„Był nie tylko człowiekiem wielkim, ale również wielkodusznym i pełnym empatii, którą obdarować mógł każdego. Jakżeby się dzisiaj przydał” – takimi słowami mój chrześniak, Ludwik Stomma, kończy felieton o Antonim Gołubiewie, pisarzu i wieloletnim redaktorze „Tygodnika Powszechnego”. Tekst ukazał się jednak nie na łamach „TP”, ale tygodnika „Polityka” (nr 26/2019), niemal dwa miesiące temu, kiedy 27 czerwca mijała 40. rocznica śmierci naszego przyjaciela.

Przypominam ten tekst, bo zasługuje na uwagę. Tym bardziej, że w piśmie, które Tolo Gołubiew współtworzył przez wiele lat, nie znalazł się najmniejszy nawet znak pamięci o nim. Ludwik Stomma odnotowuje wydarzenie z dramatu, jaki rozegrał się późną wiosną 1953 roku, kiedy władza dążyła do przejęcia „Tygodnika Powszechnego”. W imieniu redakcji negocjacje z Biurem Politycznym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (reprezentował je Franciszek Mazur) prowadził Gołubiew. To jemu władza zaproponowała stanowisko redaktora naczelnego pisma, jeśli redakcja usunie z zespołu Jerzego Turowicza i Stanisława Stommę. Tolo ofertę odrzucił, a do czekających na niego przyjaciół przyszedł ze słowami: „Rozbiłem »Tygodnik«”. Władza pismo przejęła, a ja pamiętam jeszcze żonę Gołubiewa, Jankę, która czas niełatwych rozmów spędzała w kościele sióstr wizytek przy Krakowskim Przedmieściu.

Ciąg dalszy, który nastąpił po spotkaniu Gołubiewa z Mazurem, został przypomniany przez Ludka Stommę, syna Stanisława. I właśnie za to dziękuję mu dzisiaj z bezdyskusyjną wdzięcznością.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.