Pamiętajmy o Jacku. Biografia Kuronia

W ostatnim numerze „Tygodnika Powszechnego” Michał Okoński pisze o Jacku Kuroniu. Pretekstem jest ukazanie się biografii tego fascynującego, a jakby powoli popadającego w zapomnienie człowieka. Tekst Okońskiego jest emocjonalny i szczery, taki jakim był współtwórca KOR, bazuje na książce, ale przynosi refleksję nie ograniczającą się do komentowania jej tekstu.

Przeczytałem jego słowa już po tym jak napisałem dla poznańskiego „Przewodnika Katolickiego” kilka myśli, które zrodziły się podczas lektury „Jacka”. Niektóre są zbieżne z tym co pisze Michał Okoński, inne nie, chciałbym jednak, także i ja, zachęcić do lektury książki, która wydaje mi się jedną z ważniejszych w ostatnim czasie. W epoce brutalnej polityki historycznej usiłującej przebudować naszą pamięć, zmienić hierarchię zasług dla naszej wolności, wyeliminować z niej ludzi nie pasujących do modelu patriotyzmu narodowo-heroiczno-bogoojczyźnianego jest to rzecz bezcenna. Dzięki niej można zrozumieć, że zręby wolnej Polski budowali nie tylko „Wyklęci”, nie tylko wierni Kościoła, nie tylko spadkobiercy tradycji ziemiańskiej, ale również ci, którzy powodowani odruchem solidarności z wykluczonymi i powodowani lewicową wrażliwością ulegli na chwilę „heglowskiemu ukąszeniu”.

Nie mam wielkiej nadziei, że biografię Kuronia przeczytają ci, którzy za chwilę pójdą w marszu z płonącymi racami w rękach, piętnując to wszystko czego nienawidzą, choć jednocześnie nie znają, a co nazywają „lewactwem”. Może jednak książki takie jak ta spełnią rolę kropli drążącej skałę uproszczeń i stereotypów, przekonają niektórych, że historia to nie schemat mniemanych „bohaterów” i „zdrajców”, otworzą oczy na wielowymiarowość postaw patriotycznych, nauczą umiaru, otwarcia i empatii. Takiego spojrzenia na przeszłość i jej bohaterów trzeba się uczyć, dostrzegać racje, szczerość i wielkość ludzi, którzy zdają nam się odlegli od tego co przywykliśmy uznawać za słuszne. Lektura biografii Jacka Kuronia może wielu z nas w tym pomóc.

Twarz człowieka, którego, mam nadzieję wszyscy pamiętamy. Patrzy na nas z okładki grubej 700-stronicowej książki. Spojrzenie z ukosa, kpiące, badawcze, czujne?! Uśmiech chłopięcy, schwytany w rzadkiej chwili bezruchu. Nawet jeśli byłby ktoś, kto go nie rozpoznaje musiałby zatrzymać wzrok na tej niezwykłej twarzy.  Niektórym najbardziej kojarzy się z legendą opozycji, KOR-em i pierwszą Solidarnością, inni pamiętają wieczorne „dobranocki” w telewizji początku lat 90-tych, podczas których charakterystycznym ochrypłym głosem starał się rozmawiać z ludźmi zniechęconymi trudami ówczesnych wolnorynkowych reform. Ja sam nie mogę zapomnieć jak podczas ogłaszania wyników wyborów prezydenckich  w 1995 r. miał łzy w oczach i nie były to bynajmniej łzy radości. Są pewnie i tacy, którym kojarzy się z wojującym marksizmem, ideologicznym fanatyzmem czasów stalinowskich i niesławną rolą, którą odegrał niszcząc polskie harcerstwo. Jacek Kuroń: wiele twarzy, ten sam człowiek.

Czy jest w tej fascynującej biografii jakiś element stałości, konsekwencji? Czy młody zetempowski aparatczyk z początku lat 50-tych, mówiący swej dziewczynie; „kocham ciebie, ale najbardziej Stalina”, późniejszy opozycjonista, który spędził w więzieniach prawie 10 lat, wreszcie poseł, minister i kandydat na prezydenta w latach 90-tych, otwierający parasol nad liberalną polityką Balcerowicza, to nie jest przykład życiowej i politycznej niekonsekwencji, szamotania się?

