Jan Olszewski / źródło: Strona Prezydenta RP

Kim był Jan Olszewski? Socjalistą? Masonem? Szlachetnym obrońcą w procesach politycznych? Współtwórcą KOR i Solidarności? Jednym z ojców III RP? Premierem – lustratorem? Ofiarą „nocy teczek”? Ikoną prawicy? Człowiekiem, który wydał ostatnie tchnienie trzymany za rękę przez Antoniego Macierewicza? Wyjątkowa zdawałoby się biografia, pokrętna, złamana, pozbawiona wątku przewodniego. Czyżby?

A może istnieje klucz do Jana Olszewskiego? Może stoi na jego życiowej drodze jakiś drogowskaz, dzięki któremu zrozumieć moglibyśmy sprzeczne, zdawałoby się, wybory? Sądzę, że tak! Jest nim jego przynależność do specyficznej grupy społecznej – polskiej inteligencji, uformowanej w II połowie XIX stulecia i wywierającej decydujący wpływ na kształt naszego życia zbiorowego przez następne stulecie.

Kim był polski inteligent? Napisano o nim wiele, stoczono zażarte spory, wynoszono na piedestał, wyśmiewano. Trudno zapewne znaleźć w naszych współczesnych dziejach postać równie charakterystyczną. O jej tożsamości decydowało nie wykształcenie, status społeczny, zawód, ale poczucie misji. „Nasze państwo należy przekształcać w strukturę służby, w aparat służby ludzkiemu dobru w Polsce i wokół niej. To należałoby uznać za naturalne zadanie numer jeden – przede wszystkim dla polskiego inteligenta”, pisał Bohdan Cywiński, autor słynnej książki „Rodowody Niepokornych”, przedstawiającej genealogię polskiej inteligencji. Nie był zatem inteligentem urzędnik, nauczyciel, prawnik, ksiądz etc. tylko z racji wykonywanego przez siebie zawodu, stawał się nim wówczas gdy ów zawód traktował jako zobowiązanie do służby, misję, kierowaną etosem określonym przez patriotyzm i wrażliwość społeczną.

Jan Olszewski był polskim inteligentem, chyba jednym z ostatnich epigonów tego środowiska w Polsce. Przyjrzyjmy się jego biografii używając tego inteligenckiego, „niepokornego” klucza, może da się w ten sposób zrozumieć jej pozorne meandry. Uformował go patriotyczny etos polskiej lewicy niepodległościowej, głęboko zakorzenionej w romantycznym micie walki i ofiary, a jednocześnie pozytywistyczna tradycja służby społeczeństwu.  Naturalną drogą ludzi ukształtowanych w gronie polskiej inteligencji, lewicowej i patriotycznej jednocześnie, był brak zgody na roszczenia władzy pragnącej kontrolować życie indywidualne i społeczne. Idealizm, pragnienie stworzenia świata społecznie sprawiedliwego, powiodło po 1945 r. wielu przedstawicieli tej grupy ku wsparciu nowej Polski, która przywłaszczyła sobie miano „ludowej”. Ta sama wrażliwość, która najpierw sprowadziła ich na manowce, pozwoliła się później przebudzić.

Pokolenie 1956, którego reprezentantem był Jan Olszewski, nie tracąc społecznej wrażliwości, zrozumiało, że komunizm nie ma nic wspólnego z ideami niepodległościowej lewicy, że Bierut i Gomułka to nie Limanowski i Daszyński. Dlatego poszli ku opozycji, jedni bardziej społecznej, jak KOR, inni bardziej niepodległościowej, jak Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. To był szlak Olszewskiego, który powiódł go ku „Solidarności”, ku udziałowi w procesie zabójców ks. Jerzego Popiełuszki i Okrągłemu Stołowi. Wydaje się, iż wszystkie jego zaangażowania, to kogo bronił, co pisał i w czym uczestniczył dają się wpisać w ów inteligencki imperatyw służby będący zarazem imperatywem sprzeciwu.

W jakiż sposób jednak skojarzyć ów inteligencki etos z politycznym zaangażowaniem Jana Olszewskiego po roku 1989? Przecież stał się politykiem prawicy, coraz mocniej akcentującym swoją postawę sprzeciwu wobec tych ludzi, z którymi tak blisko niegdyś współpracował. Wyrósł na ikonę kontestatorów III Rzeczpospolitej, propagatorów tezy o  „spisku w Magdalence”, ubrano go w szaty męczennika boju o lustrację i dekomunizację. Zawsze miałem wrażenie, że ta przemiana była w jakimś, głębokim i nieoczywistym wymiarze, pozorną. Pozór ten obnażyć może odpowiedź na pytanie o najważniejsze, niezmienne zasady lewicowej polskiej inteligencji, tej wywodzącej się ze wspomnianej powyżej tradycji PPS. Były nimi, po pierwsze niezgoda na wykluczenie społeczne, polityczne i ekonomiczne, po drugie zaś patriotyzm o zdecydowanie antynacjonalistycznym obliczu.

Jan Olszewski trzymał się tych zasad zarówno przed, jak i po roku 1989. Trzymał się ich wtedy gdy przyjaźnił się z Janem Józefem Lipskim, najpiękniejszą postacią polskiej patriotycznej lewicy socjalistycznej i wówczas gdy związał się z Antonim Macierewiczem. Dlatego krytykował reformę Balcerowicza: „było to wywłaszczenie Polaków z ich wspólnej własności. Bo cokolwiek powiemy o tzw. własności socjalistycznej – majątku państwowym z okresu PRL – to przecież był to majątek wypracowany przez całe społeczeństwo. Prawo do niego zachowali wszyscy, którzy w tamtych czasach żyli”, tak ją po latach oceniał. „Przede wszystkim zależało nam na jak najszybszym i jak najskuteczniejszym wyprowadzeniu Polski spod wpływów Moskwy”, tak formułował główne zadanie swego rządu. Zdecydowanie krytykował niedawną nowelizację ustawy o IPN, pozwalał sobie nawet na obronę Stepana Bandery: „Myślę nawet, być może wiele osób się obruszy, że gdyby Bandera mógł podejmować wtedy decyzje, to prawdopodobnie do zbrodni na Wołyniu by nie doszło”.

Zgodnie z dawną tradycją niepodległościowej lewicy, tradycją Piłsudskiego, Giedroyca, Mieroszewskiego i Lipskiego, dowodził: „Konflikt z imperialną Rosją jest kwestią egzystencjalną, w której na szali stoją byt i niepodległość państwa. Dlatego Polacy i Ukraińcy skazani są na współpracę.” Jerzy Giedroyc powiadał, że Polską rządzą trumny Piłsudskiego i Dmowskiego, nie mam wątpliwości, która rządziła myśleniem Olszewskiego. Na pewno nie ta z cmentarza na warszawskim Bródnie.  „Wielki Jan”, jak mówili ludzie mu bliscy, pozostał polskim inteligentem, spadkobiercą najlepszej spuścizny PPS, KOR i paryskiej „Kultury”. I niech nas nie zwiodą jego polityczne wybory ostatnich lat trzydziestu!

Tekst w rozszerzonej formie ukaże się również na łamach najbliższego numeru „Przewodnika Katolickiego”.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.