Letnia kawiarenka o mieście

„Miasto moje, a w nim….” to był idealny temat na letnie spotkanie. Gościem Kawiarenki Klubu „Tygodnika Powszechnego” była Beata Chomątowska, dziennikarka, pisarka i współzałożycielka Stowarzyszenia Stacja Muranów działającego na rzecz dzielnicy i miasta. Jest autorką kilku książek, w tym ostatnio wydanej „Betonia. Dom dla każdego”, i to ta książka, jak i tekst w „Tygodniku Powszechnym” pt. Galaktyki z betonu, stały się pretekstem do naszej rozmowy

Co to jest „blokowisko”, skąd wzięło się to określenie i czym różni się od osiedla?
Bezładnie, bez myśli urbanistycznej budowane bloki, szare, tandetnie wykończone, pozbawione zieleni i infrastruktury osiedla późnego okresu gierkowskiego zasługiwały na tą nazwę, choć ona sama powstała w latach 90 w Krakowie, jako nazwa ruchu mającego ożywić i organizować życie w podupadających dzielnicach mieszkaniowych. 

Pierwotnie, zmieniane w trakcie realizacji projekty zabudowy wielkopłytowej, zagęszczane i upraszczane, niedofinansowane, zamiast tworzyć przestrzenie przyjazne i dostępne dla mieszkańców, oferowały blokową pustynię często ze złym połączeniem z miastem i nie istniejącą infrastrukturą.

Różnice między ideą a jego realizacją były drastyczne, tak jak w przypadku osiedla za Żelazną Bramą w Warszawie którego realizacja rozbiła się o złą technologie, pośpiech i bark pieniędzy.
Wbrew obiegowej opinii bloki nie są ani wymysłem gospodarki komunistycznej, ani charakterystyczną zabudową miast Europy wschodniej. Można je zobaczyć wszędzie od Berlina, Paryż po Nowy York i w wielu innych miast Stanów Zjednoczonych.

Jaka była pierwotna idea i historia bloków? Powstawały już w wieku XIX w czasach rewolucji przemysłowej, musiały zapewnić dach nad głową dla coraz powiększającej się i biedniejącej populacji ludzi. Potem, zarówno postęp w technologii (zastosowanie betonu i stali) jak i czynniki gospodarcze plus nowa ideologia społeczna nadawały temu dodatkowy napęd.

Bloki powstawały wszędzie, jednak na zachodzie zaczęto się z ich budowy wycofywać, z czasem wręcz wyburzać jak w przypadku sławnego osiedla Pruitt-Igoe w Saint Louis co okrzyczano końcem epoki modernizmu.
Jednak w krajach komunistycznych to budownictwo zyskiwało właśnie wtedy swoja racje bytu. Gdy na zachodzie zmieniał się status socjalny bloków i próbowano włączać je w tkankę miejską zgodnie z rosnącymi potrzebami ludzi, o tyle w krajach wschodnich zderzenie utopi z gospodarką dawało swoje efekty.

Losy osiedla zależały od wielu czynników, takich jak komunikacja, zaplecze, zagospodarowanie terenu.
Entuzjastycznie przejmowane mieszkania zapewniając podstawowe potrzeby ludzi młodych i dając szanse i miraż życia w społeczności, z czasem zaczynały dokuczać brakiem prywatności i uciążliwością życia. Cienkie ściany, ciasnota, zagęszczenie, poczucie osaczenia, bark oryginalności, indywidualizmu i coraz gorsze wykonanie dawały mieszkaniu w bloku złą sławę. Bywało to czasem w sprzeczności z autentycznymi odczuciami mieszkańców, którzy doceniali pewne zalety wspólnego życia i wzajemnych powiązań (pomoc, wspólne zabawy dzieci, poczucie zaplecza, bezpieczeństwa, solidarności) co często widać we wspomnieniach i wspólnym uniwersalnym doświadczeniu, które w pewien sposób ludzi identyfikuje .

W Polce obecnie ponad 12 milionów ludzi nadal mieszka w blokach. Idea osiedla z bloków przetrwała również z konieczności. Ceny mieszkań w mieście zmuszają wiele osób do poszukiwania ich w dawnych blokowiskach, które dziś można przystosowywać do większych wymagań: ocieplając, malując, przeobrażając zewnętrznie i oraz organizując przestrzeń wspólną, zapewniając potrzebne sklepy, szkoły, przedszkola, tereny zielone i podstawowe urzędy.

Niektóre przetrwały jeszcze z czasów gdy realizowano architektoniczne projekty i oprócz zieleni która porosła przez dziesięciolecia zachowały przestrzeń miedzy blokami i ustawienie dbające o choć częściowe nasłonecznienie wszystkich mieszkań. Dziś przerabiane, łączone i remontowane stanowią atrakcyjną ofertę, 

Warszawa, bogata w historię, ma unikalne miejsca takie jak dzielnica Muranów. Zbudowana na gruzach i częściowo z gruzów Getta, jest osiedlem zaplanowanym jako modernistyczny pomnik zagłady. Na ruinach będących pewnego rodzaju cmentarzyskiem miało powstać nowe życie, przybywali tu nowi ludzie ( budowniczy Warszawy) i rodziło się nowe życie. Powstała „hybryda o modernistycznej twarzy w masce epoki socrealizmu.” – jak powiedziała Beata Chomątowska, która poświęciła tej dzielnicy, jej historii i ludziom książkę „Stacja Muranów”. 

Samo Stowarzyszenie o tej nazwie, którego jest współzałożycielka wraz z Łukaszem Prokopem, weszło w muranowską rzeczywistość prawie dziesięć lat temu, gdy dzielnica była pustynią bez jakiejkolwiek aktywności, od gastronomi począwszy, po ruchy społeczne i działalność pozarządową. Wiele lat trzeba było by stała się dzielnicą inicjatyw i miejscem na mapie Warszawy, nie tylko ze względu na swoją żydowską historię, pomnik Bohaterów Getta czy Muzeum Historii Żydów POLIN. Wspólnie, starzy i nowi lokatorzy, nowe organizacje powstające na Muranowie wypracowują sąsiedzkie relacje i zmieniają klimat dzielnicy.

Rozmowa w Kawiarence była długa i wyjątkowo ciekawa, ale nie zdążyliśmy porozmawiać o Pałacu Kultury, który również jest tematem jednej z książek naszego gościa. Historia tego miejsca, ludzie, legendy i anegdoty to temat na całe kolejne spotkanie. 

Joanna Rózga,
Rafał Wójcik.

 

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.