Posted on: 30 lipca 2018 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

Istnieje tzw. „prawo Godwina”, które mówi: „Wraz z trwaniem dyskusji w Internecie, prawdopodobieństwo przyrównania czegoś lub kogoś do nazizmu bądź Hitlera dąży do 1.” To jest tzw. „reductio ad Hitlerum”, ostateczny argument mający pogrążyć adwersarza poprzez porównanie jego poglądów i postawy do nazizmu i jego wodza.

Taki zabieg erystyczny nie bez racji jest uznawany za nadużycie, jeśli ktoś pragnie być uczciwy, winien takiego argumentu unikać. Czym innym jest jednak sięganie do tych lat, gdy w Niemczech załamywał się demokratyczny ład polityczny i społeczny, poszukiwanie w tamtych wydarzeniach lat 20-tych i 30-tych XX w. wartościowych odniesień dla nas, tu i teraz. Nie ma lepszego zwierciadła, w którym możemy obejrzeć rzeczywistość władzy i społeczeństwa rozpiętych pomiędzy demokratyczną swawolą i autorytarnym porządkiem niż tamta epoka. Pełna, totalna kontrola nad państwem i społeczeństwem była wówczas możliwa nie tylko w wyniku zastraszenia, ale przede wszystkim za sprawą konformizmu, który zawładnął wieloma, skądinąd nieprzekonanymi do nazizmu obywatelami Niemiec. Jeśli opór przeciw działaniom władzy zdaje się pozbawiony sensu, jeśli społeczeństwo ufa i popiera to co dla nas jest niszczeniem demokratycznego ładu, jeśli czujemy się coraz bardziej wyobcowani, samotni, nierozumiani, to może lepiej odpuścić, albo się przyłączyć. Klasyczna sytuacja „ketmana”, jak pisał Miłosz w „Zniewolonym umyśle”, rozdzielenia tego co uznajemy za słuszne w sferze prywatnej od tego co akceptujemy w sferze publicznej. Nie mam wątpliwości, że wielu rozsądnych ludzi PiSu musi dziś praktykować „ketmana”.

Takie myśli przychodzą mi do głowy gdy obserwuję ostatnie zdarzenia związane z uchwaleniem ustawy o Sądzie Najwyższym i społeczne reakcje na wszystkie, wręcz do nieba o pomstę wołające, działania władzy. Owszem, wychodzą na ulice setki osób, skandują „wolne sądy”, nawet narażają się na kontakt z gazem łzawiącym, ale poza wymiarem świadectwa nie ma to większego znaczenia. Nie deprecjonuję aktu sprzeciwu nielicznych, to szczególne świadectwo stanąć przeciw władzy, która cieszy się poparciem społeczeństwa, stanąć w imię zasad zapomnianych przez większość. To nie jest żadna sztuka stawiać opór władzy powszechnie nieakceptowanej, prawdziwym bohaterstwem jest powiedzieć „nie” w imię zasad, nawet jeśli skazuje to na wyobcowanie. Młodzi ludzie z „Białej Róży”, rodzeństwo Scholl byli dla mnie zawsze archetypem heroizmu znacznie wyrazistszym niż ich rówieśnicy z Szarych Szeregów. Znów „reductio ad Hitlerum”, cóż na to poradzę.

Nie mam najmniejszego zamiaru sugerować, że zamiarem obecnej władzy jest budowanie jakiejś totalitarnej rzeczywistości. Od ograniczania niezawisłości władzy sądowniczej do Dachau droga daleka. Inna jest Europa, inna Polska, inne Niemcy. Historia nie powtarza się tak łatwo jak mówi utarty bon mot. Jedno jest wszelako nieprzemijające, siła konformizmu, pokusa bierności, przekonanie o własnej niemożności. Przecież nawet w Niemczech, w 1932 r., w przededniu dojścia nazistów do władzy byli oni w stanie osiągnąć w wyborach najwyżej niespełna 40% głosów, większość społeczeństwa ich nie popierała. Cóż z tego, skoro potrafili oni wytworzyć wrażenie własnej determinacji i sprawczości, rozbudzić społeczne lęki, przekonać do swej mocy, narzucić swój język i agendę zadań.

