Posted on: 14 kwietnia 2017 Posted by: ks. Bartek Rajewski Comments: 0

bartek_rajewskiWielki Piątek Męki Pańskiej
I CZYTANIE: Iz 52,13-53,12. II CZYTANIE: Hbr 4,14-16;5,7-9. EWANGELIA: J 18,1-19,42.

Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą, to znaczy Miejsce Czaszki, dali Mu pić wino zaprawione goryczą. Skosztował, ale nie chciał pić. Gdy go ukrzyżowali, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy. I siedząc, tam Go pilnowali. Nad głową Jego umieścili napis z podaniem Jego winy: To jest Jezus, ról żydowski. Wtedy też ukrzyżowano z Nim dwóch złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej stronie. Wyszydzenie na krzyżu. Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go i potrząsali głowami, mówiąc: «Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, cal sam siebie; jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża». Podobnie arcykapłani z uczonymi w Piśmie i starszymi, szydząc, powtarzali: «Innych wybawiał, siebie nie noże wybawić. Jest królem Izraela: niechże teraz zejdzie krzyża, a uwierzymy w Niego. Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje. Przecież powiedział: Jestem Synem Bożym». Tak samo lżyli Go i złoczyńcy, którzy byli z Nim krzyżowani.

Od godziny szóstej mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Około godziny dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: «Elí, Elí, Lemá sabachtáni?». To znaczy: «Boże mój, loże mój, czemuś Mnie opuścił?». Słysząc to, niektórzy ze stojących tam mówili: «On Eliasza woła». Zaraz też eden z nich pobiegł i wziąwszy gąbkę, napełnił ją octem, ułożył na trzcinę i dawał Mu pić. Lecz inni mówili: «Poczekaj zobaczymy, czy przyjdzie Eliasz, aby Go wybawić». A Jezus raz jeszcze zawołał donośnym głosem i wyzionął ducha.

Amerykański pisarz i myśliciel Joseph Campbell, choć wychowany w wierze katolickiej, był także zagorzałym krytykiem wyolbrzymiania przez chrześcijan cierpienia w drodze do Boga. Badając symbole religijne zauważył wśród wielu twórców krucyfiksów masochistyczne nastawienie do człowieka i świata. Tuż przed śmiercią, w roku 1987, trafił do katolickiego szpitala. W jego szpitalnej sali wisiał zupełnie inny krzyż od tych, które widział do tej pory. Krzyż ten przedstawiał Chrystusa z rozłożonymi w geście triumfu rękami. Jak wspomina jego żona, Jean Erdman, kiedy Joseph zobaczył ten krzyż, wyznał: „To jest krucyfiks, który miałem nadzieję zobaczyć przez całe moje życie”.

Dziś, tak samo jak w Niedzielę Palmową, znów słyszę wołanie Jezusa: „Elí, Elí, Lemá sabachtáni?” – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Przed kilkoma dniami uświadomiliśmy sobie, że to wołanie wciąż trwa, bowiem właśnie te słowa każdego dnia wykrzykują miliony ludzkich istnień na całym świecie, także nasi bliscy, żyjący obok nas, często bardzo blisko, pod jednym dachem.

Krzyże i krzyżyki, zarówno te kościelne – złote i pięknie zdobione, jak i te malutkie, noszone na piersiach, czy też te zwyczajne, wiszące na ścianach lub stojące przy drogach – one wszystkie przypominają mi o tym dramatycznym wołaniu tak wielu moich sióstr i braci. Patrząc na krzyż, uświadamiam sobie, że obok mnie żyją ludzie, którzy wołają „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”, których głosu nie słyszę. A kiedy ze smutkiem w sercu spoglądam na krzyż, rodzi on we mnie pytanie: „Co robię, by ulżyć im w cierpieniu?”.

Krzyż, gdy na niego spoglądam, przepełnia mnie żalem z powodu cierpienia Chrystusa oraz zasmuca z powodu moich własnych przewinień. Jednak to nie Jezus potrzebuje mojej litości. Potrzebuję jej ja. Chciałbym, żeby krzyż rodził we mnie skruchę, ale nie taką, która objawia się potokiem łez, szlochaniem i zawodzeniem, lecz skruchę, która prowadzi do nawrócenia, a więc zachwytu nad miłością Boga do mnie, która to miłość najbardziej została udowodniona właśnie w śmierci Jezusa na Krzyżu.

Dziś, kiedy wpatruję się w krzyż, uświadamiam sobie, jak wielką miłością ukochał mnie Bóg. Na ten dar nie można odpowiedzieć inaczej, jak tylko miłością. Wpatrując się w krzyż, widzę na nim Jezusa, który wygrywa, zwycięża, triumfuje. Uświadamiam sobie, że niezależnie od tego, jak wielki i ciężki jest mój krzyż – choroby, zdrady, odrzucenia, samotności, depresji, grzechu, lęku – i jak bardzo przenikliwe, rozdzierające serce jest moje wołanie: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”, również ja mogę wygrać, zwyciężyć i triumfować. Muszę tylko być wierny Bogu, jak wierny do końca był Chrystus. Wierny, to znaczy dochowujący wiary, związany z Nim uczuciowo, oddany i ufny. Patrząc na Chrystusowy Krzyż, mam pewność płynącą z wiary, że ani w życiu, ani w śmierci nie spotka mnie coś, co musi odłączyć mnie od Boga. Pod warunkiem, ze sam tego odłączenia nie zechcę.

Gdy budzę się rano…

 mówię:
jak celnik Zacheusz będę rozdawać,
jak Szymon będę nosić krzyże innych,
jak Weronika będę ocierać twarze,
jak Szczepan dam się kamienować,
jak Jezus na krzyżu będę przebaczać,
jak Franciszek będę kochać.


Wieczorem spoglądam w lustro…

 widzę:
Adama, który dopiero co zjadł owoc,
Kaina, który dopiero co zabił,
Judasza, który dopiero co zdradził,
Piotra, który dopiero co się zaparł,
Piłata, który dopiero co obmył ręce
i zasypiam
na mokrej od łez poduszce.

 

A w nocy…
przychodzi Jezus i pyta:
Miłujesz Mnie?
 

(Modlitwa znaleziona w brewiarzu śp. ks. abp. Józefa Życińskiego)

comments

Leave a Comment