Artysta świętości

Jeśli pod koniec książki, o której wiesz jak się skończy bo jest biografią powszechnie znanej osoby, żałujesz że już się kończy, to znaczy że właśnie przeczytałeś znakomitą opowieść.

Z biografiami świętych jest tak, że zazwyczaj powstaje ich cała masa przy beatyfikacji, potem kolejne multum przy kanonizacji i następne kilkadziesiąt podczas ważniejszych rocznic z nimi związanych. Nie inaczej było w przypadku Roku Brata Alberta – chyba każde katolickie wydawnictwo ( i inne które wyczuły dobry interes) wzięło sobie za cel wydanie czegoś o tej postaci. Nie ma co na to pomstować, po to jest taki czas, żeby osobę świętego przybliżyć. Kwestia jakości to temat na osobną dysputę.

Z zielonkawej okładki biografii pt. Brat Albert (wyd. Znak, 2017) spogląda starszy mężczyzna, w płaszczu z kapturem zapiętym na podłużny guzik, o niezwykle przenikliwym spojrzeniu. Ten wzrok będzie patrzył na nas w czasie lektury książki o nim, gdy paradoksalnie, to my będziemy przyglądać się jego krokom.

Jest się czemu przyglądać, bo książka ma około 400 stron, dokumentujący każdy etap życia świętego. Trudno jednak nad nią zasnąć i co doczyta się jeden rozdział, chce się natychmiast rozpocząć następny. Nie jest tak dlatego, że Budzyńska zestawia pobożne anegdoty, jak to bywa w tego typu literaturze, nie dlatego, że czytamy kolejną biografię ku pokrzepieniu serc i uspokojeniu umysłów. Wręcz przeciwnie, to lektura inspirująca, wytrącająca z równowagi i wprowadzająca pewien niepokój.

Jeśli ktoś w tym momencie pomyślał, że opisałem właśnie dzieło demaskatorskie, obrazoburcze czy skandalizujące, to niech również na chwilę się powstrzyma. Sęk w tym, że większość dzieł hagiograficznych pisana jest w celu jakiegoś religijnego dydaktyzmu, chyba po to, żeby nas jakoś pocieszyć, że my tu na ziemi niedomagamy, czy nawet grzeszymy, ale tam, w niebie są tacy idealni ludzie, którzy mogą być dla nas wzorem (raczej niedoścignionym).

A tu właśnie Natalia opisała człowieka z krwi i kości. No dobrze, to stwierdzenie jest banalne. Z czego więc składał się Chmielowski? Z poszukiwania i nie-znajdowania. Z nadziei i bólu jej niezrealizowania. Z pasji i twórczości. Z namiętności, a jakże. Z licznych przyjaźni i samotności. Z odwagi i skrupulanctwa. Z błędów, trudności, przeciwności. Jeśli odnalazłeś się w choć jednym z tych stwierdzeń, to po lekturze znajdziesz ich jeszcze więcej i przekonasz się, że dążenie do świętości nie jest dla religijnych supermanów czy też nawróconych degeneratów. Jest dla tych, którzy będą chcieli odnaleźć swoją własną historię życia, dotkniętą ręką Boga.

Widać, że autorka spędziła godziny w archiwach, bibliotekach, albertyńskich klasztorach i wszędzie tam gdzie można było poczuć ducha opisywanej osoby. Nie postąpiła jednak modną ostatnio metodą kopiuj-wklej, ale w sposób finezyjny przedstawiła pełną zwrotów akcji historię człowieka i to na tle epoki. Przyznam szczerze, że tak jak nie lubię w historii okresu powstania styczniowego (i fragment o nim czytało mi się najtrudniej), tak w książce pokazano jego autentyczny dramat: nie był to zryw tysięcy śmiałków, staczających ustawione potyczki. To był autentyczny brud, autentyczny ból, autentyczna krew rozlana na polach. I nasz bohater, nasz święty (!) strzelał był do człowieka. I nie jest to grzeczna metafora, był to człowiek wojaczki, co przepłacił słono.