Dziś tamten mechanizm się powtarza, wielu z nas uwiedzionych skutecznością i brakiem wahań obecnej władzy, podporządkowuje się, a przynajmniej traci wiarę w sens jakiegokolwiek oporu. Emigracja wewnętrzna a’la Herbert w latach 50-tych zdaje się najlepszym rozwiązaniem. Kieliszek wina w gronie przyjaciół, rozmowy, lektura, wędrówki po górach, jeśli nikt nam tego nie odbiera, to wystarczy. Inni, szczególnie z młodszego pokolenia, przypominają żabę ze znanej anegdoty. Jak najłatwiej ją ugotować? Włożyć do zimnej wody i łagodnie podgrzewać. Żaba się nie zorientuje, a gdy będzie już tak gorąco, że zagrozi to jej życiu, nie zdoła wyskoczyć i się ugotuje. Być może jesteśmy już poza punktem gdy można było jeszcze wyskoczyć…?

Naszym problemem jest chyba brak społecznej akceptacji dla demokratycznego porządku i zaufania dla jego instytucji. I tu znowu narzuca się analogia do Niemiec początku lat 30-tych. Dlaczego społeczeństwo Republiki weimarskiej okazało się tak nieodporne na wyzwania wielkiego kryzysu ekonomicznego, który wówczas prowadził do nędzy miliony ludzi w krajach Zachodu? Amerykanie, Francuzi, Brytyjczycy, podobnie jak Niemcy dotknięci skutkami tamtej zapaści, nie wymówili lojalności swym państwom, nie dali posłuchu demagogom, nie poparli antydemokratycznych, totalitarnych ruchów. Stało się tak w wyniku trwałości demokratycznych instytucji, siły kapitału społecznego, zaufania do państwa, wszystkiego czego zabrakło w ówczesnych Niemczech. Demokracja Republiki Weimarskiej okazała się niezdolna do stawienia czoła wyzwaniu kryzysu, społeczeństwo uciekło od wolności do zacisznej zagrody totalitaryzmu. Zacisznej – do czasu… Obawiam się, że jesteśmy dziś w podobnej sytuacji. Nasza demokracja i jej instytucje nie są dla polskiego społeczeństwa wartością samą w sobie, niewielu dostrzega związek między własną, codzienną egzystencją a niezawisłością władzy sądowniczej, czy funkcjonowaniem parlamentu. I tak dzień po dniu, krok po kroku, wśród obojętności tłumów idziemy ku systemowi, w którym wolność będzie oznaczać co najwyżej uświadomioną konieczność.

Szczerze mówiąc, niewielką mam nadzieję na jakieś powszechne przebudzenie. Nie wierzę tym wszystkim głosom, które w każdym etapie niszczenia liberalnej demokracji widzą początek końca obecnej władzy. Jak dziś pamiętam triumfujące oblicze Stefana Niesiołowskiego, który już w 2006 r. gdy ujawnione zostały kompromitujące nagrania rozmów, które prowadziła Renata Beger z Adamem Lipińskim w sprawie swego mniemanego przejścia do PiS, mówił: „to koniec PiSu”. Ja póki co żadnych symptomów powszechnego sprzeciwu wobec obecnie rządzącej formacji nie dostrzegam. Jedno co może dawać nadzieję to znowu historia. Poczytajmy „Dzienniki” Stefana Kisielewskiego „Kisiela”, szczególnie ich fragmenty z drugiej połowy lat 70-tych. Kisiel pomstuje na rodaków, zarzuca im obojętność, konformizm, sugeruje, iż poddali się komunistycznej władzy, nie widzi szans na żadną szybką odmianę. Jeździ rowerem po Warszawie, patrzy na ludzi i nie czuje z nimi żadnej wspólnoty. Tymczasem już niedługo przyszedł Sierpień’80 i „karnawał Solidarności”, nawet Kisiel tego nie przewidział… Może zatem konformizm i obojętność jest tylko doraźnym kostiumem, pod którym kryje się odwieczny duch wolności? Może…?!    

comments

Leave a Comment