Posted on: 4 sierpnia 2012 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 1

Pisać o Korczaku zaczynając od śmierci? Upał lipcowy/sierpniowy, niedawny (22 lipca) warszawski marsz życia drogą z Umschalplatz do Domu Sierot (czyli przed Płac Kultury), upamiętniający początek akcji wywózki do komór gazowych, zbliżający się 5 (6) sierpnia, kiedy do wagonów załadowano dzieci z sierocińców i internatów wraz z wychowawcami, także z Domu Sierot Korczaka, legenda jaka się z tym wiąże – to wszystko skłania by zacząć od końca…
Z książki Joanny Ronikier – najlepszej i najpełniejszej jak dotąd biografii Korczaka – dowiadujemy się, że właściwie nie wiadomo, jak wyglądał ten ostatni marsz. Mówią o tym i naoczni świadkowie i ci, co tylko słyszeli… Mówią, że niósł najmłodszych dwoje dzieci, albo że je trzymał za ręce, że na przedzie szedł 12-letni skrzypek i grał, a dzieci śpiewały piosenkę, że nieśli sztandar zielony, że szli karnie czwórkami (szóstkami), że wzbudzili szacunek i zdumienie hitlerowców, którzy nie ingerowali brutalnie (jak zwykle) w ten niezwykły przemarsz; to znów, po latach, naoczny świadek powiada, że nic podobnego, Korczak dzieci nieść nie mógł, bo bardzo był schorowany i słaby, nogi miał opuchnięte, serce chore, wyczerpany był skrajnie fizycznie i psychicznie (a czytając „Pamiętnik” musimy się z nim zgodzić); że żadnego tam śpiewania i grania nie było, dzieci smutne, zrozpaczone, pędzone tak samo, jak wszystkie z sierocińców i internatów.

Jedni mówią, że dzieci wsadzał do wagonu sam Doktor, delikatnie, nie dopuścił do bicia i poganiania, a hitlerowcy stali w milczeniu; inni, że wsiadł pierwszy, żeby dzieci zachęcić i że nie udało mu się uchronić przed brutalnością ani dzieci, ani siebie. Opowieści jest wiele, czasem sprzecznych. Powtarza się w większości relacji motyw taki: upał, dzieci z sierocińca karniej niż inne wychodzą przynajmniej w drogę, że ubrane są w odświętne niebieskie bluzy, co je wyróżnia z tłumu na Umschlagplatzu. Niektórzy zaprzeczają i temu. Jak więc to było? Jak szedł na śmierć Korczak, wychowawcy i 200 żydowskich dzieci z Domu Sierot?

Pierwszą książką jaką przeczytałam na ten temat (we wczesnym dzieciństwie) była niewielka broszurka Jana Piotrowskiego „Ojciec cudzych dzieci”, wydana w 1946 roku w łódzkim wydawnictwie „POLIGRAFIKA” (autor – poeta, redaktor pisma „Antena”, pracownik warszawskiej rozgłośni radiowej przed wojną, zaprzyjaźniony był osobiście z Korczakiem podczas nagrywania audycji „Gadaninki Starego Doktora”). Teraz do niej wracam. Chcę do niej się odwołać, bo była to bodajże pierwsza spisana relacja o słynnym marszu korczakowskich sierot na Umschagplatz. (Piotrowski nie znał nawet Pamiętnika, wzmiankuje, że podobno będzie druk…)

Pełen patosu opis tego marszu pochodzi z felietonu pana Podkowińskiego (postać, której nie udało mi się zidentyfikować), wygłoszonego w Polskim Radiu, rozgłośni łódzkiej (rok 45, 46?).

Oto fragmenty: „…na czele szedł Korczak ze swa nieodłączną fajeczką (?), spokojny, pogodny. Dokoła niego zgrupowały się dzieci, które nie chciały opuścić swego mistrza i nauczyciela (…) Jeden z oficerów niemieckich podszedł do niego, proponując mu, by poszedł do domu, gdyż zwalnia go”. (Nie pamiętam gdzie, czytałam, że ten oficer szanował Korczaka, jako autora „Bankructwa Małego Dżeka”). Korczak odpowiada: „Precz mi z oczu, psie niemiecki! – zawołał – patrz, jak dumnie idą na śmierć małe, żydowskie dzieci… a ja miałbym je teraz opuścić? Nigdy! I żwawym krokiem wskoczył do wagonu”. Tyle Podkowiński.

