Sąsiedztwo zobowiązuje – relacja ze spotkania z prof. Hubertem Orłowskim w Zielonej Górze

Prof. Hubert Orłowski był gościem grudniowego spotkania Klubu „Tygodnika Powszechnego” w Zielonej Górze. Zajmuje się literaturą i kulturą niemiecką, śledzi powstawanie i funkcjonowanie stereotypów niemieckich o Polakach. Jest pomysłodawcą i redaktorem „Poznańskiej Biblioteki Niemieckiej”. Od lat związany ze Stowarzyszeniem Borussia. Emerytowany profesor UAM, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, obecnie rektor Wyższej Szkoły Języków Obcych im. Samuela Bogumiła Lindego w Poznaniu.
Spotkanie z prof. Hubertem Orłowskim, wybitnym germanistą, było finałem cyklu tematycznego “Moi Niemcy – moi Polacy. Wydarzenia na drodze do porozumienia“. Rzecz jasna, tematykę tę drążyć będziemy i w roku przyszłym. Wszak sąsiedztwo zobowiązuje.
Oto zapis fragmentów spotkania.
W 2016 otrzymał pan nagrodę im. Friedricha Gundolfa przyznaną przez Niemiecką Akademię Języka i Literatury. Ważna sprawa?
– 15 tys. euro to niezła sumka, którą można wesprzeć rodzinę, a mam trójkę uczących się wspaniałych wnuków. Mówiąc poważnie, najbardziej ucieszyło mnie to, że mogłem instytucjom i ludziom w naszym ukochanym kraju pokazać, że doceniono mnie za granicą, a u nas nie.

Zgodnie z powiedzeniem: „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”.
– Podobnie jak z Poznańską Biblioteką Niemiecką, której niebawem ukaże się tom pięćdziesiąty. W tytule serii jest Poznań. Mieszkam tu od 1956 r. ale jakoś miasto nie zauważa Poznańskiej Biblioteki Niemieckiej. Więc trudno być prorokiem we własnym kraju.
A co do tej nagrody. W Niemczech funkcjonuje kilka akademii. Jest bawarska w Monachium, jest berlińska. Ta, którą pan wymienił jest w Darmstad, w Hesji. Tam ma swoją siedzibę Niemiecki Instytut Kultury Polskiej (Deutsches Polen-Institut), który założył i przez wiele lat prowadził już nie żyjący Karl Dedecius. Stąd wielka moja radość, że zostałem zauważony. W uzasadnieniu nagrody jest wskazanie właśnie na „Poznańską Bibliotekę Niemiecką”, za zasługi dla relacji kulturowych, dla rozumienia się.
Cieszy mnie, że w internetowym śmietnisku znajduję informacje, iż poszczególne książki z serii PBN funkcjonują w akademickich środowiskach literaturoznawców, historyków, socjologów. Instytucje polskie się nie poznały na tym, ale czytelnicy się poznali. To chyba jest najważniejsze.

