Odwiedź nas w:

Berlinie | Białymstoku | Bielsku-BiałejBrukseli | BydgoszczyChojnicachGliwicach | Grudziądzu | Katowicach | Kędzierzynie-KoźluKoszalinieKrakowie | Lipsku | Londonie | LublinieŁodzi | Myślenicach | Olsztynie | OsloParyżu | Poznaniu | Rzeszowie | SłupskuSzczecinie | TarnowieTrójmieście | Warszawie | Wrocławiu | ZamościuZielonej Górze

ZOSTAŃ KLUBOWICZEM | ZAŁÓŻ KLUB | WESPRZYJ NAS!

comments

Nadchodzące wydarzenia:

  • 20 grudnia 2019 16:30Kawiarenka Krakowskiego Klubu "TP"
  • 31 grudnia 2019Nie strzelam w Sylwestra
  • 13 stycznia 2020 19:00Wspólnota i dialog - czytamy Tischnera
AEC v1.0.4

Sprawdź pełną listę wydarzeń.

„Laicite” w Polsce – dlaczego nie?

„Laicite” – laickość, to specyficzny model relacji państwowo-kościelnych, który od ponad 100 lat istnieje we Francji. Ks. prof. Józef Krukowski, autorytet w dziedzinie prawa wyznaniowego, nazwał go modelem „separacji wrogiej”. Jego zdaniem funkcjonował on w dwu odmianach: „liberalnej – francuskiej i totalitarnej – sowieckiej”.

Pomińmy kwestie zestawienia w jednej kategorii liberalizmu i totalitaryzmu, tak niestety częste w myśli katolickiej. Chciałbym podzielić się kilkoma myślami dotyczącymi funkcjonowania Kościoła we Francji, Jego „najstarszej córze”. Przyznam się, że przyszły mi one do głowy po obejrzeniu filmu: „I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże!”, trochę naiwnej, momentami śmiesznej, francuskiej komedii głoszącej pochwałę wielokulturowości i ośmieszającej narodowe stereotypy. To nie jest żadne dzieło, ot wakacyjny wypełniacz czasu, ale jak to bywa nieraz można w nim przypadkiem odnaleźć sens pobudzający do poważniejszej refleksji.

Pojawia się w tym filmie ksiądz, proboszcz prowincjonalnej parafii w Chinon, dość młody, co chyba niezbyt we Francji typowe. To postać absolutnie epizodyczna, ale niezwykle sympatyczna, ukazana z przymrużeniem oka, może trochę podobna do naszego o. Mateusza. Nałogowy oglądacz seriali, tłumaczący spóźnienie na Mszę św. całonocnym oglądaniem „Gry o tron”, gdy dowiaduje się, że zamówiony ślub nie może się odbyć gdyż… para młoda jest tej samej płci, zamiast wybuchnąć oburzeniem, wybucha śmiechem, a później tańczy na weselu. Nie chodzi mi o poprawno-naiwne pokazanie tej postaci, ale o życzliwość i sympatię z jaką jest przedstawiona. Pomyślałem sobie, że w Polsce byłoby zapewne inaczej (nie idzie mi o słuszne moralnie produkcje narodowych mediów), postać księdza stałaby się zapewne pretekstem do ostrego zaznaczenia stanowiska w kulturowej wojnie, byłoby pryncypialnie, drapieżnie, polemicznie i to bez względu na to, po której stronie frontu tej wojny stoimy.

Taki właśnie sposób przedstawienia osoby duchownej w popkulturze może być uznane za pozytywny efekt francuskiej „laicite”, pozytywnej także z punktu widzenia Kościoła. Francja, kraj pozornie zlaicyzowany, w którym Kościół zdaje się dziś całkowicie zmarginalizowany, przestał być polem wojny kulturowej. Wielu powie, że to jest efekt owej marginalizacji, bowiem po co walczyć z tym co nie ma większego znaczenia, po co spierać się z tym, co niewielu już obchodzi? Tak, intensywność naszych sporów o religię, Kościół i ich obecność w życiu publicznym zdaje się paradoksalnie dowodem na żywotność katolicyzmu w naszej kulturze i życiu codziennym. Martwić będzie się trzeba wtedy, gdy sprawy te przestaną kogokolwiek obchodzić, a spory z nimi związane znajdą się na marginesie naszej debaty publicznej, tak jak we Francji.

