Kościół w społeczeństwie posttotalitarnym

Wystąpienie na Synodzie Biskupów w Rzymie (1991)

O ile dobrze rozumiem, zostaliśmy tu zgromadzeni po to, aby przed­stawić na użytek członków Synodu Biskupów, z całym dostępnym nam obiektywizmem, to, co wiemy, bądź sądzimy, że wiemy, na temat sytu­acji Kościoła w kulturze dzisiejszej Europy. Niech mi więc będzie wol­no zrobić przede wszystkim dwie uwagi.

Jest rzeczą niemożliwą zatrzymać się nad niuansami; trzeba pod­kreślić te punkty, które rzucają się w oczy, i zająć raczej tym, co nas tra­pii, niż tym, co nas zadowala.

Nie mówię tutaj wyłącznie we własnym imieniu ani też w imię- niu polskiego laikatu. Przygotowując ten tekst, korzystałem z wielu dyskusji, w których linie podziału nigdy nie przebiegały między laikatem a duchowieństwem, lecz po prostu między różnymi punktami widzenia.

* * * 

Mo}e wystąpienie ma za przedmiot „Kośćół w społeczeństwie totalitarnym”. Jakie są więc rysy charakterystyczne tego społeczeństwa?

Odwaga, uparty wysiłek i solidarność tych, co walczyli z totalizmem, to sprawy wielokrotnie już opisywane. Znana jest też decydująca rola, jaką odegrał w tej walce Kościół, tworząc przestrzeń wolności nie tylko dla wiernych i rozumiejąc, że jego własne wolności mogą być ocalone tylko w ścisłej zależności z poszanowaniem praw człowieka. Dziś wszelako należy rozumieć to, co się dzieje w społeczeństwach uwalniających się spod komunistycznego jarzma i jaka mogłaby być rola w momencie, kiedy walka – jak wolno może sądzić – dobiega końca i kiedy poglądy zaczynają się nie tylko różnicować, ale wręcz rozchodzą się i nawet się sobie przeciwstawiają?

Powiedzmy bez ogródek: ślady, jakie wyżłobił komunizm w po­stawach i zachowaniach ludzi, nawet tych, którzy walczyli o wyzwo­lenie człowieka i społeczeństwa spod totalitarnego ucisku, są dużo głębsze niż można to było sobie wyobrazić wówczas, gdy jeszcze toczyła się wałka.

Być może przyda się tutaj rozróżnienie trzech elementów:

  1. Cechy, które już dawniej charakteryzowały społeczeństwo – zamiecione pod dywan bądź zamrożone przez półwiecze – pojawia – ją się nagle w pełnej krasie wraz ze stopnieniem Jodów. Tym żyw­sze, że przez cały ten długi okres nie czyniono nic, aby je rozpoznać i zmieniać; Niemcy wschodnie z ksenofobią skinheadów dostarcza­ją tu jaskrawego przykładu. Ale po trosze wszędzie szczęśliwy po­wrót do narodowej tożsamości, wreszcie oswobodzonej, grozi we­dle zasady wahadła ześlizgnięciem się w prymitywny szowinizm.
  2. Cechy, które wychodzą na jaw w sytuacji, kiedy po półwieczu przymusowego postu można się wreszcie oddać „wielkiemu żar­ciu” (nawet jeśli w gruncie rzeczy nie jest ono znów takie wielkie). Być może jest to sposób na powrót do normalności: ileż dosadnych przykładów przynosi nam każdy dzień w postaci przedziwnych interpretacji tego, czym jest wolna konkurencja, używanie własności prywatnej, tak zwane prawa rynku/ Dobrze zdajemy sobie sprawę, ze podobne problemy mogą się pojawić wszędzie, a Je na Wschodzie [Europy] brak jest jeszcze instytucjonalnych ram, które niemal au­tomatycznie wyhamowałyby pewne nadużycia.
  3. Przejdźmy wreszcie do trzeciego zespołu cech, charaktery- żujących społeczeństwo posttotalitarne: chodzi o cechy nabyte, by tak rzec po drodze. Być może najbardziej znamienna z nich pole- na ogólnej nieufności wobec ludzi i instytucji. Nazwano mar­ksizm „systemem podejrzeń”. Ten system nauczył nas (zwłaszcza poprzez swoją własną praktykę), że pod przykrywką pięknych słów, zakłamanych pochwał bądź tak zwanej braterskiej krytyki, kryje się zawsze samolubny interes, jakiś wróg, czyhający tylko na dogodną chwilę, by powiedzieć: „wynocha stąd, teraz kolej na mnie”, bądź po prostu kłamstwo „taktyczne”, bowiem ostrożność nakazuje po­sługiwanie się darem słowa dla ukrywania myśli. Jednym z czyha­jących na nas wrogów jest rząd, jakikolwiek by był: zawsze próbuje nas obedrzeć z tego, cośmy z takim trudem zdobyli czy zachowali, toteż naszą reakcją poprawną moralnie jest rząd wykiwać, nie dając się przyłapać na gorącym uczynku.