Jacy Niemcy byli/są dla pana ważni, intelektualnie i osobiście?
– Mógłbym na to pytanie odpowiadać godzinami. Wspomnę wielkiego przyjaciela literatury i kultury polskiej Andreasa Lawaty’ego; mówimy o nim Andrzej. Urodził się w Polsce, jako syn pastora z Bytomia, wywędrował do Stanów Zjednoczonych, potem studiował w RFN. Podziwiam go za skromność, za etos badawczy i obywatelski.
Pracował najczęściej w ten sposób, że tworzył „podnóżki” innym badaczom, sam pozostając w cieniu. Jest w języku niemieckim pojęcie ‚Kanalarbeiter’. Oznacza ono człowieka, który za innych wykonuje czarną robotę. Andreas Lawaty takim był, jako redaktor wydawanej oficjalnie pod patronatem Karla Dedeciusa 50-tomowej panoramy dziejów literatury polskiej „Polnische Bibliothek”.
Andrzej, a miałem sposobność z nim współpracować redagując książkę „Polacy i Niemcy: historia, kultura, polityka”, całe życie pracował nad zbliżeniem duchowym i intelektualnym Polaków i Niemców.
Zapytany, kim ty właściwie jesteś, Polakiem czy Niemcem, Andrzej odpowiedział nie wprost: mój ojciec, pastor z Bytomia, który już wyemigrował do Niemiec i nie znał ani jednego polskiego słowa, umierając powiedział: ‚Ich bin doch ein Pole’. Jest w tym dramat i coś wspaniałego.
Drugim Niemcem, którego muszę wymienić, to Christoph Kleßmann, mój współredaktor, do 35 tomu, Poznańskiej Biblioteki Niemieckiej. Poznałem go jeszcze w czasach dawnych i brzydkich, podczas prac w Polsko-RFN-owskiej komisji podręcznikowej. Po zjednoczeniu Niemiec on przeniósł się z Uniwersytetu Bielefeld (stamtąd pochodzi wielka szkoła historii społecznej, którą niezwykle cenię i wykorzystuję w swoich badaniach) do Poczdamu.
Chociaż współpracowałem z Kleßmannem długo, od 1995 roku, to nigdy nie miałem śmiałości, a jestem dość śmiałym człowiekiem, zaproponować mu bruderszaftu. Coś blokowało przejście na ‚ty’… Potem się zorientowałem, co się za tym kryje. Kleßmann to syn pastora. Dom pastorski w kulturze niemieckiej to jest odrębna opowieść…
Rozmowy z nim, niemieckim protestantem, a tu ja, polski katolik, dużo mi dały.
My jesteśmy, cokolwiek powiedzieć o polskim katolicyzmie, monolityczni. Uważam, że to jest fatalne. Nam przydałoby się z pięć milionów polskich protestantów. Pan Bóg nie potrzebuje w Polsce protestantów, ale polski Kościół ich potrzebuje, aby się zmierzyć z chrześcijaństwem z tego świata, tu, na tej ziemi. Często to powtarzam i nie bywam za to lubiany.
Wywodzę się z obrzeży Warmii. W Podlejkach, po sąsiedzku z moją katolicką rodziną mieszkała rodzina protestancka i dobrze nam się żyło.

Günter Grass?
– Aaa… To jest kawałek mojego życia akademickiego. W okresie pierwszej Solidarności z prof. Ziomkiem, wspaniałym polonistą, wpadliśmy na pomysł, żeby wyróżnić Güntera Grassa doktoratem honoris causa. Ale uniwersytet nie otrzymał na to błogosławieństwa z ministerstwa. Nastał stan wojenny i o doktoracie dla Grassa nie mogło być mowy. Do sprawy powróciliśmy w 1989 r. W imieniu Instytutu Filologii Germańskiej Uniwersytetu Adama Mickiewicza, zapytałem Grassa, czy przyjmie doktorat. Wyraził zgodę. I wtedy zaczęło się małe polskie piekiełko, w czym jesteśmy mistrzami. Co się da schrzanić, to można schrzanić. Wystąpiliśmy o doktorat. Wniosek musiał zatwierdzić senat uniwersytetu. Pojawiły się opory. Argumentem przeciw było to, że Grass w trylogii gdańskiej krytykuje naszą polską Matkę Boską. Wtedy pomógł nam wieszcz Adam Mickiewicz. Prof. Zofia Trojanowicz, znana działaczka solidarnościowa, powiedziała że w takim razie musimy naszemu uniwersytetowi odebrać imię patrona, bo przecież Mickiewicza nie da się ułożyć w szufladce Polaka Katolika. I ten argument podziałał. Uniwersytet poznański, jako pierwszy w Polsce przyznał Grassowi doktorat honoris causa.

