Czy w Polsce umiera chrześcijaństwo? – refleksje po debacie

Czy w Polsce umiera chrześcijaństwo? Tydzień mija od debaty, którą prowadziłem w zielonogórskim Klubie „TP”. Zwlekałem z opisem licząc na to, że upływający czas pozwoli mi wydobyć z tego długiego, prawie dwu i półgodzinnego i gęstego od refleksji spotkania, myśli najważniejsze.

Żeby odpowiedzieć na pytanie „czy umiera?”, trzeba najpierw powiedzieć co to jest chrześcijaństwo?

Ta monoteistyczna i uniwersalistyczna religia powstała w pierwszym wieku, a jej istotą jest wiara w Jezusa Chrystusa, Żyda z Nazaretu (ur. 6 – 7 r. przed naszą erą w Betlejem).

Jądrem nauki Jezusa są słowa zapisane w Ewangelii Mateusza – jako Kazanie na Górze, i u Łukasza – jako kazanie w dolinie. Sercem są Błogosławieństwa. Są one – by użyć sformułowania czeskiego księdza Tomasza Halika – „opcją na rzecz ludzi z obrzeża”. W tym sensie, jak sądzę, Błogosławieństwa wolno traktować jako próbę zapobieżenia resentymentom, rewanżyzmowi ludzi „zmarginalizowanych” za doznane krzywdy i niedolę. Byłby więc Jezus w swoim nauczaniu pozytywnym populistą?

Kazanie na Górze to wyśrubowany program moralny. Nie tylko zabójstwo jest grzechem, ale i to co do niego prowadzi: nienawiść i gniew. Nie dość, że zakazany jest odwet, to jeszcze trzeba nadstawić drugi policzek. Trzeba miłować nieprzyjaciół, czynić dobrze tym, którzy nas nienawidzą, modlić się za prześladowców i potwarców. Nie afiszować się ze swoją pobożnością. Szukać belki w swoim oku. Odpuszczać ludziom winy.

Nie sądźcie abyście nie byli sądzeni. Bo tak, jak sądzić będziecie, tak was osądzą, i jaką miarą mierzyć będziecie, taką odmierzą wam – naucza Jezus.

I to słynne: cokolwiek chcecie aby wam ludzie czynili, czyńcie im także.

Wieki później Immanuel Kant ujmie to w imperatywie kategorycznym – postępuj tak, jakbyś chciał, aby ta zasada była prawem powszechnym.

Program moralny z Kazania na Górze jest nie do zrealizowania w pełni przez zwykłego śmiertelnika. To raczej postulat, ciągle oddalający się horyzont, zadanie, cel idealny.

To pytanie jest dla mnie bolące i niepokojące – mówiła Zuzanna Radzik, teolożka i katolicka feministka. Jej słowa zapamiętałem najmocniej. Poruszająco szczere osobiste wyznanie: jestem ostatnią osobą w mojej rodzinie, która może być prawdziwą matką chrzestną, bo naprawdę praktykuję i wierzę. Mam poczucie odpowiedzialności za tę sytuację, choć nie do końca wiem za co dokładnie. Coś robię źle ze swoim świadectwem, skoro wszyscy moi kuzyni i przyjaciele z lat szkolnych nie odczuwają potrzeby wiary.

Tak, chrześcijaństwo umiera, kiedy nie chcemy przyjąć uchodźców. I nie zwalajmy to na rządzących, to myśmy dali się zastraszyć. Ale i nieustannie się odradza, kiedy jest chrześcijaństwem ewangelii i papieża Franciszka – pocieszał siwy i jakby przygaszony doświadczeniami przeszłości ks. prof. Michał Czajkowski. Stara to prawda, że najważniejsze jest osobiste spotkanie z Chrystusem – ciągnął ks. Czajkowski. Jeśli jest to spotkanie, to chrześcijaństwo nie zamienia się w się ideologię skazaną na obumarcie.

O. Paweł Gużyński, dominikanin, dziarsko (codziennie biega 10 km) i z wielką pewnością kaznodziei krzepił słuchaczy: program moralny chrześcijaństwa jest do zrealizowania wtedy, kiedy zrozumie się, że dochodzi się do niego nie drogą „kulturystyki etycznej” lecz drogą mistyki. Bo chrześcijaństwo jest przede wszystkim mistyczne. O ile korzystamy z darów Ducha Świętego – przekonywał – ten program nie jest maksymalistyczny.

Są jednak zjawiska,  przyznawał Gużyński, które mordują chrześcijaństwo w Polsce: hipokryzja, konformizm, brak pluralizmu w Kościele. To, że tożsamość religijną wchłania tożsamość polityczna.

No tak, zastanawiam się ilu ludzi wspartych przez Ducha Świętego spotkałem w swoim życiu? Przychodzi mi na myśl niedawno poznany Erich Busse, protestancki ksiądz emeryt spod Drezna, z którym niemal natychmiast się zaprzyjaźniłem. Ale może to złudzenie wywołane urokiem tego człowieka. Sam nie wiem…

Problemem jest tchórzostwo – mówł Ignacy Dudkiewicz, publicysta, członek warszawskiego KiK – tchórzostwo nas wszystkich, całego Kościoła; nie trzeba się bić tylko w piersi biskupów. Stchórzyliśmy przed tymi, którzy handlowali strachem przed uchodźcami w polskiej przestrzeni publicznej. My, wierni, stchórzyliśmy, ale i hierarchowie stchórzyli.

Dudkiewicza razi tchórzostwo hierarchów przed przyznaniem, jak bardzo się w Kościele różnimy. Polskie społeczeństwo, obecnie tak koszmarnie podzielone i porozrywane, potrzebuje „znaku”, że możliwa jest jedność w różnorodności.

Potrzeba ruchu świeckich, którzy nie będą się bali mówić duchownym i biskupom, czego od nich oczekują.

Może więc – wtrąciłem, zwracając się do duchownych – nie nazywajcie siebie pasterzami, a nas owcami. Bądźcie raczej towarzyszami wiernych w ziemskiej podróży. Bądźcie tymi, na których można liczyć, którzy wesprą, gdy ktoś się potknie, rzucą linę w razie upadku z wysokości. Może dotychczasową tradycyjną relację: pasterz – owieczka należałoby zastąpić partnerską. Nie jesteśmy baranami.

Strach? Czego się bać, kto i co nam może zrobić w Kościele!? – pytała Zuzanna Radzik. Jeśli w jednej wspólnocie nie znajdę miejsca, zniknę i poszukam sobie miejsca w innej. Prawdziwymi niewolnicami to są dopiero zakonnice. Bać to się może dajmy na to taki wikary, który jest absolutnie zależny od swojego proboszcza.

Być może pytanie: czy w Polsce chrześcijaństwo umiera? – jest bezzasadne. Czyż może umrzeć coś, co w istocie nie istnieje? A jednak miliony ludzi w Polsce i na świecie deklarują się jako chrześcijanie. Są wśród nas, nieliczni zapewne, ludzie święci, którym udaje się sprostać maksymalistycznym wymogom moralnym chrześcijaństwa. Ilu ich jest, czy liczba ich rośnie czy maleje, Bóg raczy wiedzieć.

W fizyce mamy symetrię: jest cząstka i antycząstka, materia i antymateria, jest plus i minus. Jeśli coś powstało dwa tysiące lat temu, to i za dwa tysiące lat może umrzeć. Ale czy tak jest w metafizyce?

Konrad Stanglewicz
comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.