Obok nieufności trzeba wymienić jeszcze dwie cechy. Najpierw przedziwny legalizm biurokratyczny, odwołujący się do nieskoń­czonej liczby paragrafów, w dodatku często sprzecznych, a służą­cy temu, by nie ponosić odpowiedzialności za własne decyzje, na­wet jeśli doskonałe wiadomo, że prawo zostało skonstruowane dla umocnienia władzy monopartii i w taki sposób, aby każdy mógł być uznany za przestępcę.

Ostatnia cecha dotyka bezpośrednio centralnej tajemnicy syste­mów totalitarnych, czegoś, co można nazwać kluczem. Oto jeden jedyny klucz, pozwalający rozszyfrować całą historię, dostarczający metody wszystkim naukom: co za ułatwienie, nawet jeśli w końcu wiadomo, że klucz jest nieskuteczny i fałszywy. Inny klucz otwie­ra wszystkie drzwi i umożliwia wszelkie kariery bez najmniejszego związku z naszymi kompetencjami czy z jakością naszej pracy. Wystarczy znać hasło, należeć do mafii. Ponieważ klucz partyjny utra­cił swoją magiczną moc, trzeba znaleźć jakiś inny klucz: bywa nim, niestety, etykieta chrześcijańska.

* * *

Ten nieco karykaturalny obraz, jaki pozwoliłem sobie przedstawić, nie jest bynajmniej opisem jakiejś określonej grupy społecznej czy etnicznej. Jest próbą wydobycia pewnych cech, które w moim konaniu charakteryzują wszystkie społeczeństwa posttotalitarne, a zwłaszcza postkomunistyczne.

W takim to właśnie społeczeństwie przyszło dziś Kościołowi kontynuować swoją misję.

Z takim dziedzictwem będzie on miał, między innymi, do czy­nienia.

Jego zadanie będzie więc, jak sądzę, podwójnie trudne. Z jed­nej strony, kierowane są pod adresem Kościoła instytucjonalnego ogromne oczekiwania, wymagania i nadzieje – bez pomocy boskiej nie zdoła na nie odpowiedzieć. Rzecz jest tym trudniejsza, że wraz z odzyskiwaniem wolności słabnie lojalność wobec Kościoła do nie­dawna uciskanego; lojalność, która nie pozwalała na rozdrapywa­nie lub nawet na ujawnianie ran. Z drugiej strony, członkowie Koś­cioła są jednocześnie członkami społeczeństwa posttotalitarnego i tym samym nie mogą być całkowicie wyłączeni z tego dziedzictwa, które próbowałem opisać. Przypomnijmy tutaj wybrane elementy tej diagnozy: nieufność wobec wszelkiego stanowiska krytycznego, zwłaszcza nieufność wobec tych, co nie posługują się obecnymi ha­słami-kluczami, mianowicie etykietami chrześcijańskimi w dziedzinie politycznej. Do tego autokrytyczny i scentralizowany biurokatyzm, pożądanie dóbr tego świata przy niedostrzeganiu potrzeby P cy dla ich osiągnięcia i rozhuśtany nacjonalizm.

Przy tym zbyt często zapomina się o dwóch kwestiach: przede wszystkim, że wprawdzie Kościół niekiedy w sposób godny podziwu zastępował naturalne funkcjonowanie różnych instytucji wówczas, gdy społeczeństwo było ich pozbawione, ale trzeba to widzieć jako wyjątek, nie jako regułę. Nie należy też tracić z oczu faktu, że także społeczeństwa posttotalitarne, aczkolwiek niezgrabnie, stają się jednak pluralistyczne: właśnie w ten sposób uwalniają się od totalizmu.

Przechodząc do konkluzji, wiem, że nie do mnie należy szafowanie dobrymi radami. Jednakże ponieważ czuję się w maleńkiej cząstce współodpowiedzialny, tak jak i wszyscy ochrzczeni, za przyszłość Kościoła, zwłaszcza w moim kraju, powiem tu jakie są moje – i nie tylko moje – nadzieje. Streszczę je w trzech punktach.