Piotrowski zamieścił też w swojej broszurce wiersz poety getta, Władysława Szlengla, napisany „na gorąco” po wywiezieniu Korczakowskiego Domu Sierot; (nie wiadomo jednak, czy Szlengel widział słynny pochód na własne oczy, czy przekazał krążąca już legendę-sam zginął w Powstaniu w getcie).

Janusz Korczak szedł prosto na przedzie
Z gołą głową z oczami bez lęku
Za kieszeń trzymało go dziecko
dwoje małych trzymał na ręku.

Ktoś doleciał, papier miał w dłoni
Coś tłumaczył i wrzeszczał nerwowo:
– Pan może wrócić, jest kartka od Branda-
Korczak niemo potrząsnął głową.

Nazbyt wiele im nie tłumaczył
Tym co przyszli tu z łaską niemiecką:
Jakże włożyć w te głowy bezduszne,
co znaczy samo zostawić dziecko…

Tyle lat…w tej wędrówce upartej,
By w dłoń dziecka kulę dać słońca,
Jakże teraz zostawić strwożone,
Pójdzie z nimi dalej…do końca.

Jak więc było? Tyle relacji, ilu ludzi. Pewnie każdy widział troszkę inaczej. Niemniej ten wczesny, może zbyt idealny i patetyczny obraz nakreślony w broszurce tuż po wojnie, ujmuje swoim idealizmem. Darujmy Szlenglowi tych dwoje dzieci niesionych przez cała drogę na rękach (zupełnie niemożliwe… wszystkie dzieci miały powyżej 4 lat!). Darujmy nawet panu Podkowińskiemu tę fajeczkę (której Korczak chyba nie palił, a w każdym razie na pewno nie była „nieodłączna”). Obraz ten nie jest sprzeczny z całym życiem Doktora, z jego skupieniem na dziecku, z jego szaleńczą odwagą podczas wojny i lekceważeniem nieludzkich jej praw – nie nosił opaski, chodził w mundurze polskiego oficera, a gdy przy przekraczaniu przez Dom Sierot bramy getta strażnicy zarekwirowali dzieciom dwa wozy ziemniaków – poszedł na skargę do pałacu Blanka, w samo serce niemieckiej administracji, w tymże mundurze i bez opaski i oświadczył, że jest Żydem. (Cudem nie zginął na miejscu, tylko odsiedział swoje.)

My dziś, w dobie odbrązawiania słynnych postaci, w dobie szukania ich ludzkich małostek i braków – aby pełniej ukazać osobowość – reagujemy niesmakiem na takie przesadnie patetyczne, a w dodatku nieudokumentowane relacje. Lecz wówczas, tuż po wojnie (u Szlengla w czasie wojny, w opustoszałym getcie) niezbędny był życiodajny patos. Uszanujmy to. Nawet jeśli sam Korczak by tego nie zaakceptował.

Być może zresztą do końca łudził się, że jadą „na Wschód” i starał się w tych wywózkach znaleźć jakiś sens, jakiś porządek, jakiś cel: niemożliwe wydawało mu się, żeby celem była po prostu taka – wszystkich – zagłada.

