Manfred Deselaers: Powołanie do miłości można zdradzić, ale nie stracić

Gościem zielonogórskiego Klubu „Tygodnika Powszechnego” był 20 listopada 2018 r. Manfred Deselaers, niemiecki ksiądz katolicki, wiceprezes Krakowskiej Fundacji Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu. Od 1989 r. pracuje w Polsce na rzecz polsko-niemieckiego i chrześcijańsko-żydowskiego pojednania. Uhonorowany został tytułem Człowieka Pojednania przyznawanym przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów.

Oto notatki ze spotkania:

– W obozie Auschwitz byłem w latach sześćdziesiątych, jako uczniak. Do dziś pamiętam wstrząsający widok zgromadzonych w gablotach stosów okularów i ludzkich protez. Nie mogłem pojąć, dlaczego przedmioty, które miały służyć ludziom przetrwały, a ich właściciele zniknęli bez śladu. Czyżby wytwory człowieka były trwalsze niż ludzka istota? Byłby to ogromny paradoks, bo przecież zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Tak łatwo ten obraz i podobieństwo zniszczyć?

– Co by Ksiądz odpowiedział tamtemu dziesięciolatkowi?

–  Jestem po kursie przewodników muzeum Auschwitz-Birkenau. Kiedy oprowadzałem zwiedzających, zawsze najtrudniejszy dla był moment, gdy wchodziliśmy do sali, w której za ogromną szybą zgromadzono stosy ludzkich włosów. Zastanawiałem się, co tu można powiedzieć, czy w ogóle coś mówić. Myślałem podobnie jak pan: kim jest człowiek?
Według ideologii i rasistowskich działań nazistów człowiek to materiał do przeróbki. Z obciętych włosów można produkować materace czy skarpetki zimowe dla żołnierzy. Uderzyło mnie to traktowanie człowieka bez uszanowania jego godności. A w Auschwitz nie było szacunku dla zmarłych – tam nie ma grobów. Nie było szacunku dla żywych – więźniowie mieli pracować, albo zginąć.
Szacunku dla człowieka nie odkryjesz badaniami nauk ścisłych. Pod mikroskopem nie znajdziesz godności. Często mnie pytają, w tym kontekście, o moją wiarę.
Ja w głębi serca czuję, że naziści nie mieli racji traktując tych, którzy zginęli w obozie jako materiał do dalszego wykorzystywania. Więźniowie w Auschwitz byli warci miłości. Oni byli kochani i trzeba było ich szanować, bo w nich był Bóg. Więc kiedy mnie pytają, gdzie był Bóg w Auschwitz, odpowiadam, że w godności ludzi, którzy tu byli. Bóg stworzył każdego człowieka na swój obraz. Każda ofiara miała tę boską godność i nie wolno było jej zabić. Trzeba było ją uszanować. Jest w człowieku element boski, który wymaga naszego szacunku, choć jest niewidzialny.

– W każdym człowieku?

– W każdym.

– Nawet w takim jak Rudolf Höss?

– Nawet w takim. Rudolf Höss tłumił głos sumienia, który się budził w jego sercu. Każdy człowiek jest powołany z miłości i dla miłości, od początku kochany i chciany, ma wewnętrzną wartość – godność. W moim przekonaniu ta wartość ma wymiar wieczny, absolutny.

– Nie można się jej pozbyć, stracić?

– Nie można. Powołanie do miłości można zdradzić, ale nie stracić. Tamtemu dziesięcioletniemu chłopakowi powiedziałbym więc tak: ci ludzie, właściciele tych protez i okularów – zginęli. Ale, to nie znaczy, że ich nie ma. Ponieważ Bóg ich kocha, ja wierzę, że u niego są. I trwać będą o wiele dłużej, niż okulary, które tu widzisz.

– Czy Bóg kocha Hitlera?

– Mówiąc w kategoriach teologicznych, Hitler został stworzony przez Boga z miłości i z powołaniem do miłości. Jak każdy człowiek. Najpierw jest z miłości, a potem jest wolny i powołany do miłości.