Punkt pierwszy: Kościół musi przede wszystkim przeciwsta­wiać się kłamstwom, krętactwom i obłudzie. Kościół powinien gło­sić prawdę mówioną bez ogródek, bez lęku, bez przesadnej troski o „iopportunum”, co grozi popadnięciem w oportunizm. Papież Jan Paweł II powiedział w swojej ostatniej encyklice Centesimus annus (1991), że nawet spójność i logika nauczania, tak cenna, jest osta­tecznie mniej ważna niż świadectwo, jakie poprzez konkretne dzia­łanie daje się prawdzie.

Punkt drugi. Przypomnę raz jeszcze Centesimus annus, gdzie znajdujemy inne równie ważne stwierdzenie. We wzorach politycz­nych, społecznych czy kulturalnych, tak jak w ich realizacjach, ni­gdy nie występują rozwiązania idealne. Wszystko, co czynimy, jest naznaczone naszą słabością, i zależy od potrzeb czasu i miejsca. Prowadząc nieustanny dialog z bliźnimi, musimy być uwrażliwie­ni na każdy fragment prawdy, mając zarazem (i tu cytuję kardynała Ratzingera) „odwagę naszej niedoskonałości”. Oto co znaczy mó­wić językiem antytotalitarnym; bowiem klucz totalitarny zmajstro­wany został z różnych pewników, a najważniejszy jest pewnik włas­nej doskonałości.

Punkt trzeci. Jeszcze jeden cytat z Ojca Świętego, doskonale znany, pochodzący z Jego pierwszego przemówienia: „Nic bójcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi”.

W ten sposób dochodzę do sedna naszego tematu i powinienem właściwie zacząć nowy rozdział w chwili, gdy trzeba kończyć. Myślę o postawie hierarchii wobec kultury (rozumianej tym razem w wąskim znaczeniu). W najtrudniejszej epoce Kościół miał w tej dziedzinie niezrównane zasługi: podczas stanu wojennego przeżyliśmy w Polsce opatrznościowe zbliżenie między artystami, pisarzami, duchowieństwem i wiernymi. Można było sądzić, że wielowiekowa szczelina oddzielająca kulturę od Kościoła zostaje w cudowny sposób zasypana. To nie mogło dziać się nadal z takim samym zapałem, ale jednak… Jakimiż szalonymi nadziejami karmiliśmy się!

Dzisiaj ten kapitał, niestety, ulega roztrwonieniu, mógłbym na to podać dziesiątki przykładów. Zapewne część winy spoczywa na ludziach kultury: wiadomo, że jest to genus irritabile. Ale ze strony władz kościelnych widzę dzisiaj często politykę nie tyle ostrożno­ści, co lęku. Być może jest to tylko aspekt bardziej ogólnego leku, jaki w Kościele wzbudzają niekiedy świeccy, laicorum genus bestiale? Może też lęk rodzi się wobec ogromu zadań, zwłaszcza wycho­wawczych: jakże daleko jesteśmy wszyscy — i duchowni, i świec­cy — od rozeznawania się w problemach współczesnej kulturv. iak prymitywne i płytkie bywają nasze orientacje i działania w dziedzi­nie wiary! Oby nadchodzący Synod umiał bez różowych okularów spojrzeć w oczy tym faktom i wyciągnąć wnioski.

Wystąpienie w Watykanie na międzynarodowym sympozjum pt. Chrześ­cijaństwo i Kultura w Europie (28-31 X 1991) , które poprzedzało bezpo­średnio Synod Biskupów — Pierwsze Zgromadzenie Specjalne poświęcone Europie, zakończone 13 grudnia 1991 r. Teksty wystąpień przeznaczone były dla uczestników synodu.

Przedruk z ineditów za autoryzowanym tłumaczeniem z francuskiego Cezarego Gawrysia ukazał się w Tomie 4 Pism Wybranych Jacka Woźniakowskiego (Wydawnictwo Universitas 2014), maszynopis w archiwum rodzinnym Jacka Woźnia­kowskiego.

Ze strony władz kościelnych widzę dzisiaj często politykę nie tyle ostrożno­ści, co lęku. Być może jest to tylko aspekt bardziej ogólnego leku, jaki w Kościele wzbudzają niekiedy świeccy, laicorum genus bestiale? Może też lęk rodzi się wobec ogromu zadań, zwłaszcza wycho­wawczych: jakże daleko jesteśmy wszyscy — i duchowni, i świec­cy — od rozeznawania się w problemach współczesnej kulturv. iak prymitywne i płytkie bywają nasze orientacje i działania w dziedzi­nie wiary! - mówił Jacek Woźniakowski podczas wystąpienia na międzynarodowym sympozjum w Watykanie.
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

Dodaj komentarz