Jaki był Grass w kontaktach?
– Opowiem anegdotę. Przyjechał do Poznania z żoną, rektor wydał obiad, Grass siedział przy stole milczący, po trzeciej-czwartej wódeczce się rozkręcił. Zaczął opowiadać: kilka miesięcy wcześniej byłem w Gdańsku, doszło do spotkania historyków polskich i niemieckich. Rozmowa zeszła na temat Kopernika. Polski historyk twierdził, że w archiwum w Toruniu znaleziono dokumenty świadczące o tym, że kilka zdań Kopernik napisał po polsku, więc musiał być Polakiem. Niemiec powiada: chwileczkę, mamy przecież wielokrotnie liczniejsze dowody na to, że pisał po niemiecku. Wtedy odzywa się historyk kaszubskiego pochodzenia: obaj nie macie racji, w gdańskim archiwum odnaleziono list Kopernika pisany po kaszubsku. I co się wtedy stało? Polak z Niemcem natychmiast się dogadali. Niech Kopernik będzie już tym Niemcem lub niech będzie tym Polakiem, ale Kaszebą to on nie może być na pewno! Tę historię Grass, jak sądzę zmyślił, ale świadczy o jego poczuciu humoru.
Miałem sposobność brać udział w wielkiej uczcie w przepięknym Lubeckim magistracie z okazji przyznania Grassowi Nagrody Nobla. Widać było, że jest już schorowany, ale dzielny. Grass to ważny rozdział moich niemieckich kontaktów. Radzę pojechać do Lubeki, tam są znakomite marcepany i pierniki.

Jego twórczość ceni Pan najbardziej?
– Nie, tego bym nie powiedział. Cenię jego trylogię gdańską, należy do pięćdziesiątki najważniejszych tytułów literatury niemieckiej XX wieku. Natomiast jego wypowiedzi publicystyczne są takie od sasa do lasa, raz SPD, raz co innego. To mi nie odpowiadało.

Czyje pisarstwo pozwala najlepiej zgłębić dwudziestowieczną duszę niemiecką?
– Odpowiem nie wprost: dzięki czyjemu pisarstwu można nie zgłębić. Ale dziękuję za pytanie. Mój doktorat pisałem właściwie przeciw pani promotor, świętej pamięci prof. Marii Kofcie, matce Jonasza Kofty. Ona miała wiele wad, ale i wielką zaletę. Pozwalała młodym doktorantom pracować na własną rękę. Ja wybrałem, nie przypadkowo, „Doktora Faustusa” Tomasza Manna. Mówię o tym dlatego, że w maju tego roku, w Bibliotece Narodowej, ukazał się „Doktor Faustus” z moim wstępem. Kiedy zobaczyłem książkę pomyślałem sobie: chyba czas umierać Orłowski, rozpocząłeś swoją karierę „Doktorem Faustusem” i nim kończysz. Powtarzam bowiem moje główne tezy, z 1965 r, wtedy obrazoburcze, w których zakwestionowałem wykładnię powieści Tomasza Manna jako paraboli, w której jest znak równości między kuszeniem Adriana Leverkühna a uwiedzeniem narodu niemieckiego przez nazizm.
Jako początkujący naukowiec, byłem pod silnym wpływem dwóch pisarzy: Johannesa Bobrowskiego, wielkiego niemieckiego pisarza, którego nie doceniamy i Stanisława Lema, który zasłużył na Nobla jak mało kto. Lema czytałem od początku, byłem pod wrażeniem jego „Filozofii Przypadku”. Jeżeli dożyję, to wydam jeszcze książkę o przypadku w literaturze; jak funkcjonuje przypadek w konstruowaniu dramatów i dzieł epickich. W „Filozofii przypadku” u Lema znalazłem krótką, brutalną ocenę „Doktora Faustusa”, w pewnym sensie niesprawiedliwą, ale co do sedna słuszną. Lem powiedział, że nie można interpretować dziejów Niemiec poprzez pakt z diabłem, jakkolwiek byłby rozumiany, metaforycznie czy dosłownie. Tu przywołam niemieckie powiedzenie: „Deutschland das Land der Dichter und Denker; Deutschland das Volk der Richter und Henker” (Niemcy to kraj poetów i myślicieli, Niemcy to naród sędziów i katów). Jak to połączyć!? Jak naród Kanta, Hegla, Goethego i Hessego mógł się stać narodem, z którego wyszli ci, którzy zorganizowali mord w Auschwitz i nie tylko tam. Doliczyłem się na to pytanie co najmniej sześciu odpowiedzi. Sądzę, że pewnie będzie ich jeszcze więcej.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.