– A co z tym zrobi, to jego sprawa i jego odpowiedzialność, a nie Boga?

– Odpowiedzialnością Boga jest to, że daje wolność. Jeżeli człowiek ma być odpowiedzialny, musi być wolny. Musi mieć wybór pomiędzy czynieniem dobra bądź zła. Bez wolności człowiek byłby robotem. Wtedy nie może być mowy o odpowiedzialności. Chcę mówić o odpowiedzialności człowieka, a nie zwalać jej na Boga.

– Zbrodniarzy już właściwie nie ma, pomarli. Czy dzieci, wnuki, następne pokolenia ponoszą odpowiedzialność za to, co zrobili ich przodkowie?

– Nie jestem odpowiedzialny za to, co robili moi pradziadkowie, dziadkowie, rodzice. Odpowiadam nie za przeszłość ale za dzisiaj, za ten fragment historii, w którym żyję, i za przyszłość. Jest poza tym różnica między odpowiedzialnością a winą. Ja nie jestem winny zbrodni, bo tego nie robiłem. Ale, jestem odpowiedzialny za skutki. Skutki są, bo rany jeszcze nie zagojone. Rany łączą nas z przeszłością. Zbrodnia, skoro się zdarzyła, może się powtórzyć. Za to, aby tak się nie stało, jestem odpowiedzialny. I z tego nie mogę się wymigać.

– Włodek Goldkorn, włoski pisarz, dziennikarz, z Polski, kraju swojego urodzenia, wyemigrował w 1968. W książce „Dziecko w śniegu” napisał, że nienawidzi Auschwitz. W rozmowie z Włodzimierzem Nowakiem (z Gazety Wyborczej) wyjaśnia: „Auschwitz się sakralizuje. Jakby śmierć i męczeństwo miały charakter świętości. Ja jestem niewierzącym Żydem. Auschwitz to dla mnie nie jest miejsce święte, a przeklęte, gdzie ludzie strasznie cierpieli. Nadawanie temu miejscu cechy świętości źle służy. Przyjeżdżają tu politycy, ministrowie, prezydenci i mówią: „nigdy więcej”. Potem wracają do siebie i nie robią nic, aby w morzu nie tonęli uchodźcy, sprzedają broń dyktatorom, handlują minami, od których giną dzieci. Auschwitz służy im jako „pralka sumień”. Wolę, żeby tej pralki nie było. Dla mnie pamięć o Auschwitz i Shoah jest po to, by bronić skrzywdzonych, którym odbiera się prawo do życia dzisiaj, którym odbiera się głos. O to mi chodzi, kiedy mówię, że nienawidzę Auschwitz. Tam zginęła moja rodzina. Nie chcę, aby na moim cmentarzu odbywały się praktyki, których nie znoszę i którym się sprzeciwiam w sferze etyki, estetyki, polityki. Podjąłby ksiądz polemikę z twierdzeniem, że Auschwitz to dla wielu wygodna pralnia sumienia?

– Moje doświadczenie jest inne. Oczywiście widzę, jak ze wszystkich stron świata przyjeżdżają politycy, niektórzy tylko po to, aby sobie zrobić zdjęcia dla prasy. Ale, nie nazwałbym Auschwitz pralnią sumienia. Tam sumienia nie było. Ci politycy, którzy Auschwitz traktują instrumentalnie, w ogóle nie rozumieją, lub nie chcą zrozumieć, gdzie są.
Jan Paweł II powiedział kiedyś, że przez śmierć niewinnych ofiar ziemia nie staje się przeklęta. Siedemdziesiąt lat temu Auschwitz było znakiem pogardy dla tych, którzy zginęli. Mieli być niczym, ale to nie prawda. Byli kimś. Ja tam chodzę, bo jest to święta ziemia, ponieważ woła o szacunek dla ofiar.

