Opublikowano: 27 czerwca 2020 Autor: ks. Andrzej Perzyński Comments: 0

Mt 10, 37-42

Jezus powiedział do swoich apostołów:
«Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.

Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma.

Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody».

 

„Kto miłuje ojca lub matkę więcej niż mnie, nie jest mnie godzien…” To, co nam Jezus powiedział o miłości, a co może budzić wątpliwości, faktycznie jest prostym następstwem przykazania miłości, które – jak pamiętamy – brzmi: Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich myśli i wszystkich sił, a człowieka – bliźniego – będziesz miłował jak siebie samego.

Są więc dwie miary miłości, a nie jedna. Miłość ku Bogu ma miarę bez granic, aż do ostatecznych możliwości. Miłość ku człowiekowi jest tylko do pewnej granicy. Jakkolwiek nieraz, częściej w literaturze niż w życiu, mówi się, że się kocha bezgranicznie, to jednak jest to tylko sposób mówienia, a w rzeczywistości miłość do człowieka posiada granice i każdy z nas może je dostrzec, powinien je sobie wyznaczyć, bo inaczej dojdzie do takiego zderzenia, o jakim mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Kto miłuje więcej … nie jest mnie godzien”. W tym „więcej” właśnie tkwi granica.

I to dochodzimy do najbardziej niepokojącego punktu. Dlaczego to „więcej” jest zakazane? Dlaczego ma być złe? Dlaczego ma powodować wykluczenie z Królestwa i odsunięcie od Jezusa? Czy wobec tego, że nie wolno „więcej”, może być tak, że miłość jest przeciwko miłości? Jeśli miłość pochodzi od Boga, jeśli On jest Miłością – źródłem, jeżeli z Niego płynie wszelka miłość, to dlaczego jedna niszczy drugą? To przecież On uczynił człowieka zdolnym do miłości i zobowiązał go do miłości swoim przykazaniem. Dlaczego więc jedna zagraża drugiej? Dlaczego trzeba ograniczać jedną, ażeby uratować drugą?

Cały problem polega na różnicy przeżywania miłości przez Boga i przez człowieka. Bóg przeżywa miłość w sposób doskonały. Człowiek przeżywa ją w swojej kruchości i ograniczeniu w sposób niedoskonały. Człowiek zniekształca to, co w Bogu jest doskonałe. To, że miłość jest z Boga, jest prawdą niepodważalną, ale i sposób, w jaki się miłość przeżywa, jest z Boga, i prawo, według którego powinna się miłość realizować, jest z Boga. Człowiekowi wygodniej jest czasem tego nie pamiętać, a kiedy mu się to przypomina, niecierpliwi się, irytuje i oburza twierdząc, że nikt nie ma prawa wtrącać się do sprawy tak bardzo własnej jak miłość.

Często poważna skaza odbija się na ludzkiej miłości. Polega ona na tym, że człowiek tak bardzo żyje chwilą obecną i tak bardzo przekonany jest, że tylko to, co ma i co przeżywa w chwili obecnej, naprawdę się liczy. Przeszłość się nie liczy, bo minęła. Przyszłość ma w sobie zbyt wiele niepewności, a człowiekowi brak cierpliwości, by spokojnie czekać na to, co przyszłość przyniesie. Ludzkie miłości bywają często niecierpliwe, zaborcze, są – jak się to często mówi – konsumpcyjne i zachłanne. Do tego stopnia, że przestają uszczęśliwiać, a zaczynają przeczyć samym sobie i zaczynają same siebie niszczyć. A człowiek nie ma zamiaru z takiej miłości-namiętności rezygnować i pragnie więcej, więcej – za każdą cenę, zwłaszcza jeśli te cenę będzie płacił kto inny – drugi człowiek, inni ludzie.

I to się może zdarzyć w każdej miłości: w miłości rodziców do dzieci, w miłości dzieci do rodziców, w miłości narzeczeńskiej, małżeńskiej, w miłości pomiędzy przygodnie spotkanym mężczyzną a kobietą i we wszystkich innych układach, jakie są pomiędzy ludźmi możliwe.

Kiedy to sobie rozważymy, to zaczynamy rozumieć, dlaczego Jezus twierdził, że pewne postacie miłości trzeba odrzucić tj. skazać na krzyż. Trzeba czasami stracić cząstkę własnego życia, aby ją odzyskać. Odrzuca tj. krzyżuje się bowiem nie samą miłość, ale pewne jej formy i wcielenia, które rozminęły się z Ewangelią. Model prawdziwej miłości w wielorakich jej postaciach pokazał nam Jezus w Ewangelii – łącznie z tą którą nazwał swoją największą miłością, a zilustrował ją, kiedy dał się z miłości ukrzyżować. Dawał siebie, żeby miłość rosła. A my czasem nie chcemy dać siebie. My nie chcemy pewnych form miłości ukrzyżować. Raczej jesteśmy skłonni skazywać na śmierć cudzą miłość, by własną uratować.

To jest klucz do niepokojącego pytania dlaczego nie wolno „więcej”. W tym pogmatwaniu tego, co w Bogu jest proste a w życiu ludzkim tak bardzo skomplikowane – tkwi źródło tej niepokojącej zagadki. Trzeba wejść w ślady Jezusa, który pokazał, że miłość musi się czasem dać ukrzyżować, żeby zostać sobą i żeby sobą obdarzać. Coś z tej prawdy powinno się powtórzyć w naszym życiu, żeby owoc naszych ukrzyżowanych miłości pożywił, ucieszył, rozjaśnił, rozradował życie tym, którzy z nami i obok nas żyją.

 

 

comments

Leave a Comment