Właśnie ukazał się „Jacek”, biografia Jacka Kuronia pióra dwóch wybitnych dziennikarek, Anny Bikont i Heleny Łuczywo. Obie są legendami opozycji demokratycznej lat 70-tych i 80-tych, przyjaciółkami i współpracowniczkami Kuronia. W ostatnim numerze Tygodnika pisze o niej Michał Okoński. Jedną z wartości tej, ośmielę się napisać, wybitnej książki jest właśnie próba pokazania współtwórcy KOR – u jako postaci integralnej, choć wcale przecież nie oczywistej. Znając doświadczenia autorek można się było spodziewać hagiografii, apologii, a co najmniej ostrej polemiki ze wszystkimi, którzy ośmielają się strącać go z pomnika. Jeśli ktoś oczekiwał takiego tonu, zawiedzie się, choć jednocześnie trudno się oprzeć wrażeniu, że „Jacek” jest jednak pomnikiem jednej z najbardziej fascynujących i niejednoznacznych postaci naszej współczesnej historii.

Istotną wartością książki jest jej popularny charakter i dziennikarskie doświadczenie autorek. Jacek Kuroń doczekał się już bowiem biografii naukowej – kilku obszernych tomów autorstwa prof. Andrzeja Friszke, które dają wyczerpujący obraz funkcjonowania środowisk lewicowej opozycji w latach 60-tych. 70-tych i 80-tych. Potrzebne było dzieło ukazujące postać Kuronia w sposób bardziej wielowymiarowy a zarazem napisane językiem żywym i zajmującym. I właśnie taka jest książka Bikont i Łuczywo. Jej bohater to człowiek pełen sprzeczności, ofiarny i samolubny jednocześnie niezwykle aktywny i pełen chęci pomagania a jednocześnie polityk, z różnymi, charakterystycznymi dla tego „zawodu” przypadłościami. Zadeklarowany ateista, jednak szukający Boga, przeniknięty potrzebą Absolutu, „niewierzący chrześcijanin”, jak wielu go postrzegało. Autorki nie ukrywają tych sprzeczności, szczegółowo opisując np. fanatyzm młodego stalinowca, niefrasobliwość wychowawcy, która kosztowała życie trojga dzieci pozostających pod jego opieką podczas kąpieli w Wiśle, niechlubną rolę w procesie niszczenia tradycyjnego harcerstwa. Obraz, malowany przez autorki te ciemne barwy zawiera, ale jednocześnie pokazuje, że Jacek Kuroń był jednym z niewielu, być może jedynym, który tak szczerze i dogłębnie rozliczył się z tamtą przeszłością. Ich śledztwo udowadnia, że niekiedy brał wręcz odpowiedzialność za działania, które nie ponosił pełnej i jednoznacznej winy. Nie sposób zarzucić autorkom sporządzenia portretu „ku czci”.

Popularyzatorski walor „Jacka” widoczny jest w jednym jeszcze wymiarze. To nie jest dzieło, które mogliby w pełni pojąć jedynie znawcy najnowszych dziejów Polski. Być może dlatego właśnie książka tak się rozrosła, gdyż autorki konsekwentnie ujmują życie swego bohatera w szerokich ramach historycznych. Niekiedy można odnieść wrażenie, iż jego biografia jest raczej kanwą, na której osnuta została opowieść o tych wymiarach przeszłości, które są dziś zapominane i przekłamywane. Przykładem może być tu opis środowiska, z którego wyrósł Kuroń – polskiej, lewicowej, ale przecież niekomunistycznej inteligencji. Ludzi wrażliwych na los innych, czynnych, dalekich od konformizmu.