Do niedawna tak myślałem, bolejąc nad utratą przez Francuzów religijnej wrażliwości, wracałem do słów Jana Pawła II z 1985 r. : „Francjo, najstarsza córo Kościoła, co zrobiłaś ze swoim chrztem?” Jak kraj Pascala, św. Teresy z Lisieux, Teilharda de Chardin, Yves Congara, Jeana Vaniera mógł zaprzepaścić tak wielką i głęboką spuściznę? Zdawało się, że to jest dziedzictwo Oświecenia: Kartezjusza, Woltera, Rewolucji Francuskiej owocujące dziś głęboką, strukturalną sekularyzacją.

Francuska socjolożka religii Daniele Hervieu-Leger mówi o dokonującej się drugiej fazie europejskiej sekularyzacji, która dotyczyłaby tego, co nazywa ona „matrycą kulturową” i definiuje jako symboliczny i kulturowy kod, który odnaleźć można w kulturze, instytucjach i mentalności Europejczyków. Kod ów jest reprodukowany niezależnie od stosunku do wiary i kościołów, odnaleźć go można w stylu życia publicznego, charakterze i treści debat, koncepcjach ładu społecznego i praw jednostki nawet podejściu do natury i środowiska. Współczesne przemiany kulturowe mogą jej zdaniem wstrząsnąć symbolicznymi ramami europejskich społeczeństw, definitywnie eliminując z nich religię. Być może tak się stanie, choć wierzącym wypada ufać, że ten scenariusz się nie ziści.

Pytaniem jest dziś nie to, czy daleko idąca sekularyzacja pojawi się także u nas. To jest nieuniknione, dzieje się na naszych oczach. Czy potrafimy jednak utrzymać fundamentalne chrześcijańskie zakorzenienie w sferze kultury, moralności, obyczaju? Czy zdołamy ustrzec się przed udziałem w „drugiej fazie europejskiej sekularyzacji”?

Kilka lat temu wybitny socjolog religii Jose Casanova, zapewne nieco prowokacyjnie, takie właśnie zadanie wyznaczył polskiemu katolicyzmowi: udowodnić, ze klasyczna teza sekularyzacyjna, głosząca, że modernizacja społeczna jest skorelowana z sekularyzacją nie ma uniwersalnego charakteru. Sprawdziła się w Europie zachodniej, ale nie w USA i być może nie w Polsce. Dziś nadzieja Casanovy wydaje się raczej nierealna. Także i my będziemy musieli sprostać sekularyzacyjnemu wyzwaniu. Jaki jest zatem optymalny model reagowania Kościoła (w najszerszym zakresie tego pojęcia) wobec tej nowej rzeczywistości? Jak potraktować zmianę pozycji i funkcjonowania Kościoła w wymiarze społecznym, kulturowym, politycznym etc.? 

Nasi hierarchowie, przynajmniej ich większość, zdają się przywiązani do modelu, którego wyrazem jest obecnie funkcjonujący konkordat. Problem w tym, że litera konkordatu to jedno, drugim zaś jest praktyka relacji państwowo-kościelnych, sprawiająca wrażenie uprzywilejowania pozycji Kościoła w systemie politycznym RP. Mamy konkordat, zapisy konstytucyjne i tzw. „ustawy kościelne” z 17 maja 1989 r., które jednak należy rozpatrywać w perspektywie roli nieformalnej, ale przemożnej, ukształtowanej w okolicznościach wypełniania przez Kościół funkcji „instytucji narodowej”, szczególnego zespolenia religii i narodu. Syndrom „polskości = katolicyzmu”, czyniący z religii czynnik współtworzący tożsamość narodową, dla wielu (np. Dmowski) był ważniejszy aniżeli wszelkie inne funkcje „Dobrej Nowiny”, doprowadził do splątania wątków narodowych (partykularnych) i religijnych (uniwersalnych), bez świadomości, że pozostają one nieraz w sprzeczności.