– Ja też mam problem z tym, że jest rytuał, że każdy polityk na początku kampanii wyborczej do wyborów europejskich przyjeżdża do Warszawy i do Oświęcimia. Nie wiem, jak głęboko to działa jako głos jego sumienia. Ale, jeżeli ktoś otwiera się w Auschwitz na to, co tam się działo, musi przeżyć szok. Że to, co tu się stało, jest możliwe dzisiaj i w przyszłości, Za to jesteśmy odpowiedzialni. Obóz w Auschwitz odwiedza ponad dwa miliony osób rocznie, to jest kilkaset osób dziennie. To oznacza, że to miejsce ma siłę krzyku do naszych sumień.

– Nie do wszystkich ten krzyk przemawia. Są tacy, którzy zaprzeczają komorom gazowym i zagładzie.

– Takich głosów już jest mniej. Spotykam się natomiast z opinią, że mowa o Auschwitz i o żydowskich cierpieniach jest po to, aby odwrócić uwagę od losu palestyńczyków. Dla Żydów wniosek z Auschwitz jest taki: nie mieliśmy gdzie uciekać przed zagładą, trzeba mieć własne państwo, swój dom, w którym można się schronić, więc trzeba bronić go za wszelką cenę.

– A jaki jest stosunek Niemców do Auschwitz?

– Dla Niemców jest to wielki wyrzut sumienia. Wiadomo, że to była zbrodnia. Kiedy Polacy, Żydzi, Cyganie odwiedzają obóz Auschwitz – pamiętają: nasi rodacy tam zginęli i obiecujemy, że będziemy im wierni, będziemy ich czcić kwiatami, zniczami, pamięcią.

Kiedy Niemcy odwiedzają to miejsce, to na 99 procent nie chcą czcić pamięci swoich, podziwiać niemiecki „majstersztyk”, który tu się niestety dokonał. My nie jesteśmy nazistami, jesteśmy innymi Niemcami. I jeśli kogoś chcemy tu czcić, to ofiary, a nie sprawców. Niemiecki stosunek do Auschwitz nie jest wiernością wobec przeszłości, jak u Żydów i Polaków, a przeciwnie – jest krytycznym podejściem. Tam stało się coś strasznie złego, musimy szukać błędów i robić wszystko, aby to się już nie powtórzyło.
Emocjonalną różnicę w podejściu do tego miejsca pokazuje takie zdarzenie. Opiekowałem się polsko-niemiecką grupą z wymiany szkolnej. Po wspólnej wizycie w obozie, młodzi Niemcy mieli potrzebę dyskutowania. O otwartości i tolerancji, że niedopuszczalna jest pogarda wobec Żydów, że trzeba przeciwstawiać się prawicowym ruchom. Polacy nie mieli potrzeby rozmowy, wręcz dziwili się: o czym tu gadać? Wiadomo, że było zło. Tu trzeba się modlić i milczeć. Dyskutować można gdzieś indziej.
Inny przykład. Spytałem kiedyś młodą Polkę, która w grupie mieszanej odwiedziła Auschwitz, jak się czuje będąc tu razem z Niemcami. Odpowiedziała: „dobrze, bo oni się wstydzą”. Tu, w Oświęcimiu, ci przystojni i silni niemieccy chłopcy nagle stali się mali i strasznie zawstydzeni tym, co w ich imieniu Niemcy tu robili. Dla polskiej dziewczyny to był znak szacunku z ich strony.
Dodam coś jeszcze z niemieckiej perspektywy. Po wojnie Niemcy nie wiedzieli, jak rozmawiać z dziećmi o tym, co się stało. Dlatego najczęściej nie mówiono nic. A jeżeli już trzeba było mówić o wojnie, to zawsze było łatwiej z pozycji ofiary, a nie sprawcy. Łatwiej jest opowiadać, że zostaliśmy wypędzeni z Grünbergu, niż powiedzieć: jestem dumny, że tata był strażnikiem w Auschwitz. Ale, najlepiej to wszystko zapomnieć, zająć się budową innych Niemiec. Dzisiaj polityczna poprawność sprawia, że Auschwitz jest częścią pamięci narodowej. W Berlinie po jednej stronie Bramy Brandenburskiej jest Parlament, po drugiej Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Jednak ciągle jeszcze w wielu niemieckich rodzinach wnuki nie wiedzą, co podczas wojny robili dziadkowie jako zbrodniarze.