Fragment z ostatnich stron „Pamiętnika”: „ Taki przejrzysty plan: Deklarujcie się, wybierajcie. Albo w drogę, albo praca na miejscu. (…) Kto się chce wyłgać, tego przyłapiemy, kto chce się wykupić, chętnie zabierzemy jego biżuterię, dewizy, wszystko (…) Kiedy już odda ostatnie znowu go zapytamy: Czy tu czy tam? Byle nie brydż i nie miła drzemka po przeczytanej gazecie. (…) Żydzi na Wschód. Tu już nie ma targów. Nie o babkę żydowską chodzi, ale o to, gdzie jesteś potrzebniejszy, Twoje ręce, myśl czas, życie. (!) Babka to babka, trzeba było znaleźć jakiś punkt zaczepienia, jakiś klucz, jakieś hasło. Nie możesz na Wschód, umrzesz tam. (!) Wiec wybieraj inaczej. Musisz sam i musisz zaryzykować. (…) My Niemcy (…) jesteśmy żelaznym walcem czy pługiem, czy sierpem. Byle z tej mąki był chleb. A będzie, jeśli przeszkadzać nie będziecie. Zawadzać nie będziecie. Skomleć, denerwować, zapowietrzać (…) Żydzi zasłużeni. I zdolności i Mojżesz i Chrystus, i pracowitość, i Heine, i stara rasa, i postęp i Spinoza (…) wszystko to prawda. Ale oprócz Żydów też ktoś i też coś jeszcze. (…) Wam ciężko, ale i nam niełatwo (…) Musisz, bracie wysłuchać programową mowę Historii o nowej karcie.”

Nie do wiary, że ten tekst powstał 27 lipca, po pięciu dniach horroru w getcie, pięciu dniach wywózek, łapanek, strzelaniny, pięciu dniach, które zabrały ponad 30 tys. ofiar. Więc może wierzył w to do końca? Może uszeregował dzieci i szedł z nimi tak karnie, bo nie chciał „przeszkadzać, zawadzać, skomleć, denerwować, zapowietrzać”? A może w ostatniej dopiero chwili pojął straszliwa prawdę? On jeden? I co miał wtedy zrobić? Więc nawet jeśli zrozpaczony, bez nadziei, z czarnym sercem, zdruzgotany niewiarygodną rzeczywistością, która do niego dotarła okłamał dzieci? Nawet jeśli przybity, schorowany, stary człowiek, szedł ledwie powłócząc spuchniętymi nogami, nawet jeśli ledwie mógł wspiąć się na schodki wagonu, nawet jeśli nie miał już siły wydobyć głosu, a co dopiero wrzasnąć na oficera! Nawet, jeśli osunął się na podłogę uderzony pejczem – uszanujmy ten tuż powojenny obraz dumnego siłacza, w jego młodzieńczym skoku do wagonu. Bo naprawdę nie chodzi o to, jak było TEGO DNIA, w TEJ CHWILI. Chodzi o to, jak było całe życie.

A taki obraz, jaki został przekazany w wierszu Szlengla, w audycji Podkowińskiego, w książeczce Piotrowskiego wnosił w znękane serca nadzieję; owo pełne pasji i dumy „psie!” (wcale nie sprzeczne z cała życiową postawą Doktora) – leczyło nagromadzoną bezsilną rozpacz i agresję, tych, którzy stracili bliskich w sposób bezsensowny, absurdalny, koszmarny.

Na cóż opowiadać o złamanym, osamotnionym w nagłym przebłysku świadomości starcu, który umierał ze świadomością, że na nic wszystkie jego trudy, że tak chronione dotąd dzieci właśnie giną straszną śmiercią, że to wszystko jest jakimś koszmarnym absurdem i że nikomu i nigdzie ani on, ani jego dzieci nie są potrzebne…

Przecież to nieprawda. Przecież w końcu to on zwyciężył. Przecież jest nam tak bardzo potrzebny!!!
Niech więc ten patetyczny obraz śmierci Króla Dzieci, nawet jeśli niemożliwy – pozostanie w nas jak przesłanie zwycięstwa. Moralnego zwycięstwa.

P. S. Osobno należny się zastanowić nad faktem, ze 18 lipca wystawiono w Domu Sierot „Pocztę” Rabindranatha Tagore. Sztukę, która była przejrzystą analogią do sytuacji dzieci w getcie, sztukę, która mówi o śmierci dziecka jak o wyzwoleniu… więc wiedział jednak?

Zostawmy ten cichy, porażający zakamarek jego duszy, zostawmy Mu jego tajemnicę…

Jolanta Elkan-Wykurz

comments

1 people reacted on this

Leave a Comment