Czy zatem publiczny wymiar religii powinien być aksjomatem, od którego nie można odstąpić? Czy prywatyzacja religii a`la francaise, jej oddzielenie od sfery publicznej, mur zbudowany pomiędzy tym co państwowe, wspólne, republikańskie a tym co prywatne, osobiste, własne, jest czymś złym, antyreligijnym, doktrynalnie laicystycznym i antykościelnym? Przyjrzyjmy się Kościołowi we Francji. Nie jest On już powszechnie uznawanym autorytetem, brak Mu instytucjonalnej siły, nie jest bogaty w żadnym sensie tego słowa, w praktykach religijnych uczestniczy zaledwie kilka procent społeczeństwa. Skądinąd własne doświadczenie uczy nas pokory. Gdzie jest więcej głębokiego rozumienia Ewangelii, w polskim, masowo-ludowym katolicyzmie, czy we francuskim, elitarnym, ale świadomym i pełnym osobistego zaangażowania? Co bardziej sprzyja nadprzyrodzonej, zbawczej misji Kościoła – doraźna symbioza z władzą, dla której Kościół jest przecież instrumentem polityczno-propagandowego oddziaływania, czy jasne, bezkompromisowe świadczenie o Chrystusie, Panu teraźniejszości i historii?

Byliśmy w ostatnich dniach świadkami szamotania się miarodajnych ludzi Kościoła wobec incydentów, do których doszło w Białymstoku podczas Marszu Równości. Potrzeba obrony tradycyjnego, opartego na Biblii, modelu życia społecznego i religijnego, a z drugiej strony agresja, nienawiść, kompromitująca symbolika. Każdy, dla którego Kościół pozostaje ważnym punktem odniesienia w życiu prywatnym i publicznym, musi stanąć przed dylematem, musi zadać sobie pytanie: od kiedy nasze sumienie powinno nas skłaniać ku jednoznacznemu „non possumus”, jak winniśmy dać znać naszym Pasterzom czego od nich oczekujemy? Czy powinni oni korzystać z całej struktury instytucjonalnych relacji z Państwem (Komisja Wspólna itd.), czy raczej przyjąć pozycję równouprawnionego uczestnika życia publicznego?

We Francji, w modelu zmodernizowanej „laicite”, przecież już nie wrogiej wobec Kościoła, można upatrywać wielu pozytywnych konsekwencji. Pozytywnych, szczególnie z perspektywy Kościoła, nie państwa. Kościół pozostaje radykalnie oddzielony od państwa, nie ma niejasnych powiązań polityczno-biznesowych, brak faryzejskich relacji elit religijnych i świeckich. Kościół jest ubogi, bytuje „na pograniczu”, ale może w ten sposób nabiera autorytetu, który nie wynika z instytucjonalnej siły i politycznego zblatowania z elitami władzy. Francuska „laicite” jest chłopcem do bicia wielu hierarchów i  tradycjonalistycznych katolików świeckich. Widzą oni w niej przejaw duchowej kapitulacji Zachodu, odstępstwa od tradycyjnej doktryny i liturgii chrześcijaństwa zachodniego, poczuwają się do imperatywu obrony tego co było.

