Posted on: 11 września 2013 Posted by: Józefa Hennelowa Comments: 0

Chyba pora to powiedzieć, przyznając się bez ogródek: jestem za tzw. poprawnością polityczną w języku. Ostatnio usłyszałam parokrotnie coś, co poruszyło mnie wyjątkowo dotkliwie.

Jedna z telewizji ma program cotygodniowy, bardzo ładnie się nazywający: „Drugie śniadanie mistrzów”. Rozmowy ciekawych ludzi to zawsze przyjemność, więc go nieraz oglądałam. I coraz częściej pytałam sama siebie, kto decyduje, że uczestnicy rozmowy to mistrzowie? Bo goście się zmieniali. A ostatnio mistrzowie i mistrzyni (pani była jedna) wzięli za temat zmiany w lekturach szkolnych. I nagle usłyszałam serię słów pogardliwych o naszej klasyce i niemal chóralnie złożone wyznanie, że takiej nudy i patosu nikt z nich już w szkole znieść nie mógł, niektórzy nigdy potem nie dokończyli tych „okropnych lektur”. Innym razem – już w innym programie – goście dzielili się wrażeniami po pobycie za granicą, zgodnie stwierdzając, że wszystko w kraju ich nudzi, rozczarowuje i nie zasługuje na uwagę, że Polska w świecie w ogóle się nie liczy. Uderzyło mnie zwłaszcza to, że te swoje przekonania, zupełnie pozbawione dowodów, wypowiadali jako pewną siebie oczywistość, z którą problemu nie mają żadnego. Wyłączyłam telewizor i było mi smętnie długi czas potem.

Kto nas tego uczy? Mistrzowie mianowani przez kogoś nieznanego? Dziennikarze czy politycy, którzy w dyskusji publicznej potrafią zażarcie bronić prawa, by nawet o najważniejszych osobach w państwie mówić po nazwisku, bez dodania bodaj słowa pan/pani, co kiedyś stanowiło ABC grzeczności elementarnej? W kontekście dzisiejszego dnia, gdy rozpoczyna się w Warszawie czterodniowy zamęt protestujących związkowców, zapowiadany uroczyście i wzniośle, choć nie wiadomo z jakimi hasłami i okrzykami będzie realizowany ani tym bardziej czym się zakończy, to pytanie i potrzeba protestu stają się po prostu nie do przemilczenia.

comments

Leave a Comment