Że autorka zna się na sztuce, to wiemy, bo od lat prowadzi kulturalną rubrykę w Przewodniku Katolickim, w której nie pisze przecież tylko o świętych obrazkach. I tą część życia Adama Chmielowskiego opisuje z pasją. Padają tam chyba prawie wszystkie ważne nazwiska malarzy polskich tamtej epoki, pokazane w warunkach rozbiorów, ale tez fermentu intelektualnego, zmian w myśleniu o sztuce. Drobiazgowo prześledzimy relacje swego rodzaju artystycznej bohemy, w której nie kryjący się ze swoją wiarą ( czy poszukiwaniami duchowymi) Chmielowski wiódł prym. Dobra nauczka dla tych, co chcą jakiejś homogenizowanej, katolickiej kultury. Nie tędy droga – trzeba być po prostu profesjonalistą i mieć poukładane w głowie, wtenczas także duchowość będzie promieniować w twórczości.

Dla mnie osobiście niezwykle ważny był również wątek problemów zdrowotnych, także w zakresie zdrowia psychicznego Adama Chmielowskiego. W ogóle w literaturze fascynuje mnie bardziej bohater, który się z czymś zmaga, niż taki, któremu wszystko przychodzi łatwo. Nie każdy umie jednak to zmaganie opisać, jeden autor zrobi to powierzchownie, inny znowu będzie szukał zbyt głęboko w przyczynach psychologicznych czy tym podobnych. Tu spotykamy brata Alberta na jego drodze życia i możemy odnotować wiele czynników, które mogły wpłynąć na jego różne stany, wybory, decyzje. Wtedy komentarz autorki jest zbędny i rzeczywiście się on nie pojawia. Może tylko czasami delikatny opis, przypuszczenie, ale raczej po to, by wprowadzić dzięki niemu kolejny wątek. Bardzo zbudowało mnie również to, że przedstawiono świętego nie jako wyindywidualizowaną jednostkę, siłacza opierającemu się samemu przeciwnościom losu (by nie powiedzieć zbawiającego świat). Są wokół niego ludzie, konkretni, również z problemami, ale budujący więzi i wsparcie.

Ubiegł Sobór Watykański II o kilkadziesiąt lat – to już wielokrotnie o Chmielowskim mówiono. Ale dla laika, który nie wie jak funkcjonował Kościół u końca XIX i na początku XX wieku będzie to bardzo pouczająca lektura. Jeśli dziś narzekamy, że bywamy traktowani jak milczący świeccy, to wtedy chyba byśmy w Kościele po prostu nie wytrzymali. A Albert wytrzymał, z pokorą, ale nie bez uporu, gdy był przekonany że musi iść za wewnętrznym głosem. W dodatku nie brakowało mu humoru jakiejś nutki szaleństwa, czegoś co urzekało.

Wreszcie, mamy dzięki Bogu czas franciszkowy w Kościele i zwracamy się ku ubogim: inicjatyw rozlało się całe mnóstwo, szczególnie po ŚDM i to nie zwykłe działania charytatywne, ale chęć poznania: bezdomnych, narkomanów, więźniów, pozostawionych na peryferiach społeczeństwa, etc. Dlatego właśnie każdy kto angażuje się w takie inicjatywy musi przeczytać o człowieku, który ubogim poświęcił nie tylko jakiś czas, ale cały czas. Nie tylko niezagospodarowaną siebie część, ale także tą część siebie, która miała szansę na sukces. Czasem autorka jakby wydobywała z ukrycia (tego pobożnościowego) jak bardzo jest to trudne. Ale także jakie było w tej trudności autentyczne. Nie przy blasku fleszy i wielotysięcznych fejsbukowych zasięgach, jak to bywa dziś. W samotności, często w biedzie, ale przede wszystkim w poczuciu, że tak właśnie trzeba. I ja po lekturze rozdziałów na ten temat głęboko się zastanowiłem, czy aby gdy daję jakąś jałmużnę, czy też myślę o jakimś ludzkim nieszczęściu, nie wprawiam się w poczucie zadowolenia, że zrobiłem wszystko co mogłem.

Dzięki Natalii Budzyńskiej spędziłem kilka fascynujących chwil z Adamem Chmielowskim, bratem Albertem. Ach, tak to dobrze napisane, że nawet czułem zapach papierosa, co go akurat zapalał nasz krakowski święty. Ale też czasami wyobrażałem sobie, podziwiając różne koleje jego życia, że patrzy na mnie tym spojrzeniem z okładki, a nawet delikatnie puszcza oko pytając: „Może też byś tak spróbował?”

***

Natalia Budzyńska
Brat Albert. Biografia

Oprawa twarda
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.