Czy jednak, przyjmując perspektywę Kościoła, Jego dobra, skali oddziaływania, moralnego autorytetu, można tak łatwo potępić model francuski? Czy Kościołowi we Francji, przy wszystkich Jego przypadłościach, można zarzucić wykorzystywanie relacji z państwem, czy wykorzystuje On rozmaite, nieformalne kontakty polityczne dla swoich celów? Czy zaciera granice podziału między tym co świeckie, a tym co duchowne? Zapewne nawet jeśli by tego chciał, to nie będzie w stanie. Może działać w sferze duchowej i moralnej, wykorzystując „środki ubogie”, świadczyć, ale niewiele więcej.

My jesteśmy przyzwyczajeni do „środków bogatych”, Kościoła sprawującego rząd dusz, obecnego i aktywnego w sferze publicznej, zespolonego z narodem, wyznaczającego system wartości w życiu indywidualnym i publicznym, Kościoła – instytucji, potężnej, wpływowej, słuchanej. Czyż nie widzimy, jak często nasi biskupi i proboszczowie lubią pokazywać się w towarzystwie notabli, zajmować pierwsze miejsca, przyjmować hołdy, święcić i „uświetniać” swą obecnością? Jakże przywykliśmy do państwowo-kościelnej symbiozy, tak widocznej, szczególnie w ostatnich latach. Czy taki model funkcjonowania Kościoła w państwie i społeczeństwie jest lepszy, bardziej właściwy i naturalny, nie bójmy się – bardziej ewangeliczny, aniżeli mniemana „wroga separacja” francuskiej „laicite”? Czy państwo, jego struktury winny preferować określony system wartości, czy jest ono powołane do tego aby prowadzić swych obywateli do zbawienia? Czy istnieje granica miedzy sacrum i profanum w wymiarze wspólnoty politycznej, państwa?

Polski Kościół hierarchiczny zdaje się niewolnikiem modelu „przyjaznej koegzystencji”, choć w praktyce raczej skłaniającego się ku ”absolutnej autonomii”, nie widzi żadnych wartości w modelu francuskiej „laicite”. Jest on postrzegany jako dzieło radykalnego, antyklerykalnego laicyzmu prowadzącego do marginalizacji znaczenia Kościoła i religii w wymiarze publicznym i prywatnym, dzieło wrogów Kościoła. Czy faktycznie jest dziś „laicite” katalizatorem sekularyzacji? Cóż, ma ona miejsce również w krajach, które nie zaadaptowały modelu francuskiego, „odkościelnienie” zachodniego chrześcijaństwa zdaje się być niezależne od przyjętego modelu stosunków państwo – Kościół. Generalnie zmierzamy ku Kościołowi jako strukturze mniejszościowej, „soli ziemi”, wspólnocie opierającej się nie na tradycji i obyczaju, ale sile i głębi osobistej relacji z Chrystusem.

„Laicite” w polskich warunkach to mrzonka, któż pragnąłby dziś takiego modelu? Lewica oczywiście! Kościół? Nawet jeśli niektórzy, co światlejsi Jego przedstawiciele, widzą wartości takich rozwiązań, to nie powiedzą tego publicznie. Stanąć w jednym szeregu z Zandbergiem i Nowacką? Niemożliwe. Tymczasem jeśli porzucić wszelkie świeckie, doraźne uwarunkowania to przecież walory niektórych francuskich rozwiązań rzucają się w oczy, i to wcale nie z perspektywy państwa, tylko z perspektywy Kościoła. Jego powołaniem jest prowadzenie ludzi ku zbawieniu, głoszenie Dobrej Nowiny, pochylenie nad tymi, którym się „źle dzieje”. Winien szukać dróg do jak najskuteczniejszej realizacji tego powołania. Skuteczność, to słowo klucz. Zadajmy sobie pytanie, gdzie Kościół skuteczniej głosi prawdę swego powołania – w laickiej Francji, czy w katolickiej Polsce, gdzie je wiarygodniej realizuje? Może zatem „laicite”, radykalne oddzielenie Kościoła i państwa jest środkiem do uratowania tego, co się jeszcze da uratować?             

         

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.