Posted on: 15 stycznia 2018 Posted by: Barbara Niedźwiedzka Comments: 0

Na całego, z dwoma pianistkami, dwoma gitarzystami i skrzypkiem. Z zapałem. Nawet jak nie znaliśmy słów kolejnych zwrotek (niektóre znał chyba tylko Kazimierz Urbańczyk), nawet jak mruczeliśmy niewyraźnie ich początki, rekompensując te oszustwa śpiewaniem pełnym donośnym głosem znanych wszystkim refrenów.

Było domowo. Trochę na luzie. Rzutnik z tekstami za nic nie chciał współpracować, ale tym mało kto się przejął. Wszyscy w końcu umieją śpiewać w grupie, nawet dwudziestą zwrotkę znanej pieśni. Były życzenia i serdeczne „ziemskie” prezenty imieninowe dla Księdza Adama. Chyba sprawiły mu przyjemność, bo zaglądał do pudełka ciekawie. Zebrani chciwie patrzyli, czy się cieszy, chcieli, żeby się ucieszył, może nawet żeby podskoczył jak dziecko, żeby prezent był trafiony i miły. W każdym razie ja miałam takie myśli.

A potem jedni chcieli, jak zawsze, wydrzeć z Księdza Adama odpowiedzi i komentarze do tego co się dzieje, w polityce, w kościele. A inni wręcz przeciwnie – chcieli aby trwał Bożonarodzeniowy nawias, pogodny nastrój, żeby można nadal nie myśleć o tym co złe, co drażni, w co na dodatek trzeba się angażować. Kolędowanie i składanie sobie życzeń: oby ten nowy rok był lepszy! Chwilo trwaj.

A ja chciałam i tak i tak. Ani całkiem nie mogłam zadowolić się samym kolędowaniem, ani tak naprawdę nie chciałam powtórki tych wszystkich dręczących nas pytań: o migrantów, o zaangażowanie kościoła w obecną politykę, o jego kondycję, o to wszystko, na co nie ma ani czarnych ani białych odpowiedzi. I tak zostałam w takim zawieszeniu, w jakimś niedosycie, zagubieniu. Jak Kłapouchy rozmyślający nad pękniętym balonikiem, nie wiedząc, czy cieszyć się czy martwić prezentem.

Kolędowanie. Pięknie i miło, ale przecież mieliśmy na sali człowieka, który może jest bliżej tych odpowiedzi. Może wie więcej, może coś wyjaśni, może nawet uchyli jakieś kotary, pozwoli za nie zajrzeć. Przed którym też, co psychicznie pożyteczne, można wylać co jakiś czas żale na instytucjonalny kościół, i obserwować jak go broni… choćby po to aby uczyć się, jak go bronić, w potrzebie.

I tak kłapouchowałam, aż przyszło do mnie kilka zdań, które Ksiądz Adam powiedział, jako swego rodzaju „słowo wstępne” spotkania.  Wydawało się, że trochę bez związku, trochę bez wyraźnej pointy. Szybko rozmyły się w życzeniach, kolędach. A teraz te właśnie słowa przyszły.

Przywołał obraz Jana Chrzciciela, który stał ze swoimi uczniami, i który na widok przechodzącego Jezusa powiedział „Oto Baranek Boży”. I na to uczniowie (którzy zapewne ufali Janowi skoro byli z nim, byli jego uczniami) z ciekawości, czy z potrzeby zrozumienia co te słowa tak naprawdę znaczą, poszli za Jezusem, a na jego pytanie: „Czego szukacie”, nie potrafili chyba sensownie odpowiedzieć, pewnie po prostu też i nie wiedzieli czego tak naprawdę szukają, więc zapytali: „Nauczycielu – gdzie mieszkasz?” A ten im na to odpowiedział: „chodźcie a zobaczycie”. I poszli… i zobaczyli gdzie mieszka… i zostali z nim.  (J 1,35)

Wracając do domu myślałam, dlaczego poszli? Przecież nie po to, żeby zobaczyć izbę, w której mieszkał. A nie zadawali innych pytań. Zaufali Janowi. Po prostu poszli. I zostali. Tego samego dnia zostali. Przecież nie dlatego, że spodobało im się to z pewnością ubogie miejsce. Musieli prawdopodobnie natychmiast zacząć rozumieć, że warto. Nawet jeżeli nie do końca rozumowo, raczej przezskórnie, intuicyjnie. Ale najpierw zaufali i poszli.

Może nie trzeba zadawać zbyt wielu pytań. Tylko zaufać i iść. I mieć nadzieję, że wątpliwości uzyskają prawdziwe proporcje, a rozwiązania znajdziemy.

Bardzo dziękuję Księdzu za ten obraz. Ja – kościół nieinstytucjonalny… zasnęłam spokojnie.

comments

Leave a Comment