wojewoda zdecydował o nadaniu tej alei imienia Lecha Kaczyńskiego nie wzbudziło moich wątpliwości. Jeśli oddzielimy śp. Prezydenta od dzisiejszych politycznych manipulacji, to przyznać przecież musimy, że na upamiętnienie zasłużył. Wszelako okazało się , że takie oddzielenie jest niemożliwe. Antypisowska większość w radzie miasta anulowała decyzję wojewody i… przywróciła alei miano planu 6-letniego. Nie wiem, czy pojmują Państwo absurd tej sytuacji? Polityczna polaryzacja, wrogość wobec przeciwnika doprowadziły do tego, że najpierw per fas et nefas, jedni narzucili patronat Lecha Kaczyńskiego, a później drudzy, mam nadzieję, że bez głębszej refleksji, powrócili do niegodnej nazwy, na złość. Ja osobiście wolę widzieć na planie miasta nazwisko człowieka, który miał realne zasługi dla Polski niż symbol uzależnienia kraju od ZSRR, ale nie mam wątpliwości, że u źródeł tego absurdu leży dążenie obozu obecnie rządzącego do uczynienia z historii instrumentu bieżącej polityki. Za wszelką cenę dąży się do tego aby zbudować nowy panteon bohaterów, skonstruować nową hierarchię zasług, tak aby przeszłość zaczęła legitymizować teraźniejszość, aby dzisiejsza władza zaczęła być kojarzona z najbardziej godnymi pamięci artefaktami naszych dziejów. Skutki są zgubne! Żadna narzucana odgórnie interpretacja historii nigdy się u nas nie przyjęła, zaraz zaczynała ją otaczać atmosfera ironii, kpiny, dystansu i przekory. Efekty były przeciwne do zamierzeń. Może to i pocieszające, ale z drugiej strony trudno nie załamać rąk. Ofiarami krótkowzrocznej polityki historycznej padają bowiem postaci i wydarzenia, które powinniśmy otaczać autentycznym i szczerym szacunkiem a powracają te, które na to absolutnie nie zasługują. Przecież nie o to chodzi!

comments

Leave a Comment