Dziś jest to rzecz godna przypominania, bowiem uproszczona i z gruntu fałszywa narracja, używająca słowa „lewactwo” na określenie wszelakiego zła prowadzi do wykluczenia z panteonu polskiej pamięci tak pięknych postaci jak np. ojciec Jacka – Henryk Kuroń. „Jacek” jest w pewnym wymiarze historią polskiej lewicy niepodległościowej, tej z ducha PPS, z tradycji Bolesława Limanowskiego, Ignacego Daszyńskiego, Stefanii Sempołowskiej, Marii Dulębianki. Pokazuje, że nawet jeśli młodzież wychowana w tej tradycji zbłądziła na bezdroża komunizmu, to dojrzewając, jakże często odwracała się odeń, nie tłumiąc wcale swej lewicowej wrażliwości. „Jacka” może z pożytkiem czytać każdy, nawet jeśli jego wiedza historyczna jest ograniczona, lektura przydałaby się również i tym, którzy sądzą, iż służba krajowi i człowiekowi była przymiotem jedynie prawicy.

Nade wszystko książka Bikont i Łuczywo pozostaje jednak żywym, refleksyjnym, pełnym wrażliwości wizerunkiem Jacka Kuronia i jego bliskich: ojca, żony, syna. Trudno bez wzruszenia czytać listy, które pisali do siebie Jacek i Gaja wtedy gdy on był internowany a ona umierała na nieuleczalną chorobę płuc. Historia ich miłości, wielkiej choć przecież naznaczonej rozłąką i niełatwym charakterem Jacka jest jednym z najbardziej poruszających fragmentów książki. Gaja urasta na jej współbohaterkę, jest z jednej strony wcieleniem dawnej figury żony czekającej na męża, uwięzionego, prześladowanego za dobrą sprawę, pogodnie i z uśmiechem czyniącej wszystko aby przeżył i wrócił nawet jeśli to oznacza wyrzeczenie się własnych ambicji. A przy tym to silna, inteligentna, samodzielna kobieta, która być może byłaby ważną postacią opozycji. Też winna się doczekać biografii.

Wróćmy na koniec do pytania o nić, przeplatającą się przez barwny i nieco chaotyczny kobierzec życia Jacka Kuronia. Uważny czytelnik biografii Bikont i Łuczywo bez wątpienia ją dostrzeże. „O coś mu chodziło” powiedział Aleksander Kamiński, harcmistrz, autor „Kamieni na szaniec”, stojący na przeciwnym niż Kuroń biegunie wizji harcerstwa i wartości, na których należy opierać wychowanie młodzieży. Wyczuł to co kryło się za twarzą marksistowskiego ortodoksa, za ideologicznym sloganem. Był to żywy duch ideowości, poświęcenia dla sprawy, niezgody na skostnienie idei w biurokratycznych instytucjach.  Jacek Kuroń zawsze czynił to w co wierzył, choć była to niekiedy wiara prowadząca na manowce. Zaczął się buntować wtedy gdy zauważył, iż system któremu zawierzył zaczyna kostnieć, nabierać cech partyjnej oligarchii, a zamiast wymarzonego państwa proletariatu rośnie monolit aparatu i nomenklatury. Ta swoista, utopijna antysystemowość nadaje jego biografii rys spójności. W swych niekiedy chaotycznych myślach i działaniach (celnie zauważają autorki, że dziś zapewne zdiagnozowano by u niego ADHD), był człowiekiem kierującym się żarliwą wiarą, raczej świecką niż religijną, choć doświadczenia tejże także nie były mu obce, szczególnie w chwili wielkiej duchowej próby gdy w 1982 r. umierała Gaja. Ks. Jan Zieja napisał wtedy do Jacka Kuronia słowa, które warto na koniec przywołać: „Tak, masz prawo czuć się i nazywać się chrześcijaninem szukającym swej drogi, skoro czynisz wysiłek, by każdego dnia żyć w prawdzie i w miłości. (…) Żeś występował przez wiele lat przeciw przemocy – za to Ci cześć! Tobie i wszystkim, co tę postawę podzielali i podzielają.

Jacek
Anna Bikont, Helena Łuczywo
Wydawnictwo Czarne 2018

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.