– A rosyjska perspektywa ?

– Pamiętam, jak w sześćdziesiątą rocznicę wyzwolenia Auschwitz przyjechał Putin. Mówił o Armii Czerwonej, która wyzwoliła obóz, czyli Europę od faszyzmu. O radzieckich więźniach nie wspomniał ani słowem. Wiadomo, że wielu, którzy byli w obozach i wrócili do Związku Radzieckiego, zostało oskarżonych o kolaborację z wrogiem. Za to, że nie zginęli w walce, ale siedzieli w niewoli, zostali zabici lub zesłani. W ZSRR było wstydem nie być zwycięzcą. W ostatnich latach to się trochę zmienia, ponieważ sami Rosjanie poznają skrywaną historię własnego narodu.

– Jak to się stało, że Ksiądz zamieszkał w Oświęcimiu, jaki jest cel tej misji?

– Temat Auschwitz towarzyszy mi od 1974 roku, kiedy robiłem maturę. Wówczas była możliwość uniknięcia wojska poprzez służbę zastępczą. Przypadkiem trafiłem na Akcję Znaki Pokuty (Aktion Sühnezeichen), protestancką organizację na rzecz pojednania z narodami, które cierpiały podczas II wojny światowej. Z nimi wyjechałem do Izraela. Spędziłem tam półtora roku, pracując przeważnie jako wolontariusz w ośrodku dla niepełnosprawnych dzieci w Jerozolimie. Przygotowując się do tego wyjazdu byliśmy w Auschwitz-Birkenau. W Izraelu poznałem byłych więźniów. Przede wszystkim jednak żyłem codziennością izraelską. Zrozumiałem, jak mocno ludzie tam mieszkający są naznaczeni pamięcią o Auschwitz.
Po powrocie studiowałem teologię. W 1983 przyjąłem święcenia kapłańskie. Byłem wikarym w Mönchengladbach. Moja pierwsza parafia miała kontakty z Wrocławiem. Jeździliśmy też do Oświęcimia, gdzie poznałem proboszcza. Pomyślałem, czy nie mógłbym tam zamieszkać dłużej niż w Izraelu. Mój biskup, ku memu zdumieniu, zgodził się na rok. W 1989 r. przyjechałem do Polski. Zacząłem kurs języka w Lublinie na KUL-u. W październiku padł mur berliński. Od tego czasu łatwiej było budować polsko-niemieckie mosty.
Od 1990 r. mieszkam w Oświęcimiu. Kardynał Franciszek Macharski zapytał: a co będziesz tam robił? Chcesz zostać, zgoda, ale nie możesz być bezczynny mówiąc, że walczysz o pokój. Nie znasz dobrze języka polskiego, kazań nie możesz wygłaszać. Rób doktorat. Pisanie na temat „Bóg a zło w świetle biografii i wypowiedzi Rudolfa Hössa komendanta Auschwitz” to było pięć lat rekolekcji o Auschwitz, szansa, żeby zgłębić o co tu chodzi. W międzyczasie powstało Centrum Dialogu i Modlitwy. Po doktoracie, za zgodą kardynała Macharskiego i mojego biskupa, zacząłem tam pracować. I tak minęło 28 lat.

– Czy Ksiądz nie obawiał się reakcji na swoją, niemieckiego duchownego, obecność w Oświęcimiu?

