Otwarcie na nowe myślenie w Kościele


Frekwencja na pierwszym w tym roku spotkaniu Klubu „TP” Warszawa, z udziałem z red. Piotra Sikory była, pomimo trudnych tematów, bardzo duża. Mówiliśmy o Kościele, teologii, filozofii i myśleniu. Tematach niepopularnych, trudnych, przez to rzadko zestawianych. Dyskusja i pytania pokazały jednak, że są to tematy dla wielu interesujące i potrzebne, a zaproszony gość okazał się – zgodnie z oczekiwaniami – osobą, która w sposób twórczy łączy je w swojej osobie i działaniu.
Skąd u Piotra Sikory zainteresowanie teologią i nieschematycznym myśleniem o Kościele? Jak sam mówi „ma inklinacje do szukania myślowych „dziur w całym”. I miał też w życiu „szczęście trafienia na fajnych księży, który takiego myślenia nie tępili”. Później, poprzez pobyt z rodziną w ZSRR, już jako bardzo młody człowiek przeżył zetknięcie ze światem ateistycznym i nauczył się w nim funkcjonować. Po kilkuletniej formacji w zakonie dominikanów ostatecznie uformowała się w nim myśl, że teologia i filozofia to sprawy najważniejsze w życiu, dlatego nie można przyjmować ich bezrefleksyjnie. „Zakonny epizod”, jak sam nazywa ten etap życia, pomógł mu żyć, myśleć i decydować wbrew schematom. Bo jeśli człowiek „rzuca się w coś na całego, rzeczywiście warto to wcześniej przemyśleć”.


Czy teologia dziś w Kościele również jest uważana za coś najważniejszego, jak na dawnych uniwersytetach, które by móc się tak w ogóle nazywać, musiały w dziedzinie teologicznej kształcić? Wnioski ze spotkania płyną następujące: teologia i myślenie dziś najważniejsze nie są, w Kościele rozumianym klerykalnie. Gdy go rozumieć szeroko, w pewnym sensie jest wciąż to ważne, ale to zależy od tego, na jaki Kościół patrzymy, i jaki znamy. Np. często pokusą uniwersytetu jest patrzenie na tych, którzy są poza nim, trochę z góry. Ale, z perspektywy np. radnego parafialnego, którym nasz gość także przez pewien czas był, widać, że i prości ludzie, pozbawieni aparatu naukowego, „po swojemu” bardzo odważnie i głęboko teologicznie myślą. Nawet jeśli nie do końca są ortodoksyjni to chcą być, i myślą nad tym. Ogólnie, myślenie (tak jak czytelnictwo) nie jest u nas popularne. W przeszłości myśleniem teologicznym zajmowali się w Polsce nie tylko ludzie z tytułami naukowymi z teologii, ale, a nawet przede wszystkim, nie-teologowie. Według Piotra Sikory ważnymi teologami byli m.in. Cyprian Kamil Norwid czy Czesław Miłosz, a też ludzie zupełnie niezwiązani z Kościołem: jak Stanisław Lem, Wisława Szymborska i inne osoby spoza akademickiej teologii. W Polsce teologia uprawiana na uczelniach wydaje się i dziś nie być najważniejsza. Jest to trochę związane z poczuciem lęku. Np. klerycy na zajęciach nie decydują się na sparafrazowanie jakiejś reguły własnymi słowami „bo a nuż wyjdzie herezja”. Drugą skrajnością jest nieprzejmowanie się w ogóle tym, co się mówi i uważanie skomplikowanych rzeczy za zupełnie „duszpastersko i życiowo” nieważne, nieistotne. Teologia niekoniecznie musi też być związana z używaniem słowa „Bóg”. Już Karl Rahner nawoływał, by „od Boga w teologii nie zaczynać”, bo grozi to tylko utrwalaniem myślowych stereotypów.
Filozofowie to też są właściwie teologowie i rozdzielanie tych dyscyplin jest niezbyt szczęśliwym rozwiązaniem, a wręcz fatalnym pomysłem. Filozofowie nie do końca bowiem wiedzą, jakie są źródła, z których czerpią i …że są teologami. A teologowie to „filozofowie, którzy do końca nie wiedzą, dlaczego myślą tak jak myślą”. Mówi się, że przedstawiciele obu nauk wchodzą wzajemnie na własne terytoria, ale tak naprawdę terytorium jest to samo. To czysty przypadek, że taki np. Kierkegaard czy Hegel zaliczani są do filozofów, a nie do teologów. Dla odmiany, starożytni chrześcijanie mówili o tym w co wierzą i jak żyją – „nasza filozofia”. Nie teologia, nie religia i nie kult – to w chrześcijaństwie pierwotnie nie było ważne. Bliżej było wyznawcom Chrystusa do Platona, Plotyna i stoików, niż do tego, co wtedy nazywano religią. W pewnym sensie nawet nie uważali się za ludzi religijnych.
Współczesne myślenie filozoficzno-teologoiczne wydaje nie radzić sobie ze zdobyczami i odkryciami innych dziedzin nauki. Po części wynika to z podziału nauk na coraz węższe specjalizacje. Całości wiedzy od dawna nikt z ludzi już nie ogarnia swoim umysłem, i tak już będzie. Ma to swoją jednak swoją bardzo dobrą stronę — właśnie z tego powodu jesteśmy dziś „pokorni poznawczo”. Wiemy, że wszystkiego nigdy wiedzieć nie będziemy.

Dla odmiany, w teologii też są przecież obecne paradoksy. Od czasów św. Grzegorza z Nazjanzu wiadomo, że nawet spójne systemy teologiczne mogą być fałszywymi doktrynami. A od czasów św. Tomasza z Akwinu – że właściwie nie ma jakiegoś stricte chrześcijańskiego pojęcia Boga. Od wieków też chrześcijan właśnie oskarża się, że nie jesteśmy monoteistami. Czy w tych oskarżeniach jest coś na rzeczy? Szukając odpowiedzi, zróbmy eksperyment myślowy: czy zwracając się do Boga w modlitwie, mamy relację do trzech osób, czy do Kogoś jednego? Jeśli do trzech (a zastosować logikę dwuwartościową) – to jesteśmy politeistami. Jeśli do jednego – to nie mamy wiary w dogmat trynitarny. Podobnie można „sprawdzić” własną relację do Chrystusa. Zadając sobie i innym tego typu pytania, teolog jest w pewnym sensie prowokatorem. Ale taka jest właśnie jego rola w Koście

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.