Książka Mary Beard, historyczki starożytności, wybitnej popularyzatorki wiedzy historycznej i intelektualistki publicznej, jest zaproszeniem do krytycznego oglądu odziedziczonych przez nas i bardzo często nieuświadomionych wzorców myślenia o kobietach i ich roli w społeczeństwie. Jest też bardzo osobistym świadectwem kobiety wciąż zmagającej się z wezwaniami, aby „siedziała cicho”.

Jako osoba o dość zdecydowanych poglądach na kwestię równouprawnienia kobiet, a nawet nie odczuwająca strachu wobec pojęcia gender, nie odbieram napisanego przez Mary Beard manifestu jako wystąpienia radykalnego. Dla każdego, kto czyta literaturę feministyczną i zna poruszane w niej problemy, zawarte w Kobietach i władzy dwa wykłady brytyjskiej autorki nie będą zaskakujące i szczególnie odkrywcze. Nie oznacza to jednak, że nie jest to książka ważna i warta lektury.

Doskonale wiemy – gdyż wskazują na to wszelkie statystyki – że mimo formalnie równego statusu, kobiety, nawet w rozwiniętych społeczeństwach zachodnich, wciąż zajmują mniej liczących się stanowisk w polityce czy gospodarce, że wciąż zarabiają mniej niż mężczyźni pracujący na porównywalnych stanowiskach, że nadal wiele kobiet, które spotkała napaść seksualna, boi się o tym mówić. Przyczyn tego stanu rzeczy upatrujemy w seksizmie, mizoginii i patriarchalnej strukturze społecznej. Innymi słowy, wiemy, że istnieje niesprawiedliwość, której źródła leżą w dużej mierze w sferze świadomości – przede wszystkim mężczyzn, lecz także i wielu kobiet, internalizujących narzucane im wzorce kobiecości. (Zapewne każdy zna kobiety, które lubią podkreślać, że nie są feministkami).

Jeśli diagnoza jest jednoznaczna, to problem stanowi odpowiedź na pytanie, jak tę sytuację zmienić? Niektórzy twierdzą, że konieczne jest wykonanie zdecydowanych kroków, na przykład przyjęcie prawnego wymogu parytetu płci przy układaniu list wyborczych do parlamentu bądź wymaganie, by taki parytet obowiązywał w zarządach przedsiębiorstw. Inni – w tym także niektóre kobiety – odbierają takie propozycje jako nienaturalne przyśpieszanie procesu równouprawnienia, który przecież w ostatnich stu latach niewątpliwie postępował. Zapominają przy tym, że ów proces nie dokonał się sam z siebie, ale był rezultatem nierzadko radykalnej walki politycznej kobiet upominających się o należne im prawa.

Aby jednak ta radykalna walka polityczna miała szansę na osiągnięcie trwałego sukcesu, konieczna jest równoległa praca na poziomie świadomości. I temu dziełu niewątpliwie sprzyjają takie publikacje jak Kobiety i władza. Mary Beard, zamiast odwoływać się do języka i sposobu argumentacji znanego z wielu książek feministycznych, które – definiowane właśnie jako feministyczne – spotkać się mogą z oporem u bardziej konserwatywnych czytelników, proponuje przystępną, bogato udokumentowaną przykładami narrację na temat sposobu traktowania kobiet i kobiecości w kulturze zachodniej. Sięgając do najważniejszych dla cywilizacji europejskiej tekstów antycznych dowodzi, że zawarte w nich wzorce i powtarzające się gesty uciszania kobiet wywierają przemożny wpływ na naszą współczesną świadomość.

Rzecz jasna, nawet takie, poparte przykładami i ugruntowaną wiedzą o historii twierdzenia dla wielu okażą się nie do przyjęcia. Brytyjski komik Stewart Lee relacjonował kiedyś swoją rozmowę z taksówkarzem-homofobem, któremu starał się przedstawić racjonalne argumenty na rzecz tolerancji. Co odparł nieprzejednany taksówkarz? „Cóż, wszystkiego można dowieść za pomocą faktów”.

Może więc wciąż nieprzekonanych przekona inna historia, opowiedziana przez Mary Beard w posłowiu do zaktualizowanego wydania Kobiet i władzy. Wspomina ona tam czasy doktoranckie, kiedy prowadziła badania we Włoszech. Zmęczona, objuczona bagażami, czekała na pociąg na stacji w Mediolanie. Spotkany na dworcu mężczyzna zaoferował jej pomoc w zamianie biletu z miejsca siedzącego na wagon sypialny. Przystała na to. Kiedy pociąg nadjechał okazało się, że mężczyzna zakupił bilet nie na zwyczajną kuszetkę, lecz osobny przedział dla dwóch osób. W nocy, w trakcie podróży do Rzymu, Mary Beard została przez swojego współpasażera zgwałcona.

Mimo tego traumatycznego doświadczenia, Mary Beard mówi dziś, w czasach Me Too: postarajmy się zrozumieć, jak mężczyźni, którzy dopuszczają się przemocy seksualnej, sami przed sobą wyjaśniają to, co czynią. Nie chce ona przez to powiedzieć, że przestępcom należy się wybaczenie i zapomnienie.

Pisze jednak: „Dopóki nie usłyszymy ich wersji wydarzeń, nie będziemy mogli jej się przeciwstawić, ani też ujawnić nadużyć i skorodowanych hierarchii, na których się one opierają. Władza oznacza wiele rzeczy w świecie Me Too. Z pewnością oznacza upodmiotowienie kobiet, aby bez strachu opowiadały swoje historie. Lecz oznacza także naszą moc, by podważać i zmieniać historie, które dostarczały tym mężczyznom alibi – historie, w które, nie ukrywajmy, wielu z nich prawdopodobnie wierzy. Naszym celem z pewnością jest nie tylko ukaranie winnych, lecz także – co ważniejsze dla przyszłości – upewnienie się, że tego rodzaju usprawiedliwiające historie nie będą się już zdawały wiarygodnymi, nawet dla tych, którzy je, sami sobie, opowiadają”.

Jeśli tak pisze kobieta, która doświadczyła przemocy seksualnej, a dziś regularnie jest ofiarą seksistowskiej przemocy werbalnej (szczególnie w Internecie), to czy naprawdę tak wielkim wysiłkiem dla antyfeministów – nierzadko dumnych ze swojego antyfeminizmu – może być zastanowienie się przez moment nad znaczeniem historii, które opowiadamy sobie, jako kultura europejska, od dwóch i pół tysiąca lat?

Mary Beard
Kobiety i władza. Manifest
Poznań 2018.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.