– Bałem się. Ale pamiętam, jak ze Staszkiem Krajewskim, 27 stycznia, w dzień wyzwolenia Oświęcimia i obozu, szedłem przypadkiem przez miasto. Jakaś kobieta z tłumu, wskazując mnie powiedziała: „a to jest nasz ksiądz”. Ja byłbym o tym zapomniał, ale Staszek Krajewski, Żyd z Warszawy, zapamiętał i innym opowiadał, że „on jest już ich ksiądz”. To wynikało z tego, że ja tam żyłem w małym środowisku blisko z ludźmi, wiele nie mówiłem, modliliśmy się razem, no i proboszcz miał do mnie zaufanie. Nie przyjechałem tam, żeby Polaków nawracać. Może raczej to oni trochę bardziej mnie nawrócili?
Bałem się reakcji Żydów. Z tamtej strony – słyszałem – również były obawy, że ksiądz niemiecki jest w tym miejscu, że co to będzie. Trwał spór o Karmel… Kamień z serca mi spadł, kiedy otrzymałem mail z Izraela, nawet nie wiem od kogo; może to był ktoś kogo poznałem jako wolontariusz? Ten ktoś pisał: „obserwuję twoją pracę w Auschwitz, to jest święta praca”. Dla mnie to jest największy dowód uznania za pracę na rzecz przyszłości i pokoju.

– Ani razu ze strony Polaków nie padło coś przykrego, okrzyk „ty Szwabie”?

Ja dużo milczę. Jak słyszę coś nieprzyjemnego, to się rozglądam, do kogo to mówią. (śmiech) W drugim roku mego pobytu w Oświęcimiu, chcąc poznać parafię, towarzyszyłem proboszczowi w kolędzie jako drugi ksiądz. W pewnej dużej rodzinie starsza pani zaczęła opowiadać, jakich okropności doznała od Niemców. Mówiła długo. Dzieci i wnuki, wiedząc kim jestem, bezskutecznie starały się ją powstrzymać. Ona, jak już się wypowiedziała, na koniec bardzo serdecznie się ze mną pożegnała. To musiało z niej wyjść. Z tym nie mam problemu. Trochę trudniej jest, kiedy co drugi Polak pyta: „a co ta Merkel u was wyprawia!?” Według mnie Angela Merkel jest wielką osobą, ale to jest moja polityczna ocena. Nie chcę o tym dyskutować.

– W zagranicznych mediach, także niemieckich, pojawiają się przykre i nieprawdziwe określenia „polskie obozy śmierci”. Czy mamy prawo bronić się przed tym?

– Zawsze mówię, że Oświęcim był pierwszą ofiarą Auschwitz. To nie był obóz polski. Wtedy państwo polskie nie istniało, tam panowała Rzesza. Obóz zagłady Auschwitz był niemieckim obozem Trzeciej Rzeszy założonym, aby najpierw więzić Polaków. Kiedyś moi przyjaciele z Niemiec odwiedzili to miejsce i potem w katolickiej gazecie napisali, jak ważnym doświadczeniem była dla nich wizyta w polskim obozie śmierci. Oni nie mieli świadomości, że to błąd. Ale, na pewno nie przyszedł im do głowy pomysł, że może chodzić o polską odpowiedzialność. Myślę, że do dzisiaj jest wiele przypadków, kiedy to nieszczęsne sformułowanie nie jest świadomym aktem oskarżania Polaków, wypływającym z chęci zmieniania historii.
Nie znam w Niemczech żadnego artykułu prasowego i programu telewizyjnego, w którym by twierdzono, że Auschwitz stworzył ktoś inny niż Niemcy. Dobrze, że ambasada polska interweniuje. Sęk w tym, że wielu ludzi nie ma pojęcia o sytuacji Polski podczas II wojny światowej. Cały świat wie, że w Auschwitz zginęli Żydzi, kto wie, co Auschwitz znaczy dla Polaków? Nieznajomość w świecie historii Polski podczas II wojny światowej to jest główny problem. Polacy powinni światu opowiadać o swojej historii, to jasne.
W Niemczech pojawiają się głosy, które ja krytykuję, że no dobrze, robiliśmy straszne rzeczy, lecz inni także robili. Polacy też nie są święci. Nie każdy polski więzień obozu był jak Maksymilian Kolbe. Rodzi się za granicą oczekiwanie, żeby Polacy także mówili o swoich ciemnych stronach. To nie byli sami bohaterowie. Jak to jedno z drugim łączyć, z godnością i z prawdą? Tym Polska dzisiaj żyje bardzo.

– A co z polskim antysemityzmem?

– Żydzi podróżując do Polski, odwiedzają kraj, w którym mieszkała większość Żydów europejskich. W sztetlach, w dzielnicach żydowskich. Ich już nie ma. Pozostały prochy. Cała Polska dla Żydów jest wielkim żydowskim cmentarzem. Wydaje mi się, że Polacy powinni to głębiej zrozumieć.
Niemcom ciągle powtarzam, że to nie ma nic wspólnego z polskim antysemityzmem, To Niemcy wymordowali świat żydowski w Polsce. Podczas tego procesu powstały napięcia pomiędzy jedną a drugą grupą ofiar. Po wojnie Polacy w Kielcach zabili czterdziestu Żydów, ale podczas wojny Niemcy zamordowali dwadzieścia tysięcy Żydów w Kielcach. Zbrodni w Jedwabnem nie da się zrozumieć bez niemieckiego kontekstu, mimo że tam chodzi też o winę polską.

– Co będzie z pamięcią o Auschwitz, kiedy odejdą ostatni świadkowie?

– Mówi się o świadkach z „drugiej ręki”. Niemcy, którzy teraz odwiedzają obóz, to jest trzecie, czwarte pokolenie – wszyscy niewinni. Pradziadkowie dopiero byli w wieku odpowiedzialnym za wojnę. Ale, kto ma relację uczuciową z pradziadkami? Co zostanie, kiedy umrą świadkowie? Pozostaną skutki Auschwitz. Państwa Izrael nie można zrozumieć bez tego wydarzenia. Auschwitz na zawsze pozostanie częścią tożsamości Żydów. Polski nie da się zrozumieć bez pamięci II wojny światowej, więc zawsze o tym będzie mowa. W przeszłość odejdzie rana, którą odczuwa się osobiście, ale temat pozostanie. Dla całego świata pozostanie świadectwo i zarazem ostrzeżenie, że coś takiego jak zbrodnia Auschwitz było możliwe, czyli jest możliwe, czyli będzie możliwe. I szok, że nasza cywilizacja jest do tego zdolna, pozostanie. Naszym obowiązkiem jest sprawić, żeby nie umilkł ten krzyk do sumienia świata. Nad tym pracuje wielu ludzi. Pamiętajmy, ale najważniejsze jest co ta pamięć dla nas znaczy, jakie są wnioski, czego uczy nas Auschwitz, czego dobrego można nauczyć się ze zbrodni.

– Gdzie było Bóg, kiedy ginęły miliony, dlaczego na to pozwolił?

– Odpowiedź na to pytanie zależy od obrazu Boga. Były więzień, ochrzczony Polak, powiedział mi: Manfred, ja tam miłosiernego Boga nie spotkałem.
Ale, kim ja jestem, żeby mu powiedzieć, że wiem lepiej. Mogę tylko mówić, dlaczego i w co wierzę.
Jezus na krzyżu krzyczał: Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił. Czyli w centrum naszej chrześcijańskiej wiary jest doświadczenie nieobecności Boga. Mimo tego doświadczenia mówi nam nasza wiara, że Bóg nas nie opuści. Ponieważ Jezus był wierny miłości bożej, Bóg był wierny miłości synowskiej. To będzie droga do wiecznego życia. Jan Paweł II mówił, że Kolbe nie umarł tylko dał swoje życie innemu. Dlatego jest święty i żyje, i za nas się wstawia. To są te obrazy mojego chrześcijańskiego wychowania.
Nie wiem jak jest na pewno ale ufam, że większe niż misterium iniquitatis, tajemnica złego, jest tajemnica miłości, misterium miłości bożej. I że ostatecznie miłość Boga jest większa niż siła zła. Ja w to wierzę. I wierzę też, że każdy zbrodniarz zawsze ma ofertę nawrócenia, powrotu do Boga.
Przebaczyć nie znaczy zapomnieć. Nie oznacza ucieczki od odpowiedzialności, znaczy przyjęcie odpowiedzialności.
Sądzę, że aby móc przyznać się do odpowiedzialności i do winy, trzeba mieć nadzieję, że potem da się jakoś żyć. Dla zbrodniarza szansą może byłby czyściec, jeśli istnieje.

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.